ola_dom
22.12.14, 20:47
..jeść nie dadzą!"
Znacie ten wierszyk? Też go u Was przy okazji Wigilii powtarzano?
U mnie, jak byłam dzieckiem, co roku. Przeważnie w kontekście, że "i tak mam dobrze" - bo nie tak, jak w wierszyku ;D
Ale także po to, żeby podkreślić, że w Wigilię atmosfera MUSI być napięta - bo przecież TYLE pracy, TYLE szykowania, TYLE krzątania, TYLE wszystkiego... Więc nic dziwnego, że dorośli podenerwowani i dziecko musi im schodzić z drogi (najlepiej za ów "piec"). Oczywiście to wszystko się działo przed kolacją wigilijną (włącznie z awanturami nawet nieraz), potem przychodziła kolacja, no i wielkie pojednanie, życzenia, pitu-pitu i tiu-tiu-tiu...
Ciekawa jestem, czy to tylko w moim domu była taka "tradycja", że wszystko musi być na tip-top zrobione, wysprzątane, wymuskane, a najlepiej na ostatnią chwilę - żeby się już nie pobrudziło, a jedzenie było jak najświeższe. Przez co trudno było zachować spokój i miłą atmosferę, oczywiście. Tym bardziej, że przed Wigilią szło się spać najwcześniej o 2:00 nad ranem - no bo przecież TYLE roboty... Więc mało, że człowiek niewyspany, zharowany, to jeszcze zestresowany, czy zdąży ze wszystkim na kolację wigilijną....
Czy muszę jeszcze tłumaczyć, dlaczego od lat mam serdecznie dosyć świąt, jak tylko o nich pomyślę...?
I jestem niezmiernie ciekawa, czy to jest jakaś norma, czy w innych domach też się to tak odbywa(ło), czy takie wariactwo okołoświąteczne nie jest jednak dla wszystkich oczywiste.