paclit
12.01.15, 00:06
jestem w kropce, miotam się, nie potrafię spojrzeć na sprawę trzeźwo....
to może od początku:
mój mąż jest osobą zamkniętą w sobie, umiejętności komunikacyjnych prawie brak, nie umie być asertywny, mówiąc "nie" rani innych
ja z kolei widzę siebie tak: jestem introwertyczką, choć nie aż taką jak on. mam skłonności do biernej agresji, które kontroluję w 90% sytuacji
przed narodzinami dziecka pomimo to nam się układało, rzadko pojawiały się takie chwile, które teraz są nagminne. zdawałam sobie sprawę, że nie jest i nie będzie gaduła i że nigdy np nie przegadamy nocy, ale nadrabiał czułością, zainteresowaniem, szacunkiem w stosunku do mnie. był zainteresowany moim życiem i wspierał mnie.
już w czasie ciąży nasze relacje się pogorszyły, ja widzę to tak, że M coraz częściej na mnie "warczał" - nie mając żadnych powodów na bieżąco zachowywał się jak ktoś kto jest obrażony, ma zły humor, zabija wzrokiem, mówi tak cicho, że nie da się go usłyszeć i twierdzi, że to ja udaję głuchą. nie oczekuję uśmiechu non stop, wiem, że ktoś może być zmęczony, nie w sosie itp. on temu zaprzecza, mówi, że nic mu nie jesy ale mam wrażenie, że obrywam w takiej sytuacji ja, a na to nie zasłużyłam, nie chcę i nie umiem pozostawiać tego bez reakcji. jak cokolwiek próbuję powiedzieć lub zapytać jego reakcja jest taka w stylu "po co się odzywasz" np. prawie każde zdanie jest zbudowane mniej więcej tak: " no przecież .....(tu bardzo krótka treść właściwa zdania).... no" np: no przecież nie ma potrzeby no/no ale o co chodzi no/no tak/no ale po co/... i to wypowiedziane oczywiście grobowym głosem ze wzrokiem wbitym gdziekolwiek byleby nie we mnie
czułam się też tak, jakbym nie mogła cieszyć się ciążą, albo niczym innym, on chyba nigdy nie pogłaskał mnie po brzuchu (nie wymagam), ale też czymkolwiek ja się ekscytuję to on jakby akurat próbował podważyć sens tej radości np "wow, ale boska była ta wizyta (w stuletnim tureckim hammamie, gdzie masujący nas facet śpiewał nam tureckie modły, które odbijały się echem po niesamowitym kopulastym sklepieniu) "e, tam, ściema dla turystów, zrobił to tylko o to, żeby zareklamować pełny pakiet 2 godzinny i nam go wcisnąć za ciężką kasę" albo "ale słodko wyglądał ten nasz bobas na usg, i fikal już łapkami i nóżkami" "jak to dziecko, i co z tego?". każdy z tych pojedynczyć tekstów sam w sobie mógłby być ok, ale chodzi też o ilość tych jego komentarzy, odpowiada tak chyba na 99% tego co mówię.
Do tego jego żarty, przestał się uśmiechac do mnie już wcale, a jedynie gdy ze mnie kpi "np hahahha, zobacz jaki tu mamie wystaje wałeczek na brzuchu, poklep mamę to się potrzęsie" albo gdy coś mi się nie uda jest to jednym z niewielu dla niego powodów do uśmiechu. albo prosi mnie, żebym ugotowała np spaghetti, po czym jak zrobię i wraca z pracy to wypala "co tak capi????!!!" a za chwilę "o, nie, ble..." "a z czym? a jak to dodasz to ja nie zjem" a na samym końcu "nie mam ochoty na spaghetti" i takie kaprysy jedzenieowe ma non stop, a sposób w jaki to mówi mnie rani
Jest mistrzem beznadziejnych raniących tekstów, które ona nazywa faux pas i czasem trochę wierzę mu, że nie nie chciał, tylko ma problem z doborem słów np po naszej kłotni, pogodzeniu się , wyjaśnieniu choć trochę, rozładowaniu wstępnym atmosfery, nawet płaczu wspólnym, on nagle ni z gruszki ni z pietruszki i nie na temat słodkim głosem, że to niby tłumaczy naszą kłótnię "no bo ty jesteś taka przemądrzała" (w wielu kwestiach potrafię się zabić w pierś, ale tu pewna jestem: nie jestem zarozumiała)
W ogóle mnie już nie chwali, nie komplementuje, nie wspiera. np wymyślę sobie małą aktywność, która może mogłaby stać się w przyszłości własną działalnością, a on "ale głupia nazwa" (czy musze dodawać, że od wszystkich znajomych na logo i nazwę dostałam ochy i achy?). Urodziłam duuuże dziecko siłami natury, walcząc od 4 do 18 na stojąco i na piłce, rezygnując ze znieczulenia, leżenia, prosząc o jeszcze chwilę bez cesarki, interwencji, położna potem mnie odwiedza po dwóch dniach mówiąc, że byłam BARDZO dzielna i rzadko która kobieta walczy zaciekle, a on co? nic nigdy na ten temat nie powiedział i nie powie, kwiatka, całusa nie da, nie zapyta nigdy jak się czuję....
Mogłabym długo wymieniać przykłady, ale chyba wiadomo o co chodzi, on prawie się do mnie nie uśmiecha, jak ja się nie odezwę to nie mówi, chyba że z absolutnej koniecznosci, a jak się odezwie to tak jak powyżej. Miewa okresy gdy jest prawie jak mój dawny M ale są coraz krótsze i rzadsze.
Moi teściowie nie mieszkają tak blisko, rzadko miałam okazję obserwować ich relację, no i na początku naszej znajomości też nie odkryli swoich kart, widywałam ich często w formalnych sytuacjach, wesela, goście na weekend itp. Ale teraz podczas Wigilii prawie spłynęłam pod stół - mój teść tak właśnei się zachowuje w stosunku do teściowej, chyba nawet gorzej, tylko moze nie jest tak zamknietą małomówną osobą.... A co najgorsze mój mąż traktuje swoją matkę jak najgorszą!
No i to co opisałam to połowa problemu, druga jest taka: moja reakcja i błędne koło z tego wynikające.
Wkurzam się, nie zgadzam się na ranienie mnie, nie będę reanimować tego związku jeśli stwierdzę wkrótce zgon, odejdę od męża, mówię na bieżąco o tym co mi się nie podoba - to wydaje mi się ok. Ale tez zbytnio wybucham, kiedyś dawałam sobie na wstrzymanie, ale teraz jestem tak rozdrażniona mężem, że gdy widzę pierwszy jego dąs po okresie miłego zachowania, to wstępuje ze mnie diabeł, zaczynam się czepiać wszytskiego, obrażać się, kłócić. On oczywiście zaprzecza, mówi, że (niepotrzebne skreślić): jego wypowiedzi są miłe, zabawne, wystaczająco głośne, że ja się czepiam, że mu wmawiam, że jestem przewrażliwiona, że mam problemy ze sobą, ze jestem nienormalna, że ponoszą mnie ciążowe hormony. Do tego następuje ujawnienie pretensji jakie chował do mnie. Do konstruktywnych wniosków z konfliktu prawie nigdy nie dochodzimy, on nie chce rozmawiać. Kiedyś napisałam list, zrobił mi awanturę, ze jak tak można nie twarzą w twarz. To napędza tylko błędne koło, on się dystansuje, zamienia w taki robocik do sprzątania, totalnie oddalamy się od siebie.
O terapii rozmawialiśmy, wspomniał mąż, ale jako motywację podaje to, że on zamierza tylko udowodnić, że ja go źle widzę i oceniam.
Na chwilę obecną chyba już nie wierzę w ten związek, zbieram się w sobie, żeby podjąć ten krok (nie usprawiedliwiam się, ale nie będzie mi łatwo samej, mam małe dziecko którym się zajmuję i nikogo kto by się nim zajął gdy pójdę do lekarza, na rozmowę kwalifikacyjną itp). A co najważniejsze waham się jeszcze, bo szkoda mi związku z mężczyzną, który w 90% jest idealny !!!! Idealny partner w pracach domowych, idealny ojciec, dba o nasze rodzinną przyszłość, jest bardzo odpowiedzialny, jest dobrym kochankiem, jest pomocny, lubimy w podobny sposób spędzać czas i ten czas razem bardzo miło nam się spędza, kiedyś przez 95, a teraz przez 25% czasu...
Nie wiem co jest prawdą i nie potrafię spojrzeć na to z boku:
OPCJA A: on ma bardzo złe wzorce i rokowania, nawet gdyby chciał się zmienić, a ja hipotetycznie nawet byłabym ideałem to i tak nie zmieni się na tyle, żeby nasz związek był udany
OPCJA B: gdyby on chciał się zmienić to mamy szanse powodzenia jeśli i ja popracuję nad sobą
OPCJA C: to ja i moja agresja (jego zdaniem) jesteśmy źródłem problemu, bo on czuje się zaszczuty, czuje, ze wszystko robi źle i mnie nie zadowoli, aj nie doceniam jego starań.
OPCJA D: on jest introwertykiem i nie mam prawa naciskać go na zmianę. Moje naciski na niego wywołują reakcję w postaci jego "złośliwego" zachowania. Nie jesteśmy dopasowani, związek nie jest nam pisany