kobieta-samotna
13.01.15, 13:04
Dziwnie to zabrzmi, ale nie wiem, czy w ogóle potrafię kochać mężczyznę, w ogóle nie wiem, co to znaczy pokochać. Jak rozpoznać miłość? Nie wiem czy kiedykolwiek to poczuję. Nie wiem, czy to co czuję teraz to miłość, przyjaźń, przywiązanie czy uzależnienie. Nie wiem, czy jestem w związku czy w układzie. Nie wiem, czy to jest to.
Zacznę od początku, bo zdaje sobie sprawę, że moje rozterki wynikają z deficytów z dzieciństwa. Mam córkę, wychowuję ją zupełnie sama, urodziłam w bardzo młodym wieku. Nie była planowana. Kocham ją od zawsze, to moja krew, moje geny, moja przyszłość, moja radość i moja odpowiedzialność. Nie mam rodziny. Ojca nie poznałam nigdy, miał rodzinę, mama była jego kochanką. Ulotnił się, gdy zaszła w ciążę. Matka nigdy nie zajmowała się mną, urodziła mnie młodo, nie miała do mnie serca, zajmowała się swoim życiem. Gdy miałam 15 lat wyszła za mąż i przeprowadziła się do innego miasta, rok później urodziła dziecko, nasz kontakt osobisty od tego momentu właściwie nie istniał. Wychowywali mnie dziadkowie, właściwie angażowała się wyłącznie babcia, musiała, bo matka nie sprostała macierzyństwu. Dbali o mnie, ale nie okazywali uczuć. Dziadek od wielu lat nie żyje. Babcia jeszcze pomagała mi przy córce, od kilku lat jest w domu opieki w złym stanie, nie ma z nią kontaktu.
Zawsze pragnęłam być kochana, marzyłam, że kiedy dorosnę wreszcie to poczuję. Nie stroniłam od mężczyzn, ale mam za sobą tylko jeden "normalny" związek, nie licząc tego z ojcem córki. Na pewno ze względu na dziecko nie byłam i nie jestem idealną kandydatką na partnerkę, sama ucinam nierokujące znajomości. Jedyny prawdziwy związek w jakim byłam, był z moim obecnym hmmmmmm "facetem". Byliśmy razem rok, mieszkaliśmy razem, myślałam, że kocham i on mnie też, mówił mi to. Bardzo przeżyłam rozstanie, bo czułam się wtedy szczęśliwa jak nigdy przedtem. Skończyło się, bo uznał, że nie chce sobie jeszcze ustawiać życia, nie potrafi być wierny, nie chce zakładać rodziny, jest popaprany psychicznie i skrzywdzi mnie, bo nie nadaje się do związku. To było kilka lat temu. Znamy się od dziecka, byliśmy sąsiadami, chodziliśmy do tej samej klasy w podstawówce, do jednego liceum. Kolegowaliśmy się, imprezowaliśmy, mieliśmy ten sam krąg znajomych. On miał jeszcze bardziej pokręconą sytuację rodzinną niż ja, myślę, że to nas do siebie przyciągało. Cały czas przez te wszystkie lata mamy ze sobą kontakt, często się widujemy. Przyjaźnimy się, tak to muszę określić. Jest najbliższą mi osobą, jedyną do której mam zaufanie (co jest dla mnie bardzo smutne, bo uświadamia mi że jestem na tym świecie sama), wiele razy mi pomógł. Nikt inny nie zna mnie tak jak on, tyle razem przeżyliśmy, rozmawiamy o wszystkim. Od czasu kiedy ze sobą zerwaliśmy, wiele razy ze sobą spaliśmy, właściwie zawsze kiedy on z nikim nie jest, ani ja się z nikim się nie spotykam, tworzymy swego rodzaju układ, w którym traktujemy się jakbyśmy byli parą. Znam go, on mnie, potrafimy zadowolić siebie nawzajem. Wydaje mi się, że go kocham, a może tylko nie chcę stracić jedynej bliskiej osoby.
Nie chcę być sama, tak bardzo pragnę mieć kogoś bliskiego (choć zawsze twierdziłam, że co ma być to będzie, nie chcę pakować się w związek niepewna uczuć), ale nie wiem, czy to jest to. Za to wiem, że jeśli nam nie wyjdzie, nie będę potrafiła dalej się z nim przyjaźnić, a mam tylko jego. Wiem, że jeśli się nie zdecyduje na normalny związek z nim, w końcu zgarnie go inna. Nie chcę skrzywdzić jego ani swojego dziecka. Mam 32 lata, nie wiem, czy nie spotkam kiedyś jeszcze kogoś, co do kogo nie będę miała wątpliwości, że to miłość. Nie wiem tylko, czy jeszcze chce mi się szukać, randkować, poznawać nowych mężczyzn, zapalać na nowe i rozczarowywać. Jestem tym zmęczona.
Przepraszam za ten potok, ale naprawdę nie mam komu o tym powiedzieć.