ola_dom
10.02.15, 16:16
W niedawnych wątkach kilka razy padł termin "parentyfikacja" - oczywiście żywo się nim zainteresowałam :).
Znalazłam taką definicję:
Parentyfikacja
- to termin stworzony przez psychiatrów Ivana Boszormenyiego-Nagya i Geraldine Spark – tak określają oni „odwrócenie ról” między dziećmi a rodzicami. Dziecko przyjmuje na siebie odpowiedzialność za życie i uczucia pozostałych członków rodziny. Jak mówią psychologowie systemowi, takie odwrócenie ról służy podtrzymaniu rodzinnej homeostazy. Według Ivana Boszormenyiego-Nagya i Geraldine Spark parentyfikacja jest obecna w życiu każdego dziecka, uczy je empatii, troski o innych i odpowiedzialności. Przeciwnego zdania jest psycholog rodzinny Salvator Minuchin – według niego parentyfikacja narusza granice, jakie dzielą świat dorosłych, rodziców, od świata dzieci. Doprowadza to do zachwiania równowagi hierarchii i władzy w rodzinie, powoduje nadmierne obciążenie dzieci obowiązkami należącymi do dorosłych. Dziecko poświęca własne potrzeby rozwojowe (uwagi, bezpieczeństwa, wsparcia), zajmując się potrzebami rodziców. Parentyfikacji sprzyjają psychiczne zaburzenia rodziców, alkoholizm, uzależnienia, kryzys małżeński, samotne rodzicielstwo.
Jak widać - także psychologowie nie są zgodni, co jest parentyfikacją, a co nie jest.
A ja zastanawiam się, jak odnaleźć granicę między troską o bliską osobę, a parentyfikacją?
Nie przekonuje mnie argumentacja, że "skoro matka narobiła sobie długów, to niech teraz ląduje w przytułku, sama sobie winna" - bo o ile jestem w stanie pomóc matce finansowo, to to robię. I zarazem - czym różni się parentyfikacja od empatii i zmartwienia, kiedy bliska osoba jest w złej formie? Czy więc należy troszczyć się o dobre samopoczucie partnera, ale już rodzica nie - bo to dysfunkcyjna parentyfikacja?
Ja rozumiem oczywiście, że to chodzi o "branie odpowiedzialności" za samopoczucie rodzica, a nie stricte troszczenie się o niego - ale właśnie o tę granicę mi chodzi. Czy w ogóle da się ją jednoznacznie postawić, poczuć?