gala-retka
04.03.15, 16:20
Czytałam wątek na tym forum odnośnie przemocy psychicznej ze strony męża i zaczęłam się zastanawiać nad własną sytuacją. Czy ja jestem ofiarą przemocy w rodzinie, a może to zwykłe kłótnie jak u każdego w domu?
Mąż od pewnego czasu porusza temat rozwodu. Mówi, że mnie nie kocha, jest nie szczęśliwy. Widzę w nim ogromną zmianę i coraz większy dystans między nami. Wg niego cała wina leży po mojej stronie, ponieważ na początku małżeństwa on się starał, a ja skupiałam się na pracy i w domu nie rozbiłam nic. Ciągle w dyskusjach mówi, ja się starałem 4 lata temu, teraz już nie będę. Z tym, że problemy u nas były o wszystko- o nie umyte gary, okruchy, nie gotowanie obiadów, albo że są nie smaczne, spędzanie czasu na oglądaniu filmów, za mało sexu, a jak już był to że leże jak kłoda, wszystko w kategoriach pretensji do mnie. Więc jego staranie to było właściwie upominanie mnie, że coś robię źle. Początkowo puszczałam to mimo uszu, ale słysząc kolejny raz jak "beznadziejna" jestem zaczęłam pewne rzeczy robić po to, żeby mi trochę poluzował. Z tym że to nic nie daje. Zmieniłam się bardzo i mimo, że pracuje na etacie często w różnych godzinach, a on siedzi większość czasu w domu, to ja zajmuje się wszystkim i opłacam również. Ciężko mi o cokolwiek poprosić, bo jest to z wielką łachą z jego strony, albo udaje że mnie nie słyszy, a potem wmawia, że nic nie mówiłam. Teraz jest mi tym ciężej bo jestem w drugiej ciąży i dla dobra własnego i dziecka muszę częściej prosić się o coś.... Apropos to na wieść o dziecku usłyszałam "przecież wiedziałaś że nie chcę z Tobą być i mieć więcej dzieci, więc czemu to zrobiłaś?"
Za to skomentować jego nieróbstwa, bałaganiarstwa, nie zarabiania pieniędzy i zostawiania mnie ze wszystkim samej nie mogę...bo wtedy słyszę "to się ze mną rozwiedź".
Za to mówi mi jak bardzo się zaniedbałam, jaka jestem nudna, że nie mam żadnych zainteresowań, nie jestem samodzielna skoro się go proszę, że ciągle leżę na kanapie, jak to sprzątam skoro wcale nie widać, jak jemy razem to że siorbie specjalnie mu na złość, a jak on spróbuje jedzenia to np " czy ty specjalnie robisz te zupy takie papki?" i "nie gotuj tego więcej", wyzywa mnie też i obraża, a słowo beznadziejna to jego ulubione.
Łudzę się chyba, że zwalczę to swoim zaangażowaniem. Ale jak dotąd nic co robię efektu nie daje. A gdy próbuję powiedzieć co czuję, lub coś od niego uzyskać, to albo zmyślam, kłamie, albo kierownicze, albo on 4 lata temu itd....
Jestem osobą raczej silną psychicznie, ale nie wiem czy właśnie przez to nie lekceważę sygnałów, że już dawno powinnam była się wynieść....