evita-is-me
07.03.15, 17:41
Zawsze uważałam się za osobę silną i pewną siebie, ale ostatnio moje życie wydaje mi sie koszmarem. Ciężko określić, w którym momencie się zawaliło, chyba narastało stopniowo a przełomem było urodzenie drugiej córki. Z pozoru może się wydawać, że powinnam być szczęśliwa, ale czuję się fatalnie.
Postaram się skrótowo, żeby nie wyszła powieść, w miarę rozwoju wątku, chętnie odpowiem na dodatkowe pytania, bo nie ukrywam, że bardzo liczę na waszą pomoc.
Z męzem do tej pory układało mi się różnie, ale nie czułam nigdy, że jesteśmy ze sobą tak na 100%. Nie wiem dokładnie jak to opisać, ale odkąd urodziła sie pierwsza córka, wyraźnie poczułam sie odsunięta na drugi plan. Teoretycznie nie ma w tym nic dziwnego, nie chodzi tu o zazdrość, ale wg mnie mamy mocno zaburzone relacje rodzinne. Mąż jest skrytym człowiekiem, raczej pesymistą,jednocześnie zawsze wszystko mu pasuje, jeżeli mam jakiś problem, to oczywiście nigdy nie wie o co mi chodzi, bo jemu wydawało się,ze wszystko jest ok, taki trochę typ jakim mnie Panie Boże stworzyłeś, takim mnie masz. Ja natomiast przeciwnie, pomimo trudnego dzieciństwa zawsze optymistycznie podchodziłam do życia i starałam się wycisnąć z niego więcej niż to co los mi oferował. Może to go trochę przytłoczyło, nie wiem. Jak urodziła sie córka( oboje bardzo chcieliśmy), całe uczucia przelał na nią i nie wiem czy to on mnie od niej odsunął, czy ja odpuściłam. Na pewno cos przegapiłam, bo ich relacje przerodziły sie bardziej w partnerskie niz rodzicielskie. Chodzi o to, ze to ona tak naprawdę rządzi w naszym domu, ona jest pierwszą osobą do której mąż się zwraca w każdej sprawie, czy chodzi o wyjazd wakacyjny, czy kupno domu. Ja czesto dowiaduję się przypadkiem o pewnych rzeczach. Już wcześnie rozmawiała z mężem, że nie powinno to tak wyglądać, ale oczywiście twierdził, że przesadzam i nie ma w tym nic złego. Prawie nigdy nie stanął po mojej stronie, to ja jestem złym policjantem w naszym domu, a ona przez to, że zna swoją pozycję pozwala sobie na coraz więcej. Ostatnio jak zwróciłam jej na coś uwagę usłyszałam " licz się ze słowami". Rozmawiałam na ten temat z męzem, chciałam, żeby z nią porozmawiał, żeby wiedziała, że nie ma naszej zgody na takie zachowanie, to zbierał się prawie tydzień( w między czasie przyniósł jej książki w prezencie i zawiózł na koncert).
Kolejna sprawa, która nas oddaliła od siebie, to druga ciąża. Ja bardzo chciałam drugiego dziecka, a mąż miał rózne etapy w tej sprawie, jednak nigdy nie robiliśmy nic, żeby zapobiec kolejnej ciąży. Udało sie po dwunastu latach.Ja oczywiście byłam bardzo szczęśliwa, mąż nie do końca. Przez całą ciążę nie mogłam właściwie na niego liczyć. Od trzeciego m-ca byłam na zwolnieniu, a potrafił wiecznie mi wygadywać, że potrafie się położyć popołudniu, nigdy też nie był zainteresowany żeby zobaczyć jak mała sie rusza itp. Wręcz miałam wrażenie, że jest zły kiedy proszę go o większe zaangażowanie, ale jak zwykle usłyszałam, ze przesadzam, ze faceci tak mają, że poczyje sie ojcem jak mała się urodzi. Urodziła się rok temu, leżała w szpitalu ponad dwa tygodnie, poród sam w sobie przeszedł dość gładko ale potem pojawiły sie problemy. W skrócie napiszę tylko, ze w ciągy dwóch tygodni po porodzie byłam szyta cztery razy, nie mogła sie ruszać, a mąż nie miał nawet czasu odebrać mnie po ludzku ze szpitala, bo przecież praca. W rezultacie odebrał mnie w biegu w kapciach i szlafroku, bo zapomniał przywieźć mi ubrania i poleciał dalej do pracy. Potem było juz tylko gorzej. Właściwie nic nie robił przy małej ani w domu. Trochę moja wina, bo przez czas zwolnienia przyzwyczaiłam ich, ze wszystko w domu robię ja. Nawet jak musiał zawieźć mnie do lekarza na kolejne szycie, nie czułam współczucia tylko irytację, bo musiał sie urwać z zajęć na uczelni. I tak przez ostatni rok nasze relacje znacznie się pogorszyły, w między czasie stwierdzono u mnie nerwicę co mąż uznał za kolejna fanaberię. Nie mam w nim żadnego wsparcia, mało tego niedawno zrobił coś. co znacznie nadszarpnęło moje zaufanie do niego. to był taki gwóźdź do trumny mam wrażenie. Oczywiście po tej sytuacji obiecywał, że teraz to już wszystko będzie lepiej, ale kompletnie nic sie nie zmieniło. Nie chcę wchodzić w szczegóły tamtej sprawy, nie chodzi o zdradę, bardziej o celowe narażenie mnie na bardzo duży stres. Przedyskutowaliśmy wszystko i doszliśmy do wniosku, że trzeba grubą krechą oddzielić przeszłość i zacząć wszystko od nowa, ale wyszło na to, że tylko ja sie starałam.
On twierdzi, ze mnie kocha, nie chce sie rozstać, wzbudza we mnie poczucie winy, że chcę zrobić dzieciom krzywdę a ja już nie mam siły. Podejrzewam, ze to może byc depresja, straciłam chęć do życia, jedynie mała daję mi radość i o niej myślę, kiedy pojawiają się myśli samobójcze.Chodziłam na terapię odnośnie nerwicy ale została zawieszona z powodu choroby terapeutki. Leków nie mogę brać, bo jeszcze karmię małą, zresztą nie bardzo chcę i trochę się boję. Terapii małżeńskiej poza kościelną w naszym mieście nie ma. Czuję się jakbym była w jakiejś czarnej dziurze, wesprzyjcie jakoś, albo dobijcie.