moon.lighting
16.04.15, 01:22
Mam od jakiegoś czasu problem ze sobą. Jestem po kilku dość ciężkich przeżyciach i bez przerwy wracam do nich myślami, borykam się z niepotrzebnymi wątpliwościami i nie do końca uzasadnionym poczuciem winy - zamiast cieszyć się nowym życiem, jakie mam szczęście posiadać.
Ale od początku...
Najpierw było moje małżeństwo. Po dziesięciu latach jego trwania dowiedziałam się, że mój mąż mnie nigdy nie kochał. Ożenił się ze mną, "bo mu się akurat nic lepszego nie trafiło". Gdy to usłyszałam, wszystko stało się jasne - dlaczego przez tyle lat brakowało mi z jego strony ciepła, uczucia, bliskości, świadomości, że jestem ważna i potrzebna. Nie mogłam też na niego liczyć w sytuacjach podbramkowych, gdy chodziło o moje zdrowie i życie. Gdy oboje się ciężko rozchorowaliśmy, potrafił zawołać pomoc wyjazdową, która zbadała tylko jego, bo on miał to w pakiecie z firmy, a za badanie mojej osoby trzeba by już było dopłacić. Byłam wtedy matką karmiącą trzymiesięczne dziecko, ale nawet to nie miało dla niego znaczenia. Gdy po operacji kolana wystąpiły u mnie ostre powikłania, nie udzielił mi pomocy. Przez tydzień patrzył, jak leżę bezsilna, nieprzytomna z bólu, z kolanem jak balon i 40 st. temperatury, ale nie ruszało go to. Potem mi powiedział, że on się cieszy, że mi się to stało, bo teraz się mogę przekonać, jak bardzo go potrzebuję. Gdy przy porodzie pierwszego dziecka mało nie umarłam, nigdy nie usłyszałam, że się o mnie martwił. Planowaliśmy wcześniej mieć dwoje dzieci, ale zagrożenie mojego życia z dużym prawdopodobieństwem mogło się powtórzyć również przy drugiej ciąży. Zapytałam więc, co w tych okolicznościach myśli o drugim dziecku. Usłyszałam, "to twoje ciało, rób co chcesz". A tak poza tym nie bił, nie pił, przynosił pieniądze do domu, a ja niewdzięczna postanowiłam się z nim rozstać, bo nie chciałam żyć na takiej okrutnej lodowej pustyni.
Niestety potem było jeszcze gorzej. Wróciłam z dziećmi do mojego rodzinnego miasta, gdzie miałam rodzinę i swoje mieszkanie. Odnowiłam stare znajomości, w tym z moim dawnym chłopakiem, który przed laty mnie zdradził i porzucił. Do dziś nie mogę sobie wybaczyć, że mu wybaczyłam zaszłości sprzed lat i pozwoliłam znów się do siebie zbliżyć. Powinnam była wiedzieć, że pewnych rzeczy się nie wybacza. Ale nie przewidziałam rozwoju wypadków... W skrócie, jego małżeństwo też się rozpadło, był sam, i nie trzeba było wiele, żeby stare uczucie odżyło. Cieszyłam się, że mam kogoś, kogo znam, bo nie chciałam wprowadzać do swojego życia nikogo nowego, obcego. Wcześniej znaliśmy się dwa lata, a teraz spotykaliśmy się przez pół roku. Było naprawdę dobrze - między nami, i między naszymi dziećmi - więc na jego i moje wyraźne życzenie wprowadziłam się do niego. Lecz gdy tylko przekroczyłam próg jego domu, rzeczy przybrały zupełnie inny obrót. Jestem silną, ambitną, dobrze wykształconą i samodzielną kobietą. A on w osiem miesięcy zrobił ze mnie miazgę. Ku swemu przerażeniu w miarę upływu czasu dowiadywałam się ze strzępków informacji, że podobnie traktował swoją byłą żonę, gnębił swoje najstarsze dziecko i w perfidny sposób wyrzucił ich z domu. Miał wyrok w zawieszeniu za fizyczne i psychiczne znęcanie się nad rodziną. Bardzo szybko stało się dla mnie jasne, że wpadłam w zastawione sidła, stałam się ofiarą przemocy psychologicznej i muszę uciekać, i to jak najdalej. W mieście rodzinnym po tylu latach nieobecności i tak nie miałam czego szukać. Rodzina też miała swoje sprawy, i nikt się moim losem zbytnio nie interesował. Moje dzieci mają alergię i źle znoszą klimat miejski. Między innymi dlatego, po solidnym przygotowaniu logistyczno-krajoznawczym, postanowiłam wynieść się tam, gdzie zawsze chciałam mieszkać - nad morze.
I oto jestem. Od półtora roku mieszkam sobie w ładnym miejscu, na ładnym, nowym, zadbanym i spokojnym osiedlu, w lesie, blisko morza. Mam własne mieszkanie z ogródkiem, dobrą pracę, dzieciaki są zadowolone i wspaniałe, dobrze się rozwijają i dobrze się uczą, choć oczywiście cięższe chwile też się zdarzają, mam wreszcie psa ze słodkim pyszczkiem i wielkim kochającym sercem, mam znajomych i przyjaciół - gdy potrzebuję pogadać czy się spotkać, zawsze mam do kogo zadzwonić. Co najważniejsze, wreszcie mam dobry i spokojny dom, gdzie panuje wzajemny szacunek i miłość. Nie jest łatwo, ale ogólnie dobrze sobie radzę, mam nowe życie, szansę za jaką wiele osób wiele by dało. Ale... zamiast się cieszyć tym wszystkim, przeżywać swoją teraźniejszość, każdego dnia wracam myślami do wydarzeń z przeszłości. Codziennie od nowa przerabiam decyzje o odejściu od męża i o wyprowadzce z rodzinnego miasta. Czy na pewno dobrze zrobiłam? A może jednak źle? A co by było gdyby...? Może trzeba było jednak zacisnąć zęby i nie odbierać dzieciom ojca? Może lepiej byłoby zostać bliżej rodziny? Zadręczam się poczuciem winy oraz tymi i podobnymi wątpliwościami, choć przecież dobrze wiem, jak było i tak naprawdę wątpliwości nie mam. Te myśli krążą wokół mnie i nie dają spokoju. Chciałabym się wyrwać z ich kręgu i zacząć wreszcie żyć swoim obecnym życiem. Ale co zrobić? Jak się od tego uwolnić? Oprócz tego czuję, że mam obciętą wrażliwość z dwóch stron. Zawsze byłam ciepłą, uczuciową osobą, która potrafi się cieszyć z kwiatka czy motylka na wiosnę. A teraz... nie potrafię odczuwać ani pozytywnych, ani negatywnych emocji. Czuję się taka emocjonalnie... wyblakła, choć bliżej mi do smutku niż do radości. Być może byłoby inaczej, gdybym miała partnera, który wreszcie potrafiłby dać mi uczucie. Ale tak nie będzie. Po pierwsze dlatego, że nie mam na to czasu, jestem zaabsorbowana obowiązkami związanymi z wychowaniem dzieci, pracą i domem, i to zawsze będzie na pierwszym miejscu. Po drugie, czasem faktycznie brakuje mi obecności drugiej osoby, ale... zawsze żyłam dla kogoś, troszczyłam się o kogoś, dbałam... bez wzajemności. A teraz po prostu chcę żyć dla siebie i moich dzieci, zająć się nimi i sobą, i... jakoś nie mam ochoty na nowy związek. Jest więc tak jak jest, jestem sama, nie planuję tego zmieniać, i chcę się nauczyć czerpać zadowolenie również z tego faktu.
Napiszcie mi proszę, co myślicie o tym wszystkim, jak sobie radzić z takim stanem rzeczy. Jak odzyskać radość życia, utraconą wrażliwość, wiarę w miłość i zaufanie do ludzi? Chciałabym się wreszcie otrząsnąć, ale niestety nienajlepiej mi to wychodzi.