koloio
11.05.15, 15:23
Dowiedziałam się, że osoba z rodziny (lat 30+) jest ponoć w kiepskim stanie psychicznym i na pewno ma depresję (bo np zapomina po chwili coś co się jej mówiło, bardzo wolno myśli i kojarzy). Więc zdaniem rozmówcy "powinnam" się bardziej zaangażować we wspieranie jej bo tego nie robię.
Wydawało mi się, że wspieram ją od lat.
JAko chyba jedyna stałam zawsze po jej stronie, doradzałam terapie(nie poszłą), interesowałam się, pomagałam, życzliwie rozmawiałam, przywoziłam literaturę fachową (nasi rodzice mocno toksyczni, zakodowali ją na ofiarę, ostatnie lata frustracja ją zżarła i przemienia się też w kata wobec domowników).
Wykazywałam inicjatywę w jej kierunku, starałam się otwierać ją, budować wspólnotę, po latach zauważyłam, że moje wysiłki na nic , jest zbyt skupiona na nienawidzeniu naszej rodziny i traktowaniu większości rodziny dość wrogo i agresywnie, by coś przez ten pancerz przeszło, a mną chyba trochę manipulowałą i chowałą się za moimi plecami chcąc mieć we mnie przede wszystkim wspólnika np do nienawidzenia brata i krytykowania go, bez zauważania, że równocześnie z jego wysiłku i zaangażowania sama korzysta.
Działa bardzo autodestrukcyjnie.
Zrozumiałam, że coś z moim podejściem też nie tak. Że może wywieram za dużą presję na nią, przedstawiając jej rozwiązania które by jej może w życiu pomogły, ale na które nie jest emoconalnie gotowa. Więc odpuściłam wtrącanie się, dopytywanie, ciągnięcie za język i czekanie na półsłówka którymi zazwyczaj odpowiadała.
Zastąpiłam to hasłami "jak coś potrzebujesz to daj znać, musisz sama zdecydować, to twoje życie, przemyśl to sobie czego chcesz". Bo wcześniej to bywało, że się naprodukowałam, nadoradzałam, w zamian się nie odezwała wcale, nie wiedziałam czy zrozumiała o czym mówię, czy nie. Bo jak rozmawiać z kimś kto nie komentuje wypowiedzi a wszystko nadmiarowo bierze do siebie i masochizuje się własną błędną interpretacją tego co usłyszał. A trudno przejmować odpowiedzialność za dorosłą osobę, nie chcę tego bo nie wiem dokąd ona chce dojść.
Myślałam, że jak zostawię jej przestrzeń bez mojej ingerencji i wypytywania, to chcący-niechcący będzie musiała zacząć pracować nad sobą, zastanowić się czego chce od życia i jak chce żyć, wziąć za siebie i swoje decyzje odpowiedzialność a nie układać się w pozie "bo wy mnie zmusiliście!" ,
a to "zmuszenie" to tak wyglądało, że np ktoś coś proponuje zupełnie neutralnie, można odmówić ,, ona nie odmówi, później wykonuje to byle jak, wkurzona i w poczuciu krzywdy, a po czasie wybucha, że wcale nie chciała tego robić to inni ją "zmusili".
i obrywają osoby postronne na których swoją frustrację musi wyładować za to "zmuszanie".
Swego czasu rodzina szwagra wykonała jej dużą przysługę, nie musieli tego robić, ona dzięki temu zaoszczędziła sporo kasy i miała wygodę, skorzystała ..a nie lubi ich i źle o nich mówi. Nigdy nie powiedziała "super że to dla mnie zrobili" "jestem im wdzięczna" , za to dużo negatywów na ich temat, sztuczny uśmiech gdy ich widzi,..i negatywne obgadywanie za plecami. Dla mnie to dziwnie przerysowane, bo za szwagrem też nie przepadam, ale to konsekwentna decyzja że albo nie lubię, krytykuję ale i nie korzystam z niego, albo korzystam i nie przepadam ale jestem wdzięczna za to co skorzystałam.
Obserwując jej takie zachowania, jej poczucie przymusu i dziwne interpretacje rzeczywistości, uznałam, że może moje rady też odbiera jako presję i zmuszanie, i przestałam dopytywać i chodzić za nią by coś z niej wyciągnąć i szukać rozwiązań problemów. Z jej strony inicjatywy w podtrzymaniu kontaktów nie było. Widywałyśmy się gdy odwiedzałam rodziców, ale ona nie otwierała się na mnie i na kontakt, zajmowała się sobą.
Od ponad roku prawie nie dopytuję jej, jeśli sama nie chce zacząć tematu. A ona praktycznie sama nie zaczyna, związała się z chłopakiem i rozmawia tylko z nim, od czasu jego poznania odcięła się od reszty domowników, przy pierwszej okazji ostro z nimi pokłóciła, mam wrażenie trochę awantura pod wygodnym pretekstem pozbycia się fochem obowiązków które sama na siebie wzięła i wylania wieloletniej nienawiści. Nie dostrzega, że na jej zachowaniu wszyscy tracą, z nią na czele...
Mimo, że bardzo mi się te relacje nie podobały, to nie komentowałam i nie krytykowałam, liczyłam na jakąś okazję do dłuższęj rozmowy sam na sam by mieć warunki na wytłumaczenie jej jak widzę to co się dzieje. Okazja taka nie nastąpiła, ona o radę się nie zwróciła, nie powiedziała o wielu sprawach o których normalnie ludzie sobie mówią(np fakt wyjazdu na dłużej, scedowania obowiązków na kogoś innego).
W ten sposób nie wiem o jej obecnym życiu nic, bo ani nie interesuje się moim, ani nie opowiada o swoim. Próby normalnych kontaktów na darmo, bo były tylko gdy to ja je podtrzymywałam. Jedyny kontakt to odpowiedź na sms na święta.
Uznałam, że cóż. Jak ktoś nie chce mieć rodziny i wspólnoty z nią to trzeba to uszanować. W końcu jest sporo ludzi co z rodzeństwem nie kontaktują się wcale, widać siostra nie chce kontaktów, obciążenia rodzinne ma zbyt duże, źle jej się kojarzy wszystko co z nami związane, więc woli towarzystwo obcych ludzi. Ok. Przykre bo ja bym wolała więcej kontaktów ze wszystkimi, ale cóż, rodzina tak niekomunikatywna nie ma szans na dobre relacje..
A teraz się dowiaduję od innego członka rodziny, który się z nią niedawno widział(była przejazdem z chłopakiem), że ja powinnam się wobec niej bardziej starać i inaczej do niej odnosić, że kiedyś tam zwierzała się, że to ja ją źle traktuję, że nie może na mnie liczyć, ja kontakt zerwałam, ja ją tylko krytykuję i nie wspieram... i ten członek rodziny twierdzi , że mam się bardziej angażować, bardziej starać, ja jej pomóc, bo ja ją opuściłam i się dokładam do niewątpliwej depresji a ona jest w kiepskim stanie..
Niedługo się zobaczymy na rodzinnym zjeździe.
No i co ja mam robić?