salsa.lover
10.06.15, 20:28
Nawiążę do sąsiedniego wątku, który zainspirował mnie do napisania, bo też mam pretensje od męża o brak znajomych i robi się z tego sporo kwasu między nami.
Moj typ relacji z ludzmi określiłabym "jakość ponad ilość", przez wiekszosc życia mialam kilku, ale za to bardzo bliskich przyjaciół, z ktorymi tworzylam głębokie, znaczące więzi.
Mój maz ma odwrotnie, szerokie grono luźnych znajomych, ale nie ma i raczej nigdy nie miał takich prawdziwych bliskich przyjaciol na śmierć i życie.
Przez pierwsze 2-3 lata zwiazku nie bylo problemu, ogromna fascynacja, jak najwiecej czasu chcieliśmy spędzać razem i bylismy co do tego zgodni, inni ludzie zeszli tymczasowo na dalszy plan.
W jego poprzednim zwiazku, ex męża byla typową ekstrawertyczką, gwiazda towarzystwa, łatwo nawiazywala nowe znajomosci, wszyscy ją uwielbiali od pierwszego spotkania.
Mąż twierdzi, że mimo iż poczatkowo atrakcyjne, na dluzsza metę było to meczace, rywalizacja o uwage znajomych, brak spokojnego czasu tylko we dwoje. Na randki czy romantyczne wyjazdy ona zawsze ciągnęła ze sobą stada znajomych.
Ja jestem zupełnym przeciwieństwem. I o ile mi jest z tym całkiem dobrze, i o ile mężowi na początku zdawało się to odpowiadać, to teraz zaczyna mieć do mnie jakieś dziwne zarzuty odnośnie mojego stylu relacji z ludźmi.
Wydaje mi sie, że mezowi zaczyna brakowac bogatego zycia towarzyskiego a odkąd nie ma ex gwiazdy towarzystwa to zrodlo znajomych i bujnego zycia towarzyskiego wyschlo.
Z jednej strony mąż mowi, ze zazdrosci mi moich bliskich relacji, tego o czym moge ze swoimi przyjaciółmi rozmawiać. A z drugiej strony rozmienia swoj czas i energie na drobne dla ludzi, ktorzy sa tylko po prostu znajomymi, z ktorymi ma malo wspolnego, którzy dzwonią do niego tylko wtedy gdy czegoś chcą.
Mamy kilka zaprzyjaznionych par, z ktorymi sie spotykamy, chodzimy do kina, wyjezdzamy za miasto itp. Nie nazwałabym tych ludzi przyjaciółmi, to raczej właśnie tacy luźniejsi znajomi męża, z którymi jakoś tak się zbliżyliśmy.
I tu dochodzimy do sedna, bo mi coraz bardziej zaczyna przeszkadzac sposob w jaki maz stara się te znajomosci podtrzymywac.
Ciagle robimy tym znajomym jakies przyslugi, ciagle pomagamy, gdzies wozimy, cos pozyczamy, dajemy i to zdaje się być esencją i motorem tych relacji.
Konkretnie wyglada to na przyklad tak: umawiamy się ze znajomymi do kina. To my kupujemy bilety, przywozimy, odwozimy. Czesto nie dostajemy nawet zwrotu pieniedzy za bilety znajomych. Ja nie rozumiem dlaczego dorosli, 30-kilku letni ludzie nie moga sami do kina dotrzec i sami z niego wrocic. Albo dlaczego następnym razem to oni nie kupią biletów dla całej czwórki i nie podjadą po nas.
Jak wyjezdzamy na weekend to zawsze naszym samochodem (chociaz znajomi tez maja samochody). Zajezdzamy po znajomych pod dom, nawet jesli jest to zupelnie nie po drodze. Nigdy nikt nie dorzuca sie do benzyny (mąż i tak by nie wziął)
Jesli wracamy skads wspolna taksowka to zawsze my placimy.
Jak jest wspolna impreza to najczęsciej w naszym domu. My organizujemy jedzenie, alkohol, my po imprezie sprzatamy. Mąż wścieka się na mnie jeśli zasugeruję, że może znajomi by przynieśli jakąś sałatkę, deser, wino, skoro impreza zbiorowa. Jesli impreza jest u znajomych to moj maz nalega, ze musimy pojsc z czyms (cos ugotowac, przyniesc alkohol).
To u nas ciagle ktos nocuje, to od nas ciagle sie cos pozycza, to u nas przechowuje swoje rzeczy, itp itp....
Dla jasnosci, to nie jest tak, ze znajomi sie od nas tego wszystkiego domagaja. To mąj wspaniałomyślny mąż zawsze wyskakuje przed szereg. Czesto wielokrotnie nalega, żeby jego ofertę przyjac. To moj maz zawsze pierwszy sięga po portfel przy wspólnych wyjściach/wyjazdach. Mąż nie ma najmniejszego problemu by zmieniac/dostosowywac/odwolywac NASZE wczesniejsze plany do potrzeb i wygody znajomych.
Jestem tym zmeczona i zaczyna mnie to coraz bardziej draznic, a z mezem za nic nie potrafie sie w tej kwestii porozumiec. Odnosze wrazenie, ze te nasze niby- przyjaznie sa strasznie jednostronne i czesto jestesmy traktowani jak jelenie czy sponsorzy.
To my zazwyczaj inicjujemy spotkania, wspólne wyjścia. Oni dzwonią do nas zazwyczaj jak czegoś od nas potrzebują. Mąż zdaje się tego zupełnie nie widzieć i czasem wydaje mi się, że jest gotów kazdemu znajomemu rozwijac czerwony dywan pod stopami za wszelka cenę.
Dla mnie zachowanie meza wydaje sie nadmiarowe i desperackie. On uwaza, ze to ja jestem skąpa, nie umiem obchodzic sie z ludzmi, ciagle ludziom czegos żałuje (i to dlatego mam tak mało znajomych!)
Nie pytam nawet kto ma racje bo zdaje sobie sprawe, ze to kwestia subiektywna.
Ale jak znalezc kompromis? Jak sie porozumiec? Trudno przecież żyć razem i prowadzić kompletnie odrębne życie towarzyskie.