edw-ina
26.06.15, 14:05
[b]Od kilku dni przypomina mi się rozmowa, jaką stoczyłam niedawno z długo niewidzianym znajomym. Mężczyzna - interesujący, wykształcony, z pewnymi szanowanymi osiągnięciami, o ujmującym sposobie bycia, trochę po 40-tce, nie lew salonowy i nie samiec alfa w błyszczącym samochodzie i plikiem kart kredytowych w kieszeni, ale osobnik dość miły i lubiany. Od lat żadna kobieta nie zagrzała przy nim miejsca na dłużej. I zeszło się nam właśnie na rozmowę o sprawach damsko - męskich, w której to rozmowie on przyznał, że po prostu nie interesuje go nic więcej, poza początkową, namiętną i ekscytującą fazą znajomości i kiedy dana relacja się ochładza, to automatycznie z niej rezygnuje. Nie chce niczego na stałe, nie potrzebuje, nie czuje potrzeby angażowania się, nie zależy mu na posiadaniu rodziny. I tak się zastanawiam, skąd takie myślenie? Tj. zwykle wydawało mi się, że ludzie jednak potrzebują siebie nawzajem, bycia w trwalszym układzie, nawet jeśli nie przeradzał się on w rodzinę, małżeństwo itp. A w przypadku tego oto pana po raz kolejny w ostatnim czasie zetknęłam się z całkowitym zanegowaniem tej potrzeby. To jakiś syndrom czasów, daleko idące niedojrzałość emocjonalna, lęk? Zetknęłyście się z czymś takim?