sorvina
29.06.15, 17:00
Niedawna rozmowa uświadomiła mi, że nie znam sytuacji prawnej związanej z tematem – co jest własnością dzieci, a co rodziców? W przypadku imiennie – prawnie przekazanych darowizn/spadków, sprawa jest raczej jasna. Ale co w przypadku prezentów od rodziny (i rzeczy kupione z pieniędzy od rodziny), czy nawet rzeczy kupionych „dla dziecka” - mebli z jego pokoju itp. , zwłaszcza w kontekście decyzji i wyprowadzce po osiągnięciu pełnoletności? Może któraś z forumek ma większe rozeznanie prawne i coś podpowie.
Pretekstem do rozmyślań, jest sytuacja koleżanki, której w końcówce studiów pomogłam się wyprowadzić od mocno dysfunkcyjnej matki. Ponieważ było realne ryzyko utrudniania wyprowadzki przez ową panią, koleżanka spakowała tylko najbardziej osobiste rzeczy i uciekła pod jej nieobecność. Zresztą wprowadzając się do małego pokoju w mieszkaniu ojca (rodzice wiele lat po rozwodzie) i tak by za wiele nie mogła zabrać. A nawet gdyby mogła, tak jak przewidywała, matka po powrocie stanowczo zabroniła zabierać „jej” rzeczy. Włącznie z częścią książek, kupionych „dla dziecka” w czasie edukacji. Najbardziej żałuje swojego ukochanego łóżka, które chętnie by zabrała ze sobą, ale nie – jest mamy i mama życzyła sobie, by zostało, choć dziewczyna spała w nowym miejscu na rozwalającym się tapczanie.
Nasze drogi się rozeszły, po latach spotkałyśmy się i dowiedziałam się o kolejnych kwiatkach. Otóż w mieszkaniu matki zostało całkiem sporo rzeczy, które znajoma dostała od rodziców, albo oni się dołożyli, m.in. rower. Okazało się, że mama rozdała je jakimś swoim znajomym, odmawiając powiedzenia komu. Rozumiem, że mogła chcieć np. zrobić porządek w piwniczce, ale nie spytała się córki, czy chce zabrać swoje rzeczy. Uznała, że ma prawo nimi dysponować całkowicie. Znajoma do tej pory mówi o tym z goryczą.
Uświadomiłam sobie, że u mnie było podobnie – całe życie byłam „uświadamiana”, że nic nie jest moje, że rodzice robią mi wielką łaskę, pozwalając „korzystać” z rzeczy i w każdej chwili mogą mi je zabrać. Mi nawet nie przyszło do głowy wziąć ze sobą przy wyprowadzce np. „moje biurko”. Zastanawiałam się czy mam prawo zabrać słownik. Większość mebli była i tak kupiona za pieniądze babci „by dzieci miały”, ale po latach to nie do udowodnienia kto, kiedy i za czyje i nie o procesowanie się chodzi, ale o ustalenie jak jest naprawdę od strony prawnej.
Psychologiczne konsekwencje braku możliwości dysponowania czymkolwiek swoim ponoszę do dzisiaj. Ten ciągły lęk, że nic nie jest moje i pewnie i tak wszystko stracę, w konsekwencji brak nawyków i chęci by o rzeczy dbać, inwestować w nie, trudności z odkładaniem pieniędzy itp. Trudno to odkręcić.
Czuję potrzebę oddzielenia faktów prawnych od zasad w stylu „tak w rodzinie było zawsze, więc tak jest”. Gdy są w rodzinie dobre relacje, to nie ma nawet potrzeby by się nad tym zastanawiać, ale gdy brakuje dobrej woli ze strony rodzica, jest wręcz czysta złośliwość i chęć dbania tylko o swoje potrzeby czy chwilowe kaprysy, to warto znać swoje prawa. Nawet jeśli w praktyce to już nic nie zmieni, rower czy cokolwiek jest stracone, to jednak warto wiedzieć, czy warto wyciągnąć z tego lekcję pt. znaj swoje prawa i o swoje interesy walcz, czy też – tak bywa, jak kupisz w 100% za swoje i będzie na to papier to będziesz miał i ciesz się, że ci ubrań nie kazali oddać.
Może wypunktuję kilka kategorii rzeczy:
1) kupionych przez rodziców „dla dziecka” do używania, ale nie jako np. urodzinowy prezent np. meble w pokoju, książki, sprzęt,
2) dofinansowanych przez rodziców w większości, ale kupionych gdy dziecko niepełnoletnie np. 30% z kieszonkowego, reszta rodzice,
3) kupionych przez rodziców dla dziecka już pełnoletniego, nie wręczany specjalnie jako prezent z jakiejś okazji, ale wiadomo, że to „dla dziecka” - ono wybiera, rodzic i tak nie korzysta np. rower, sprzęt,
4) kupionych przez rodziców „dla dziecka” ale za pieniądze dziadków - „kup dziecku niech ma”,
5) nawet oficjalnie przez wszystkich uznane za należące do dziecka, ale pozostawione na kilka lat w domu rodziców (bo dziecko w akademiku/wynajmowanym pokoju – nie ma miejsca), czy jest jakiś czas utraty prawa do swojej własności „przez zasiedzenie” - rzecz nie musi być używana przez rodzica, po prostu jest w jego mieszkaniu. Rodzic nie wzywa do odebrania rzeczy, grożąc pozbyciem się jej, tylko któregoś dnia to robi.
Kto jest właścicielem rzeczy i może nim swobodnie dysponować?