erytea777
13.07.15, 14:01
Pół roku temu urodziłam córke. Mąż rzadko jest w domu. Wraca po nadgodzinach w pracy (fizycznej) koło 18 - 19, zazwyczaj trzeba zrobić zakupy, coś porobić, wtedy też przejmuje dziecko, bo jestem wykończona po całym dniu. Błyskawicznie robi sie późno i trzeba już iść spać. Ale nawet takie dni są nieczesto, z reguły siedze sama do 22:00.
Mąż musi też pomagać rodzicom - jest kilka spraw remontowych do ogarniecia w ich domu, a oni niestety są typami chomików, wiec każde najmniejsze działanie rozpoczyna sie od długiego i żmudnego odgruzowania pomieszczenia, przeniesieniu gdzie indziej, mają wytyczone korytarze miedzy kartonami, szafkami, krzesłami itp. Wiem, że tego nie zmienimy, zresztą nie o tym wątek. Chodzi mi o to, że każda praca zajmuje 2x wiecej czasu. Dodatkowo robi im zakupy, bo ciezko jest im wnieść wieksze cieżary na 5 pietro, a windy brak.
Mamy też inne problemy/obowiązki, bo brat meża mieszka za granicą, a tu ma mieszkanie, które wynajmuje i w nim również co jakiś czas trzeba coś zrobić/naprawić - daje wtedy na to pieniądze (na materiały itp.), ale robota spada z reguły na mojego meża. Ja uważam, że to brat powinien sie tym zajmować, np. zamówić ekipe, ale zawsze pada argument, że to jest drogie, a mój mąż nie odmawia pomocy - poza tym szwagier przy okazji naszego ślubu wsparł nas troche finansowo, przez to mąż czuje sie troche zobowiązany, no i mąż jest na miejscu (to mieszkanie jest 2 ulice od nas), a brat siedzi w Anglii.
Tak naprawde przez wiekszość tygodnia siedze do późna sama, bo nawet jak mąż wpadnie po pracy, to potem leci załatwiać różne sprawy, a jak uda mu sie wrócić wcześniej, to jest wykończony i musi sie przespać, wiec i tak jakby go nie było, bo wstaje o 5 rano, a chodzimy spać 23 - 00, uważam, że to dla niego za mało snu, ale zwykłe domowe sprawy tyle zajmują.
Kiedyś dzieliliśmy sie obowiązkami, teraz wziełam je na siebie, sprzątanie, gotowanie, pranie, jak ktoś wpadnie do dziecka, to lece zrobić wieksze zakupy - mój mąż sie bardzo stara, ale po prostu nawet nie miałby kiedy mi pomóc. Ma problemy z kregosłupem, czasami widze, że bierze jakieś tam swoje tabletki p/bólowe, chodził na rehabilitacje, ale to nic nie pomogło:/ Czasami zasypia na stojąco.
A ja wciąż biore na siebie kolejne obowiązki, żeby go odciążyć, ale to i tak nic nie daje i dalej nie ma na nic czasu. Gdyby to były tylko sprawy naszej rodziny, to ok, ale to są sprawy 3 rodzin, ja powoli wysiadam. Mamy też swoje zaległe sprawy, też są rzeczy w domu do zrobienia, ale nie ma kiedy!
Moja mama jeszcze pracuje, wpada czasami po pracy, ja wtedy biegam, sprzątam, gotuje itd., teściowa nigdy nie ma czasu, z reguły tylko dzwoni pytać co u nas i skarży sie, ile to ma rzeczy do zrobienia i jak to sie zle czuje. Zaznaczam, że absolutnie nie wymagam, żeby zajmowała sie moim dzieckiem, uwazam tylko, ze skoro tak mocno absorbuje swojego syna, to byloby miło, gdyby zaproponowała, że przyjdzie i posiedzi z małą, żebym miała czas pozałatwiać sprawy na mieście. Kilka razy bywało, że zostawała na pare godzin, ale potem mocno narzekała, że nie ma już siły na opieke nad dzieckiem, wydzwaniała co chwile, kiedy wróce.
Jestem zmeczona, sfrustrowana, wieczorem padam na pysk. Seksu nie ma, bo nie mamy siły, wieczorem padamy. Najgorzej, że to nawet nie kwestia dziecka (przesypia cale noce, jest grzeczne), tylko ogółu zajeć. Meczy mnie, że ciągle musze pamietać o wszystkim, załatwiać lekarzy (chodzimy 2x w tyg na rehabilitacje jeszcze ze 3 - 4 miesiące), pilnować recept, pilnować zakupów, rachunków, wszystkiego. Czuje, że nie mam w nikim wsparcia, nie chce meża obciążać moimi jakimiś humorami, bo widze, ze sie stara ponad swoje siły. Nie wiem już, co mam robić, dlatego pisze tutaj, może ktoś z zewnątrz na to spojrzy i coś doradzi. Ostatnio chyba miałam jakieś załamanie z powodu jakiegoś idiotyzmu - przebiła mi sie detka w wózku i po prostu usiadłam i płakałam jak idiotka. Nie wiem, co sie ze mną dzieje.