madi138
24.07.15, 17:52
Na fali wątków o teściowych.... :D
Mój mąż był synkiem rodziców, wychowywanym po to, aby zaspokajać ich potrzeby i żyć z nimi w idealnej symbiozie. Nie miał nigdy własnego zdania i nie musiał go mieć, bo przecież rodzice zawsze wiedzieli co dla niego najlepsze. Wciąż podcinali mu skrzydła, wmawiając, że bez nich nigdy sobie w życiu nie poradzi i niczego nie osiągnie. Nie będę wdawać się w szczegóły, ale miał w domu rodzinnym mocno toksyczny klimat. Odbiło się to na nim w postaci ciężkiej nerwicya i bardzo niskiego poczucia własnej wartości.
Na szczęście zjawiłam się ja, a potem zdarzyło się jeszcze klika splotów okoliczności, dzięki którym wylądowaliśmy za granicą, a mąż wylądował na terapii. Miał ich już kilka, ale wciąż nie jest dobrze. Mąż bardzo się zmienił i wykonał nad sobą tytaniczną pracę, ale to nie jest to czego by oczekiwał. Widzę, jak męczy sie sam ze sobą i strasznie mi go żal. Generalnie sednem jego problemów jest brak wiary w siebie i potrzeba ciągłego odtwarzania atmosfery z domu rodzinnego (poczucia porazki, bycia gorszym, glupszym). Mąż nie potrafi przyjmowac dobrych rzeczy, które spotykają go w życiu i podświadomie prowokuje sytuacje, które utwierdzą go w jego przekonaniu o byciu beznadziejnym. Do tego dochodzi aspekt finansowy. Tesciowie zawsze żyli ponad stan i wiecznie mają problemy finansowe, wynikające z ich lekkomyślności. Mężowi ciężko znieść, że powodzi mu się lepiej niż im (no bo, jak ON może mieć lepiej niż rodzice???) i czuje się winny, choć obiektywnie widzi, że mają tak na własne życzenie i nawet ciągłe dofinansowywanie nic nie daje...
Moje pytanie brzmi, czy dla kogoś takiego jest nadzieja? Czy da się w końcu pokonać te wdrukowane schematy? Mąż przeszedł już kilka terapii, ale pomimo ogromnych zmian, efekty nie są zadowalające. Dlatego rozważa porzucenie terapii, a ja boję się, że bez tego będzie jeszcze gorzej...
Ciekawa jestem, szczególnie opinii Oli_dom, bo wiem, że ma podobne relacje z mamą :)