limonka_citron
31.07.15, 09:17
Od 2 lat spotykam się z partnerem. Oboje mamy po 40+ l. po rozwodach. Partner mieszka z mamą, ja w malutkim mieszkaniu z 19 l synem, przy czym mój pokój jest przechodni. Z tego też powodu nie zdecydowałam się, żeby zamieszkał z nami na 35 metrach. Czasem nocował, ale syn czuł się skrępowany przechodząc do kuchni lub toalety i widząc matkę w łóżku z facetem... On z kolei tłumaczył się, że nie mieszka sam,a u matki i jak chce nocować u niego mam z nia porozmawiać co wydawało mi się nie na miejscu :( Starałam się organizować weekendowe wyjazdy za miasto do spa czy na działkę, żeby móc z nim przebywać. On nigdy sam nie wyszukał nic. CO drugi weekend spotykał się z córką więc my tylko 2 razy w m-cu na kilka godzin. Nigdy po pracy nie przyjechał do mnie, bo tłumaczył się, że jest wyczerpany... Nie zaprosił na kawę czy lody-bo ma wysokie alimenty i nie ma pieniędzy. Wielokrotnie mówiłam mu, że dłużej tak nie mogę cały czas sama, wszystko na mojej głowie,że nasza znajomość sypie się. Wpadłam na pomysł, że 2 razy w m-cu będzie spędzał weekendy u mnie-zgodził sie. Wczoraj nastąpił atak, że jestem oszustką, że zwodziłam go dwa lata, bo jemu nie zależy na takiej kobiecie na telefon, nie chce jego bliskości, nie może mieszkać ze mną. Strasznie mną to tąpnęło :( Nie spałam w nocy, jestem zdruzgotana, co ja mam teraz zrobić???? Jego nic nie obchodziło, On zawsze miał kłopoty w pracy, z byłą żoną pocieszałam go, rozwiązywałam problemy, a teraz słyszę , że jestem śmieciem, bo nie może zamieszkać ze mną to moja wina :((( Czy powinnam postawić syna przed faktem dokonanym i powinnismy zamieszkać w mojej kawalerce? Co ja mam robić :((((