ramid
04.08.15, 13:12
Nadszedl dzisiaj ten czas ze musialem w koncu podjac decyzje o odejsciu. Zwlekalem z tym dlugo bo ponad 2 lata. W tym czasie byłem wyzywany od debili, ciot, bufonow, imbecylow itd.
Przez ostatnie 2 lata bylem bez pracy i zajmowalem się synem. Robilem to co kobiety na urlopach macierzynskich tylko ze role się odwrocily. Zona nas utrzymywala razem z reszta rodziny. Oczywiście bywalo ze cos zrobilem zle czegos wlace ale jakos staralem się ogarnac wszystko lacznie z gotowaniem (jestem po technikum spozywczym), praniem czy prasowaniem.
Jest bardzo agresywna jak się zezlosci. Wtedy leca epitety pod moim adresem najrozniejsze jakie mogą być.
Wszoraj już nie wytrzymalem. Uslyszalem zarówno „spieprzaj dziadu” jak i „spierd…aj” kilka razy.
Nie powiem tez mam ciezki charakter, jestem porywczy i tez potrafie pare rzeczy powiedziec ale agresja zony mnie przeraza. Pobralismy się tylko dlatego bo zaszla w ciaze. Banalne to – jakze wiele takich rodzin jak moja.
Teraz znow pracuje. A moja zona wciąż chce otrzymywać ode mnie cala wyplate i oczekuje jeszcze ze będę kupowal poza tym sporo do domu czyli jedzenie, srodki czystosci itd. Wiec bywalo ze robilem debet na koncie i kupowalem rzeczy. Niestety wczoraj się zbuntowalem. Przez 2 lata bezrobocia mam dlugi które musze splacic (mam swoje mieszkanie na kredyt a miedzy jednym lokatorem a drugim była przerwa a za cos musialem zaplacic kredyt, czynsz i oplaty). Zona oczywiście tego nie rozumie. Zawsze mi mowila ze moje dlugi jej nie obchodza.
Nigdy nie kupila mi ani butow, ani ubran nie mowiac o lekach (stres mnie dobijal – zaczalem chorowac). Pozyczalem od matki emerytki.
Nie wiem czy tylko ja dzialam na nia jak plachta na byka czy tez tylko do mnie jest tak agresywna.
Synka bardzo kocham już za nim placze. Teraz ma 4 latka. Jest wspanialym chlopcem i kochanym przez wszystkich. Oczywiście zdaje sobie sprawe ze będzie grala na uczuciach malego i pewnie mu bzdury będzie o mnie opowiadac.
Nie mogę sobie z tym poradzic. Ale czy wciąż mam znosic epitety i być wyzywanym i cierpiec w imie dobra dziecka.
Już nie jestem w stanie – dlatego zdecydowalem się odejsc. Ale bije się z myslami czy dobrze zrobilem. Czy decyzja nie była zbyt pochopna. Oczywiście jeszcze do rozwodu może być daleka droga ale takich scysji z trzaskaniem drzwiami i wyzwiskami było wiele.
Dodam ze zona jak się zatnie nie slucha zadnych argumentow. Pracuje w szkole, zarabia niewiele i nie dociera do niej ze jak straci prace to lepiej ciagnac wozek we dwoje. Ciagle slysze „poradze sobie” – tyle ze to „radzenie” oznacza zaprzagniecie tesciowej do pomocy i opieki nad malym. Prowadzenie do przedszkola, odbieranie, zabawianie po poludniu itd. A rodzice jej maja już po 70 lat i nie beda w stanie zaopiekowac się dzieckiem i pomagac we wszystkim bo już z przyczyn naturalnych nie dadza rady.
Wybaczcie ale musialem się wygadac. Jak byscie postapili czy postapily w mojej sytuacji?
Pozdrawiam
Jacek