umarabara
06.08.15, 07:28
Nie będę opisywać żadnej życiowej tragedii, pozawracam Wam głowę o pierdół.
Ale jednak potrzebne jest mi spojrzenie z zewnątrz, czepiam się czy nie?
Jesteśmy umówieni na 18:00. On przychodzi na 18:50. Jestem rozczarowana i nie ukrywam tego.
Mówię, że miał przyjść prawie godzinę temu, on na to że nie mógł wyjść z pracy, ja, że w takim razie powinien zadzwonić albo puścić sms, on, że jego zdaniem wcale nie umawialiśmy się na 18 tylko na 18-19, a jak czułam się niekomfortowo, to ja powinnam była zadzwonić.
Co wyszło w dalszej dyskusji: On się czuje źle z moim rozczarowaniem. Bo "nie mam jak zwykle żadnego zrozumienia dla jego późniejszego wracania z pracy" .Bo nawet gdybyśmy się umawiali na 18, to i tak nie powinnam się czuć rozczarowana, tylko "mieć margines na to, ze coś się może stać". On się czuje nierówno traktowany, bo rozmawialiśmy kiedyś o tym, że jak któreś z nas długo nie wraca (bo np. po pracy poszło do galerii handlowej :)) to jeżeli drugie zaczyna czuć niepokój albo chce wiedzieć o co chodzi, to niech dzwoni od razu (wynikłe z dawniejszej sytuacji, w której nie byliśmy ze sobą umówieni, tylko on się niepokoił że mnie nie ma (do 21), ale nie zadzwonił).
Pytam go, czy rozumie dlaczego czułam się rozczarowana i tak zareagowałam, ja sądziłam że jesteśmy umówieni na 18 i czekałam na niego od 18, a on na to że nie. Według niego nie ma podstaw do takich uczuć, nawet gdyby to była 18. Bo "margines".
No to czepiam się, czy nie?