eskorta30
07.08.15, 11:24
Taki oto problem: porzucić pracę, która mnie trawi, czy zacisnąć zęby i siedzieć na tyłku bo w innej firmie może być tylko gorzej? Może to nie do końca temat rodzinny, ale na rodzinie się odbija.
Od ok.7 lat pracuję w niewielkiej firmie. Od początku firma ma problemy finansowe - az dziw bierze, że jeszcze jakoś utrzymuje sie na powierzchni. Z racji stanowiska doskonale orientuje sie w sytuacji finansowej, znam finansowe zobowiazania firmy i jej zaległości. Nie płacimy na czas wynagrodzeń, sa osoby czekające na kasę po 2-3 miesiące, a inni w tym czasie dostają podwyżki (bo groża odejściem). Niestety jestem w firmę zaangazowana emocjonalnie, głównie dlatego, że mimo wszystko panuje tutaj dobra atmosfera, wszyscy się lubią, tworzymy całkiem zgrany team i ludziom zalezy na tym, żeby w końcu udało nam się przezwyciężyć kryzysy. Szef jest bardzo ludzkim człowiekiem, co jest jego zaletą, ale zarazem wadą - jest zbyt miękki, co nieraz powodowalo kolejne tarapaty projektowo-finansowe. Ludzie do niego lgną, potrafi nieźle zakręcić pracowników, zmotywować, nawet jak nie ma pieniędzy!
I teraz, od jakiegoś czasu mam róznego rodzaju problemy ze sobą, nie układa mi się życie osobiste, jestem ciągle smutna, przygnębiona, widze świat w czarnych barwach, stresy z firmy przenoszę na dom, partnera, mam jakieś lęki, problemy ze snem, przezywam sprawy firmowe, kompletnie nie mogę się odciąć od tego co sie dzieje w firmie, nic mnie nie cieszy, obarczam się odpowiedzialnością za wszystko, mam poczucie winy, nie umiem odpoczywać, ciągle jestem pod mailem, zaniedbuje sprawy domowe, palcem nie chce mi się ruszyć, jedyne co mnie cieszy to mój syn. Zaczęłam mieć tez problemy jakby zdrowotne, w stresowych sytuacjach dostaję nagle strasznego bólu pleców, który potrafi się utrzymywać kilka dni. Taki ból, ze czasem nie mogę zdjąć bluzki bez pomocy. Robiłam badania, nic mi nie jest. Dostaję tylko ketonal i tyle mi lekarz może pomóc. Potwornie się wściekam jak mi się coś nie uda, nawet w najbardziej błahych sytuacjach.
Najpierw szukalam probelmu w domu. A nagle mnie olśniło, ze wszytskie moje problemy wynikają z sytuacji w firmie. Impulsem była z pozoru błaha sprawa: w związku z nadchodząca kontrolą (nie określoną konkretnie co do daty) prezes chciał mi odebrac tygodniowy urlop, który miałam zarezerwowany 2 miesiące wczesniej. Ostatecznie wyjechałam i nie nastąpił żaden koniec świata pod moją nieobecność (kontrola do tej pory się nie odbyła), ale nagle w jedną sekundę zrozumialam, ze firma ciągnie mnie w dół. Nagle okazało się, ze od 7 lat nie miałam w tej firmie ani jednego dwutygodniowego urlopu, najdłuższe zwolnienie na jakim byłam było 2 lata temu (7 dni roboczych), ZAWSZE na zwolnieniach mam potworne poczucie winy (biore zwolnienia bardzo rzadko, 2-4 dni maks jak juz naprawde nie mam z kim dziecka zostawic, sama przychodze do pracy chora), zawsze pracuję wtedy z domu (inna sprawa, ze jak mnie nie ma, to mojej pracy nikt nie wykona). Nie raz biorąc 1, czy 2 dni urlopu byłam zasypywana telefonami, mailami, prośbami, które spełniałam - więc potem kasowałam ten niby urlop, skoro wiekszosc czasu i tak poswięcałam na firmę. Dzięki temu mam teraz ponad 40 dni urlopu do wykorzystania...których nie mam kiedy wziać. Jednoczesnie jeden z kierowników ściga mnie o wykorzystanie urlopu, bo mam najwięcej z całej firmy. Zamknięte koło.
Mam poczucie potwornego wypalenia, co raz częściej nie chce mi się pracować, wykonywać zadań. Robię tylko to co jest moją najważniejszą funkcją, z trudem przychodzi mi dostosowanie się do jakiś nowych pomysłów, które niby mają naprawiać sytuacje w firmie (kwestie administracyjne). Nie mam nadziei, uważam, ze i tak cokolwiek robimy, to nie ma sensu bo to nic nie zmieni. Wkurzam się na sposób zarządzania firmą, który jest chaotyczny, na sposób wynagradzania ludzi za ich pracę, za opóźnienia w płatnościach, za to ze ciagle odbieram telefony i listy z wezwaniami do zapłaty.
W domu, odkąd określiłam swój problem dostaję bardzo dużo wsparcia. Mąz zgodził się ze mną, ze to praca tak okropnie wpłynęła na nasz związek. Od momentu kiedy przeprowadziliśmy kilka długich rozmów zrozumiałam że praca ciagnie mnie w przepaść. Jenocześnie panicznie boję się powrotu na rynek pracy. Od ponad 7 lat nie chodziłam na rozmowy kwalifikacyjne, mam ponad 30 lat, boję się, ze nie znajde pracy i będę kula u nogi dla męża. Co prawda, nawet jeśli nie będę miała pracy przez jakiś czas, to nie utoniemy.
Pamiętam doskonale, ze przed znalezieniem obecnej pracy siedziałam w domu przez pół roku chodząc na niezliczone romowy, z których nic nie wynikało, pamiętam że byłam wtedy u kresu sił, korzystałam z pomocy psychologa. Ten strach o przyszłośc znowu się pojawił, chyba silniej niż kiedykolwiek.
Rozmawiam z rodziną i znajomymi, radze się, co robić. Rodzice są na nie, mówią: czasy ciężkie, nie można się zwalniać, siedz cicho i pracuj. Znajomi mówią, ze jestem durna, już dawno temu powinnam była zwolnić. Są i tacy, którzy mimo wszystko zaciskają zęby i robia w swoich korporacjach, bo mają kredyty itd., nie potrafią porzucić nawet najbardziej destrukcyjnej pracy. Rozmawiam z wieloma osobami i powiem wam szczerze, ze w moim srodowisku, ludzi 30-40 letnich w Warszawie nie mam nikogo, kto powiedziałby ze lubi swoją pracę, praca jest jego pasją i że jest zadowolony. Spotykam wiecznie sfrustrowanych, smutnych ludzi, którzy mówią, ze nienawidzą tego co robią. A może to moja sytuacja sprawia,ze wyłapuję tylko takie opinie? Kilka osób sugeruje depresję, ale ja chyba jeszcze się łudzę, może to tylko chwilowy dołek (który na dobre trwa od ok. roku). Trzyma mnie jeszcze ciekawość: co bedzie dalej z firmą. Jestesmy tu mamieni wizjami wielkich projektów, dotacji unijnych. Zdaje się, ze przełamanie tego kryzysu jest tuż, tuż...Boję się, że zarzucą mi, że odchodzę na ostatniej prostej, że tylko jeszcze pare miesiecy, i juz bedzie super...Że zawiodę ludzi, z którymi pracuje od tylu lat.
Jakie Wasze zdanie?