dzidz_dzidziulec
14.08.15, 23:08
Stoję przed bardzo trudną decyzją, decyzją o emigracji. Niby jest ona podjęta, termin wyjazdu coraz bliżej, a ja ciągle tak naprawdę się waham… Na rozum, tak, pewnie powinnam wyjechać. Ale mam poczucie, że bardziej nie chcę niż chcę.
Po kolei. Jestem tuż po trzydziestce, mam partnera, dwie córki (prawie czterolatkę i prawie półtoraroczniaka). Partner ma kredyt we franku, zaciągnięty jeszcze zanim zaczął się nasz związek, spłaca go od bodajże siedmiu lat i dokonuje naprawdę cudów, żeby robić to regularnie (teraz sytuacja jest dużo stabilniejsza, ale pamiętam czas, gdy rata była wyższa niż jego pensja i ratowały go wykopywane spod ziemi chałtury). Dom, na który jest kredyt, jest wynajmowany i ten wynajem też w dużej mierze ratuje sytuację, aczkolwiek lokatorzy zawsze mogą się wyprowadzić, a znalezienie nowych będzie bardzo trudne, z uwagi na lokalizację. Partner ma w tej chwili dwie prace, jedna z nich (znacznie lepiej płatna) to praca za granicą, tę, która jest w Polsce, wykonuje częściowo zdalnie. Od roku żyjemy w układzie, w którym on spędza mniej więcej po połowie czasu w Polsce i za granicą – parę tygodni tam, parę tu. Od początku – tzn. od kiedy podjął tę robotę za granicą – mowa była taka, że ja z dziewczynkami się w niedługim czasie przeprowadzam do niego, zaczynam pracę razem z nim (jak najbardziej jest taka opcja) i generalnie układamy sobie tam życie przynajmniej na 2-3 lata – po tym czasie, po dołożeniu moich i jego oszczędności i sprzedaży mojego mieszkania powinniśmy być w stanie spłacić całość kredytu i wreszcie się od niego uwolnić (na marginesie – ja do tej pory nie dokładałam się finansowo do spłaty, gdybym zaczęła – to naturalnie przy wpisaniu mnie w papiery jako współwłaściciela nieruchomości; wspominam o tym, żeby już tego tematu nikt nie podnosił).
Powinniśmy się wszyscy przenieść we wrześniu, bo bardzo zależy mi na tym, żeby Starszej nie zmieniać przedszkola w trakcie roku szkolnego – i tak martwię się koniecznością jej aklimatyzacji w nowym miejscu i jest to jedna z rzeczy, która mnie zniechęca do emigracji. Młoda bardzo lubi swoje obecne przedszkole, do którego chodziła przez rok, nawet teraz latem często je wspomina, opowiada że będzie już w średniakach, itd. Po wyjeździe wszystko się zmieni, ona nie zna języka, nie wiem jak się odnajdzie w nowym miejscu. Jest rezolutną dziewczynką, nie ma problemów w kontaktach z rówieśnikami, kilkukrotnie już w życiu wyjeżdżała z nami za granicę podczas realizacji różnych naszych projektów, miała obcojęzyczne nianie, z którymi jakoś się dogadywała i które wspomina z sympatią, ale… Nie wiem, ja miałam bardzo stabilne i spokojne dzieciństwo, chodziłam do małej wiejskiej szkoły, tej samej przez osiem lat, i mam poczucie, wynikające po części pewnie z tych doświadczeń, po części z obserwacji córy, że to jest ważne dla dziecka – stabilność, powtarzalność, rutyna, stałość środowiska. Nie chcę jej tego zabierać, koleżanek, częstych kontaktów z kochanymi dziadkami, nie chcę burzyć jej świata. A za parę lat pewnie robić tego po raz kolejny.
Dlaczego jeszcze nie chcę jechać. Nie pracuję. Długo studiowałam (doktoranckie), potem weszłam w dzieci. Co prawda mimo dzieci cały czas coś dłubię zawodowo, ze Starszą na rękach kończyłam doktorat, teraz też, w skali ostatniego roku, zarobiłam jak na polskie realia nie najgorsze pieniądze dzięki kilku zleceniom. Prawie wszystkie dostałam dzięki kontaktom i znajomościom partnera. Stricte w zawodzie stałej pracy raczej nie znajdę, pogodziłam się z tym i od kilku miesięcy przygotowuję się do egzaminu na tłumacza przysięgłego, z języka, na który z tego co się orientowałam jest popyt i zapotrzebowanie. Zakładam że w ciągu najbliższego półrocza mogłabym zdać egzamin i zacząć własną działalność – nie wiem na ile dochodową, to co wiem od dwóch znajomych tłumaczy tego języka, nastraja optymistycznie, ale jak będzie w istocie – nie mam pojęcia. Bardzo mi jednak na tym zależy, bardzo chcę pracować, mieć regularne własne dochody, mieć coś swojego. Wyjazd realizację tych planów póki co przekreśli – w nowym miejscu owszem, będę pracować, ale z partnerem, pod jego kierownictwem, ta praca będzie w zasadzie od niego zależeć, jak jego zwiną ze stanowiska, to i mnie, ja tam nawet podmiotowa za bardzo nie będę. To mnie uwiera.
Kraj, do którego mamy wyjechać, znam dobrze, mieszkałam tu trochę podczas studiów, znam język, znam realia, kiedyś miałam stąd wielu znajomych i kilku bliskich przyjaciół, jakaś część tych relacji jest nadal żywa lub potencjalnie do odtworzenia. Nie boję się statusu emigrantki, czy jak to nazwać, nie przypuszczam, bym się czuła obco, te kwestie nie mają znaczenia.
Nasz związek z partnerem jest dość trudny, ma wzloty i upadki, są okresy fajnej bliskości, są takie, kiedy myślę, że trzymają mnie przy nim tylko dzieci. Główna przyczyna konfliktów między nami to jego praca, tudzież pracoholizm. Pracuje bardzo dużo, przez co i ja pracuję bardzo dużo, bo dziećmi ktoś się musi zająć, a jego z reguły albo nie ma, albo jest nieobecny. Teraz jesteśmy na pierwszym urlopie od dwóch lat i nawet tu byłam z dziewczynkami sama dziś na plaży, bo on ma robotę. Wieczory, kiedy jest z nami w Polsce, spędzam z reguły sama, bo on zasypia z dzieciakami, a potem w nocy wstaje i do rana pracuje. Malo rozmawiamy, nie ma kiedy. Mam głęboko po dziurki w nosie czegoś takiego, tej samotności, samotnego ogarniania dzieci i domu od A do Z, a on z kolei ma do mnie żal, że nie doceniam jego starań i nie rozumiem, że on musi tak pracować, że kredyt. Nie piszcie tylko, że się wpakowałam w taki układ sama wiążąc się z gościem z kredytem we franku, bo też to wiem… Dlatego też tak mi zależy, żeby udało się tego kredytu pozbyć raz na zawsze… A z drugiej strony, myślę czasami, że wolałabym mieszkać bez partnera, bez tych konfliktów, o pracę, o odkładanie rzeczy na miejsce, o to że nie ma czasu raz w miesiącu wyjść z dziećmi na spacer… Jak przyjeżdża, to się cieszę, ale kiedy go nie ma, najczęściej nie tęsknię…
Partner jest fajnym tatą, wiem i widzę, że dziewczynki go kochają i potrzebują. Mało się nimi zajmuje, ale w samym wspólnym przebywaniu (mieszkamy na 38m2, więc jeśli jesteśmy w domu wszyscy to nie ma mowy o żadnej izolacji) okazuje im dużo ciepła i czułości. Jeśli nie wyjedziemy z nim,to będą go widywać rzadko (rytm jego pracy ma się zmienić w najbliższych miesiącach, będzie więcej za granicą i mniej w Polsce), nie wiem też czy nasz związek wytrzyma próbę odległości. Wiem że partner będzie bardzo rozczarowany i zawiedziony, że tęskni za nami będąc za granicą, a poza tym liczy mocno na moją pomoc w pracy. Mam też poczucie, że powinnam zacząć zarabiać w końcu regularne pieniądze, jakoś go w ten sposób wesprzeć i odciążyć – oprócz tego że on zarabia na kredyt, utrzymuje też całą naszą czwórkę. Do zdania egzaminu na tłumacza i rozpoczęcia działalności to jeszcze jakaś droga – a tu mogę zacząć zarabiać sporo jak na Polskę praktycznie od zaraz…
Przepraszam za objętość, i tak skrótowo wszystko opisałam:) Co robić więc? Wiem, że nie podejmiecie za mnie decyzji, ale bardzo potrzebuję, żeby ktoś spojrzał na sytuację z boku, świeżym okiem, może zobaczył coś, czego ja nie widzę. Dzielcie się opiniami.