kaszub-ska
01.09.15, 22:57
bo wyszła tylko z tego ogromna awantura i w ogóle wyszło na to, że tylko ja widzę coś złego w klapsowaniu i bezustannym strofowaniu dzieci.
Przypominam mój wcześniejszy wątek na ten temat:
forum.gazeta.pl/forum/w,898,157891693,157891693,podejscie_do_dzieci_w_rodzinie.html
Pojechaliśmy na weekend do teściów na wieś, jak zwykle było też rodzeństwo męża z rodzinami. Nie planowaliśmy w ogóle wyjazdu w najbliższym czasie, bo mąż zdecydował się na terapię i postanowił na jakiś czas odciąć się od mamy i ojczyma. Poza tym mamy na głowie przeprowadzkę. Ale teściowa męczyła nas telefonami od dwóch miesięcy, rodzeństwo męża nalegało na spotkanie w ostatni weekend wakacji, a dzieci chciały jechać do kuzynostwa, więc pojechaliśmy.
Skorzystałam z forumowej rady i rozmawiałam z mężem przed wyjazdem, że źle się czuję, będąc świadkiem złego traktowania dzieci i nie ma dla mnie znaczenia, że nie moje. Powiedziałam, że żałuję, że do tej pory nie zawsze miałam odwagę zwracać uwagę, bo nie chciałam wywoływać awantury ani otwarcie występować w obecności dzieci przeciwko rodzicom i dziadkom. Powiedziałam, że żałuję, że odpuszczałam w imię świętego spokoju i mam z tego powodu wyrzuty sumienia wobec tamtych dzieciaków i swoich, że muszą na to patrzeć. Uprzedziłam, że nie będę więcej siedziała cicho, kiedy ktoś tam znowu zabierze się za klapsowanie albo straszenie dzieciaków. Jeśli on nie chce nic zrobić, to jego sprawa, ale niech nie każe mi znowu odpuszczać, bo tego nie zrobię.
Na początku wszystko było OK, jak zawsze. Do czasu aż dzieci przestały spokojnie siedzieć i cicho się bawić. Zaczęło się ostre strofowanie (cicho macie być!, nie ruszaj tego!, oddaj jej!, nie biegaj!, nie krzycz!), później straszenie (zaraz dostaniesz!, nie denerwuj mnie bo pożałujesz!, mam wstać?, mam do ciebie przyjść i cię uspokoić?, chcesz dostać?), a w końcu klapsy. Podeszłam do teścia, powiedziałam "przestań go bić" i odsunęłam od niego siostrzeńca męża. Mąż podszedł do chłopca, bo płakał i zaczął go pocieszać. Teść do mnie "co robisz? po co się wtrącasz?" i zaczęła się wymiana zdań z całą rodziną. Koniec końców wyszło na to, że ja zawsze wtrącam się do nie swoich spraw. Parę klapsów to nic złego. Zasłużył, to dostał i w ogóle o co ja robię awanturę. A reakcja mojego męża polegała na uspokajaniu mnie i swojego rodzeństwa, bo dzieci boją się krzyków. Byle tylko zapomnieć o tym, co się stało, zignorować, zrobić grilla i ognisko i wszystko znowu będzie dobrze. Ja tak nie potrafię. Nosz k...a, czy to jest normalne zachowanie? Przez 2 tygodnie miałam u siebie dwóch tamtych chłopaków i swoje dwie córki i jakoś nie musiałam straszyć laniem, a tam przez dwa dni co rusz lecą z łapami do nich.
Teraz rodzina męża jest na mnie wkurzona, ale za 2 miesiące znowu będą chcieli, żebyśmy przyjechali, bo tak dawno nas nie było. Chociaż może tym razem nie rozejdzie się po kościach. Mąż jest na mnie zły, bo nie chcę olewać tego, co widzę i psuje mu spotkanie z rodziną. Ja jestem zła na niego, bo nie wiem, jak może tak po prostu przechodzić do porządku dziennego nad krzywdą dzieciaków. Ja nie potrafię nie reagować, stać i patrzeć. No nie potrafię, a to jest jedyne rozwiązanie.
Żałuję, że zareagowałam, bo teściom i tak nic nie zmieni poglądów i zachowania. Tak jak i rodzeństwu męża. Będą robić, co chcą. Dzieciakom i tak nie pomogę, bo widzę je okazjonalnie. Za to jestem pokłócona z mężem z powodu, który wcale nas nie dotyczy. I to w czasie przeprowadzki, kiedy musimy się dobrze dogadywać. Nie wiem, po co mi to było. Jestem zła sama na siebie.
Tylko wygadać się chciałam:(