sajouri1
14.09.15, 21:08
Wiem, ze moja sytuacja to pryszcz i betka w porównaniu z tym, co przechodzą inne osoby na tym forum, ale chyba doszłam do ściany i nie dam rady dalej.
Chodzi o mojego męża.
Nie pije, nie bije, dobry dla dzieci, dobry syn i zięć, życzliwy sąsiad, znakomity pracownik.
Zdałoby się - ideał.
Tylko w małżeństwie nie wychodzi.
Chodzi oczywiście o tzw. koleżankę.
Tutaj większość z ziewem przerzuca wątek na koniec strony, bo było z milion razy, w najróżniejszych konfiguracjach. Ale proszę, poczytajcie.
Od 10 lat mój mąż ma tzw. koleżankę, obecnie to - o ile się orientuję - znajomość na odległość, smsowo - telefoniczna. A dlaczego "o ile się orientuję" - bo mój mąż skrzętnie ukrywa tą znajomość , wszelkie jej przejawy skrupulatnie kasuje i chowa i gdyby nie to, że nasze konta telefoniczne są powiazane, to nie wiedziałabym nic.
Na początku była "tylko koleżanką", potem "coś do niej czuł" (o czym powiedział mi w styczniu, choć oczywiscie wiedziałam że coś jest na rzeczy, wtedy kiedy się to działo), jeżdził do miasta odległego o 100 km w "odwiedziny". Jak się o tym dowiedziałam, przeprowadziliśmy wiele rozmów, staraliśmy się naprawic to, co w małżenstwie bylo kulawe i jakoś szło. Nastepnie, tuz po rozmowach korygujących " miał znowu kilka wpadek, potajemne wycieczki w odwiedzinki, godzinne rozmowy przez telefon. Potem sie to uspokoiło. Mówimy tutaj teraz o okresie 2 lat. Następnych 5 lat w miare chyba spokój, poza rytualnymi zyczeniami swiatecznymi chyba sie nie kontaktowali. Ja, albo z powodu postepujacej sklerozy, albo bezrozumnego zaufania - nie widziałam najmniejszych powodów, żeby chociaż zerknąć na nasze bilingi.
W czerwcu 2014 roku nasza córka otarła sie o zaburzenia odzywiania. Przypłaciłam to depresją, bo matka nie sceduje na nikogo stresu i odpowiedzialności, córka wyszła z zaburzeń, ja zakonczyłam leczenie w grudniu 2014. W styczniu 2015 wyszło przypadkowo na jaw, ze korzystajac z ww sklerozy lub zaufania mój mąż przygruchał sobie smsową koleżankę (inną), przy czym z tą wcześniejszą też sobie nie załował. Mozna nie wierzyć, ale z tą nową wymienili kilkaset smsów w ciągu 2 miesięcy, z tą pierwszą mniej, ale tez całkiem całkiem.
Oczywiscie ze mna tąpnęło. Moje zaufanie do niego legło w gruzach, przy czym według niego problem nie był w tym, że on to robił, tylko ze ja sie o tym dowiedziałam. Obecnie kolezanka od kilkuset smsów zniknęła, natomiast ta druga (chronologicznie pierwsza) trwa nadal.
I ta sytuacja doprowadza mnie do szału. Nie dlatego, że on do niej pisze, ale dlatego, że to ukkrywa. Ukrywa, kasuje, udaje ze niby nic sie nie dzieje. Dla mnie to kłamstwo , trwające od 10 lat, mentalna zdrada. Od sierpnia z powrotem musiałam wrócić do leczenia p/depresyjnego, zaczynam łapać wiatr w skrzydła, bo wczesniej nie dawałam rady zrobić nic (chyba to pierwze leczenie było za krótkie i za szybko zwalił mi na głowę tonę kamieni). Ze wszystkim daję sobie radę, sama prowadzę dom(on pracuje daleko od domu, wraca tylko na weekendy), pracuję, dbam i dzieci i siebie, nie taka ze mnie ostatnia łajza.
Tylko z tym nie daje rady - z oszustwem i kłamstwem, reaguje na to alergicznie.
Powiecie - porozmawijacie. Otóż nie mogę. Fizycznie nie mogę, ściska mnie w gardle, nie mogę wykrztusić słowa. Mogłabym napisać, ale zazwyczaj zaczynamy czepiac się o słowa. Dziś po raz pierwszy z pełna świadomością odmawiam rozmowy z nim, nie nasze rozmowy to nie rozmowy, tylko wymiana komunikatów i informacji. On broni dostępu do siebie jak niepodległości, nie udziela ze swojego wnętrza nic lub niewiele i tylko w ostateczności, postawiony pod murem.
Jestem swiadoma tego, że nie mogę jego zmienic. Mogę zmienić siebie, tylko co? Na razie mam wybór pomiedzy pogrążeniem się ponownie w oceanie depresji albo separacją, bo nie wytrzymuję jego udawania, ze nic sie nie dzieje, ukrywania, bagatelizowania, niesamowitej drazliwosci na jej punkcie. Najbardziej z tego wkurza mnie, że on to ukrywa.