smutna_inaczej
18.09.15, 15:05
Witam
Piszę ponieważ męczy mnie ten temat jak zgaga. Powraca zawsze gdy czuję niepokój.
Postaram się jak najkrócej opowiedzieć sytuację.
Otóż jestem z chłopakiem od 3 lat... 3 lata minęły już w czerwcu, wtedy też nastąpił "kryzys". Kryzys który strasznie odbił się na moim spostrzeganiu, jego osoby, mojej sytuacji, naszego wspólnego życia. Mimo, że chciałabym ponownie mu zaufać, nie potrafię. Teraz - gdy padło tak wiele przykrych słów z jego strony, które cały czas, tkwią w mojej głowie, jak kawałki szkła.
Jesteśmy młodzi, niestety, może stety... Kochaliśmy się, zaczęło się jak w romantycznej komedii, latał ze mną, zależało mu. Wszystko układało się dobrze, mimo że nasza sytuacja nie zawsze była kolorowa, wierzyłam że skoro jesteśmy ze sobą, kochamy się, przetrwamy wszystkie wzloty i upadki. Zaszłam w nieplanowaną ciążę. Niby cieszył się, zajmował, kocha syna, ale oprócz tego, żadnego poczucia obowiązku, typu, znalezienie pracy, wzięcie odpowiedzialności za sytuacje. Jest bo jest i na tym się kończy, wtedy twierdził, że cały czas nas kocha i chce z nami być. Na tym się kończyło, później ogarnął jakąś prace, było okej przez pół roku. Cały czas utwierdzał mnie, że mnie i małego kocha. Choć czasem wydawał się nieobecny.
Do czasu aż nie przeprowadziliśmy się do jego rodzinnych stron. Hulaj dusza, piekła nie ma. Można to tak ująć. Stało tu puste mieszkanie, jego babci. Więc całkiem dobrze bo i finansowo było łatwiej z utrzymaniem. Wtedy też okazało się że jestem w drugiej ciąży, nieregularny okres, nie przyłożyłam do tego wagi, bo było dużo spraw do załatwiania i jakoś wyszło. Tylko że od tego czasu wszystko się zmieniło. Znalazł tu pracę, na kuchni, po 14 godzin, codziennie.
Nagle zaczął dbać o wygląd, wychodzić przed czasem, mnie i małego olewał totalnie, praca, praca i jeszcze raz praca. Tak jak zwykle marudził, że musi wstać i iść, ledwo co szło go wypchnąć za drzwi, a teraz nagle taka zmiana. Nie powiem, że intuicja zaczęła się uruchamiać i czułam cały czas jakiś niepokój, a nigdy nie miałam z tym problemu, bo wiedziałam, że mnie kocha i jest wierny, nigdy go o nic nie podejrzewałam. Olałam, myślałam że może, nowe miejsce, chce się pokazać itd.
Ale w dniu moich urodzin rozwalił system totalnie. Zadał mi pytanie "Co bym zrobiła jakbyśmy się rozstali?", samo pytanie może nie byłoby na tyle dziwne gdyby nie zaczął wymieniać "opcji" w sensie, możemy mieszkać razem, razem wychowywać dzieci, ale ze sobą nie być. Żadnego "wszystkiego najlepszego", zakichanego kwiatka, nic. Za to zafundował mi noc bez zmrużenia oka. Później gdy wracał z pracy, zawsze zaczynał ten temat, twierdził że chciałby pobyć, pomieszkać sam, że to wszystko za szybko się potoczyło, że nie miał czasu dla siebie, że chciałby wolności, imprez, a ja go ograniczam, ogóle cała wina, to ja i wszystko co złe - to ja. Usłyszałam, że nie powinnam go w ogóle do łóżka wpuszczać skoro wiem jaki jest. A jak tak zrobiłam to był wielce obrażony. Chciałam pójść na kompromis, zaproponowałam wyjazd na dwa tygodnie, wezmę małego i wyjadę, a ten niech będzie miał tą "wolność". Też nie pasowało, on nie chce żebyśmy wyjeżdżali bo będzie się nudził. Tak źle i tak nie dobrze. A cały czas słyszę teksty, że chciałby chwilę spokoju. Ja go kompletnie nie rozumiem. Okłamał mnie też co do ilości kelnerek w restauracji, w jakiej pracował. Mówił, że pracuje tam tylko jedna, brzydka, po czym okazało się że pracuje tam laska w jego wieku, w dodatku dawna koleżanka z podstawówki. Całkiem ładna, ale przecież to szczegół. Czułam się podświadomie oszukiwana, złamana, czułam że jestem typową "zapchajdziurą". Potem powiedział te słowa, które sprawiły, że dziś nie wiem co do niego czuję, ale na pewno nie można nazwać miłością. Powiedział że tak ogólnie to on już mnie od półtora roku nie kocha i zerwałby ze mną gdyby nie okazało się, że byłam wtedy w ciąży. Zabolało. Cholernie. Bo przecież nie musiał mnie KŁAMAĆ i tkwić w tym związku, doprowadzić do drugiej ciąży, mógł zerwać wtedy, a tego nie zrobił, nie liczył się ze mną, nie był szczery, mimo że ja starałam się, próbowałam wtedy z nim rozmawiać, ale on odciął się kompletnie ode mnie, miał ciężki okres, ale myślałam że jak mówi, że kocha to jest tego pewien. Nie raz pomagałam mu finansowo, ciągnęłam to bo myślałam, że chce ze mną być.
Za to gdy zaczęłam o tym rozmawiać z moją i jego matką, że nie daje rady, on robi i mówi co chce, chodzi sobie wieczorami na piwo, nagle stwierdził, że nie wie co go napadło, że tak mówił, że to był żart, że chciał wzbudzić we mnie zazdrość bym wyjechała do babci, bo on się bał że finansowo nas nie utrzyma????????? Nie rozumiem tego kompletnie. Doprowadził mnie do takiego stanu podczas ciąży, że musiałam leżeć, nerwowo do dnia dzisiejszego nie potrafię czasem z nim wytrzymać. Gdy matka próbowała postawić go do pionu - niby wiedział że robi źle, ale był opryskliwy, chamski, wciąż jakieś docinki na temat mojej wagi, mimo że byłam i jestem w ciąży i tu raczej trudno trochę nie przybrać na wadze. Później stwierdził że chciałby zacząć wszystko "od nowa", ja nie miałam siły już walczyć, dałam szanse, niby było ok. Ale tak na prawdę dużo się nie zmieniło, nadal czuje się w tym związku sama, sama z problemami i odpowiedzialnością. Na roczek, naszego syna, olał sprawę totalnie i stwierdził że robi to tylko z przymusu... Doprowadził do tego że dzięki mnie stracił prace bo nie wytrzymałam i napisałam do jego szefowej. Umowy żadnej podpisanej nie miał, pracował na czarno, nawet bez książeczki, w sumie wszyscy z tamtej knajpy tak pracowali. Skończyło się tak że stracił prace, ale dalej nie potrafił mi powiedzieć czemu tak się zachował. Za to twierdził że praca w tej restauracji jako pomoc kuchenna była najlepsza jaką miał i cały czas mówił jak to tam nie fajnie i jakby chętnie tam nie wrócił.
Znalazł nawet lepiej płatną pracę, na takim samym stanowisku, praca zmianowa, normalna umowa - olał ją ciepłym moczem. Cały czas podejrzewałam go o zdradę, ale nie miałam dowodów. Ale kiedyś nie wylogował się z facebook'a i widziałam jak pisał do jakiejś laski z nowej pracy"hej, różyczko", " odpisz bo będę smutny" i takie teksty... i chyba ta moja paranoja jednak nie była, nie uzasadniona, podświadomie do dziś czuję się zdradzona, mimo że żadnych dowodów konkretnych nie mam. teraz aktualnie, nie ma pracy, za to kasę na nowe gry komputerowe ma, gdy mówię mu że małemu można by jakieś nowe zabawki pokupować, to "on nie potrzebuje"... teraz niby twierdzi znów ze nas kocha i ble ble ble - ale skąd mam pewność że po porodzie znów mu coś nie odwali i znów nie będzie chciał odejść? Skąd mam wiedzieć czy jego uczucia są szczere, skoro się nie stara?To jest wszystko napisane w wielkim skrócie, a działo się to w przeciągu trzech miesięcy od przeprowadzenia się do mieszkania jego babci w jego rodzinnym mieście. Nie wiem czy jest sens bycia z człowiekiem który nie jest szczery, mimo wielu prób podjęcia rozmowy, gadania z moje strony. Ja dalej nie wiem z kim mam do czynienia. Czy z głupkiem czy kimś wyrachowanym. Mam dość ciągłego martwienia się o wszystko, czy będę miała pieniądze na pieluchy, na jedzenie, leki, na życie. On nie czuje żadnej winy i dziwi się że nie jestem w stanie mu powiedzieć czy go kocham. Uciec nie ma gdzie, ale jak żyć koło człowieka który swoim zachowaniem doprowadza mnie do depresji?