e-milia1
10.10.15, 17:58
dlugo zastanawialam sie czy tu napisac. na innym forum gazetowym przesladowano mnie nawet, bom glupia laska, bo sama sobie winna. probowalam gdzies sie wyzalic, poszukac rady. mam nadzieje, ze z tamtego forum nikt tu nie wchodzi...
jestem potrojna mama i wysiadam. zaczne moze jednak od poczatku. meza poznalam gdy mialam 20 lat, on jst 7 lat starszy. wyjechalam do niego zagranice, zostawilam w kraju rodzicow, przyjaciol. bylam mloda, zakochana. partner byl moja druga brakujaca polowka. bylo fajnie. potem slub, dziecko. maz w domu pomagal jak chcial, podobnie bylo gdy wrocilam do pracy. pomagal malo bo ja pracowalam na pol etatu wiec jego zdaniem obowiazki domowe byly moim zadaniem bo mniej pracowalam zawodowo... fakt jest taki, ze pracowalam rzeczywiscie na pol etatu, ale mialam tez kilka prac na umowe-zlecenie wiec mialam co robic. po latach urodzilo sie drugie dziecko, maz pomagal dalej malo a moje obowiazki urosly. syn plakal w dzien i nocy, ja czesto siedzialam i wylam z nim. z mezem klotnie. z problemami mialam rdzic sobie sama. zaczelam lykac psychotropy, polepszylo sie. syn podrosl, miedzy mezem a mna bylo lepiej. pozniej zaszlam w kolejna, nieplanowana cieze a maz obiecal, ze podzielimy sie obowiazkami, ze bedzie mniej pracowac, ze mnie wesprze. skonczylo sie na tym, ze zaczal po porodzie jeszcze wiecej pracowac, ze zostalam sama ze wszystkim, maz pomagal sporadycznie no bo niby nie mial kiedy.. zaczelam podupadac na zdrowiu, mialam operacje nadgarstka. po niej odkurzalam lewa reka, bo maz uwazal, ze nie ma potrzeby by tak czesto sprzatac. potem zaczely mnie nekac inne, drobne dolegliwosci. do tego brak snu, notoryczne zmeczenie. maz nie wstaje w nocy do dzieci... maz twierdzi, ze te problemy sa moim problemami wiec powinnam sama sobie z nimi poradzic. w domu pomaga malo, bo sprzatac nie trzeba, jemu balagan nie przeszkadza. jak mi przeszkadza to mam sama posprzatac, moj problem. kuwety kociej nie ruszy nawet jak smrod z niej idzie bo kot niby moj. kwiatkow nie podlewa bo ja kupilam. on nie lubi kwiatow, nie potrzebuje.... zajecia pozaszkolne, pozaprzedszkolne sa moim wymyslem. jak nie daje rady wozic dzieciakow, mam wypisac. on wozi od swieta. mam wrazenie, ze z liczba dzieci moje obowiazki rosna, jego nie. no ale on pracuje zawodowo-praca biurowa.... mam dosyc, proszenie nie pomaga, krzyczenie nie pomaga. maz pomaga na ile uwaza za stosowne-jego slowa. faktem jest, ze odrabia z corka lekcje, uczy sie z nia, ale robi to lezac na kanapie, z tej kanapy tez obsluguje maluchow lub lezac i drzemiac na podlodze bawi sie z nimi. czyli wszystko jak najmniejszym wysilkiem. mam ochote odejsc, ale maz twierdzi, ze sama nie dam sobie rady, ze bede zalowac, zniszcze dzieciom zycie. maz jest swietnym ojcem, dzieci go uwielbiaja, szaleja za nim. ja z jednej strony ludze sie, bo chyba jakies uczucie jeszcze jest, z drugie mysle, ze on juz sie nie zmieni. dalej nie spie po nocach, i syn i najmlodsze na zmiane budza mnie. maz twierdzi, ze on tak zaplanowalby sobie dzien by zdrzemnac sie w ciagu dnia. ja czesto probuje sie polozyc, ale nie umiem zasnac.... nie mam do kogo geby otworzyc, ma tu duzo znajomych, ale nie chce im na meza nagadywac. raz probowalam siostrze sie zwierzyc, ale wiekszosc ludzi moim mezem jest oczarowana. maz jest pomocny, mily wiec czego sie czepiam? tego, ze nie daje rady. juz tak wszystko zorganizowalam, ze robie tylko to co najbardziej potrzebne. nie prasuje, ciemne rzeczy, na ktorych nie wiedac brudu, dzieci mosza kilka razy. sprzatam tak by bylo widac, ze czesto.... gotuje wielkie porcje i zamrazam, ale i tak dalej nie wiem czasem gdzie rece wlozyc. za kilka miesiecy wracam do pracy i boje sie, ze calkiem wysiade. planuje zartudnic pania do sprzatania, ale ta bedzie tylko raz w tygodniu przychodzic a roboty jest kupe coziennie. innym problemem jest to, ze nie czuje sie traktowana jak kobieta. maz nie prawi zbytnio komplementow, nie zauwaza jak ladnie sie ubiore, czy posprzatane czy brudno to dla niego bez roznicy. jak ugotuje cos co lubi to tez bez reakcji. slowa kocham nie slyszalam od lat, bo kilka razy wypomnialam mu, ze cieszylabym sie, gdyby mi czasem o tm mowil. nie mowi wiec, bo go do tego zmuszam... czesto sie sprzeczamy, ja wrzeszcze. zal mi dzieci. maz wysyla mnie na terapie bo to ja mam przeciez problem. mam zaakceptowac siebie i sytuacje i nie czepiac sie jego. moze ma racje? moze rzadam zbyt duzo? ja juz sama nie wiem. jestem wykonczona, zmarnowana, nie poznaje siebie w lustrze. wiem, ze gdy dzieci podrosna to bedzie latwiej. ale aktualnie jest zle. mi jest zle... maz czesto nie dba o siebie, gdy bylismy na urlopie, nie kapal i nie golil sie przez kilka dni. bo po co? czesto w weekendy zasypia z piwkiem na kanapie przed tv. nie interesuje go to, ze dzieci go tak rano zastana, ze mnie sie to nie podoba...