angeka2
12.10.15, 11:52
Planujemy z mężem drugie dziecko, a teściowa poczęstowała nas swoimi przemyśleniami w tym zakresie. Usłyszeliśmy, że drugie dziecko to bardzo duża odpowiedzialność i ze względu na sytuację rodziny powinniśmy nasze plany zweryfikować.
Sytuacja rodziny jest rzeczywiście trudna, teściowa zajmuje się sprawami formalnymi związanymi z wynajmem mieszkania swojego drugiego syna, który wyjechał za granicę, gdzie też ma problemy finansowe, długi itp., ona mu mocno pomaga finansowo. Mieszkanie teściów jest w opłakanym stanie i pewnie niedługo będą chcieli robić remont, który pewnie będzie wykonywać mój mąż, bo ekipa wiadomo jest droga. Dodatkowo teściowa narzeka na zdrowie (cały stół w pokoju zawalony lekami, częściowo uważam, że sama jest winna, bo załatwia antybiotyki od znajomych, bierze na własną rękę, a potem mówi, że choruje i nic na nią nie działa).
Teściowa powiedziała, że nie ma już zdrowia ani siły i że rodzinę czeka wiele wydatków i spraw w najbliższych latach. Nasze dziecko odwiedza sporadycznie, ostatni raz widziała je 2 miesiące temu (chociaż mieszka 3 przystanki dalej). W ciągu tych dwóch miesięcy raz mieliśmy sytuację, że musieliśmy pilnie wyjść i mąż pojechał po nią, żeby została z wnuczką na godzinę, wnuczka wtedy spała. Poza tą sytuacją nie prosimy jej o pomoc, bo wiemy, że swoje dzieci wychowała i nie ma takiego obowiązku, nie pożyczamy od niej pieniędzy, radzimy sobie sami. Fakt, że bywa ciężko z czasem dla nas dlatego, że bardzo często mąż musi tam być i pomagać w naprawach, zakupach, załatwianiu różnych spraw. Ostatnio rzadziej, niż kiedyś i myslę, że tu pies pogrzebany.
Jak będziemy mieli drugie dziecko, to mąż nie będzie mógł aż tak się angażować w pomoc i chyba tego teściowa się obawia. Ale przecież ja nie będę ustalać swoich planów prokreacyjnych w oparciu o ich sytuację? Rozumiem, że chce mieć pomoc syna na starość, ale przecież założyliśmy rodzinę. Jeszcze gdybyśmy chcieli od niej opieki, pieniędzy, ale tak nie jest. Powiedziała tez, że kto zostanie z naszą córką, jak ja urodzę i będę w szpitalu, ona nie, bo nie ma siły. Drugie dziecko jeszcze się nie poczęło nawet, a ona już się martwi o to. Powtarzała też, że teraz mamy dobra sytuację, ale nie wiadomo, co może być w przyszłości i przez całe popołudnie powtarzała tylko, że mamy taką fajną córkę, że lepiej się skupić na niej.
Ostatecznie pokłóciłyśmy się, bo powiedziałam, że nasza sytuacja jest dobra, możemy sobie pozwolić na drugie dziecko i nie będę rezygnować z tego, bo wiem, że kiedyś pożałuję. Usłyszałam za to, że to jest podejście egoistyczne, bo rodzina to rodzina i bierze się pod uwagę ogólną sytuację, planując radykalne zmiany. No i kto ma rację? Mam ją teraz przeprosić? Mąz mówił, że potem dzwoniła do niego i płakała w słuchawkę, że jest jej cięzko, jest chora, nie ma siły, a my chcemy jej dołożyć kłopotów (wtf?!) Mąż zaczyna mieć wyrzuty, że pomaga za mało, a rodzice starzy, chorzy, a z drugiej strony stoję ja i wynegocjowałam z nim już dawno, że pomoc ok, ale nie 5x w tygodniu na każde zawołanie, tylko na pewnych zasadach (być może teściowa ma poczucie, że odebrałam jej syna, bo kiedyś bywał tam prawie codziennie, teraz góra 2x w tyg). Przecież nie zadedykuję swojego życia pomaganiu teściowej! Teraz ona się nie odzywa, a ja czuję się głupio, chociaż nie uważam, żebym zrobiła coś złego :/