34mimi
04.11.15, 12:37
Witam,
Długo się zabierałam za ten wątek, mam nadzieję że ktoś mi pomoże poukładać sobie w głowie pewne fakty.
Otóż jestem młodą kobietą, wychowaną na grzeczną dziewczynkę. Moim największym problemem jest branie odpowiedzialności za to że ktoś w moim otoczeniu źle się czuje, czuje wewnętrzny nakaz uszczęśliwiania wszystkich naokoło. Myśl że ktoś może mnie nie polubić jest trudna, co mi właściwie uniemożliwia asertywne wyrażanie swoich potrzeb. Jestem tego świadoma i próbuję walczyć ale jakoś mi nie wychodzi.
Czemu wywlekam to na forum Życie rodzinne? Otóż jak łatwo się domyślić, największy problem mam na polu rodzinnym. Nie chodzi o najbliższą rodzinę (mąż, od niedawna też córka) bo tu czuję się swobodnie i nie mam problemu w wyrażaniu swoich potrzeb. Chodzi raczej o moją matkę i teściową. Mój mąż jest jedynakiem, ja mam siostrę ale ona nie utrzymuje kontaktów z matką, więc w tym względzie też żyję jak jedynaczka.
Moja matka to osoba hmm, skomplikowana. Nawet nie wiem jak ją opisać. Jest na emeryturze i ma ogromną potrzebę życia moim życiem. Teraz to się nasiliło, ale właściwie całe życie czułam że trudno jej przychodziło pogodzenie się z faktem że mam swój świat (pierwsze samodzielne wyjścia z domu na jakieś nastoletnie imprezy to był koszmar - zdarzało się że płakała z tego powodu). Nie mam wątpliwości że mnie kocha, ale czasem po prostu zadusza mnie sobą. Wydaje mi się że sobie zdaje z tego sprawę i walczy ze sobą, za co jestem jej wdzięczna, ale to zawsze da się odczuć. Udało mi się z bólem wyprowadzić, ale mimo że mieszkam oddzielnie zawsze wyszukuje czegoś co by nas mogło połączyć, np. codziennie robi obiad i dzwoni rano żebym ja już nie robiła. Kiedy uda mi się coś zrobić samodzielnie to niby ok, ale później przewija się w opowieściach jak to musi jedzenie wyrzucać, albo je to samo przez tydzień. Wiem że chce pomóc, ale taka narzucona pomoc nie jest mi potrzebna. Do tego dochodzi fakt, że mi się zwierza ze swoich rozlicznych lęków, np. przed samotnością (widujemy się co 2 dni średnio, nie wiem co jeszcze mogę zrobić), że jakaś tam znajoma się starzeje i ją też to czeka (tak, ale znajoma ma 20 lat więcej), że druga córka się odcięła od niej itd. Nie wiem na ile to jest wyrzucenie z siebie żali, a na ile presja na mnie.
Mam na stanie niemowlaka w którym jest zakochana, co mnie cieszy ale to sprawia że tym bardziej chce wrastać w mój świat. Tak jak wspominałam, widujemy się niemal codziennie, ale za każdym razem to nie jest powód do radości tylko do smutku: bo tak urosła od ostatniego razu od kiedy się widziały (!!), bo mój mąż chce sam pobyć z dzieckiem po pracy, a nie iść do niej na ten obiad. Kurczę, nie wiem czy się precyzyjnie wyrażam, bo to wszystko niby nie brzmi źle, ale ja po prostu jestem maksymalnie dostrojona do jej uczuć - wiem jakie ma intencje kiedy mówi coś pozornie zwyczajnego. Chciałabym to zmienić, chciałabym mieć z nią kontakt bliski, ale nie obarczony poczuciem winy. Chciałabym też żeby nasza komunikacja przebiegała na normalnym, słyszalnym ;) poziomie, a nie takie "ja powiem tak, ale ty wiesz że myślę inaczej i jak zrobisz tak to będzie mi przykrooo". Powinnam jej powiedzieć wprost co mi przeszkadza, tylko jestem pewna że jak zostanie sama z myślami to będzie ANALIZOWAĆ, dzielić włos na czworo i nie jestem w stanie określić gdzie ją ta analiza zaprowadzi. Kiedyś próbowałam napomknąć o jednym szczególe, to mnie następnego dnia zastrzeliła wyznaniem że mam 100% racji i ona jest złą matką.
Teściowa trochę bardziej autonomiczna, ale też nie potrafię postawić granic. Też jest na emeryturze i chce się zaprzyjaźnić, więc przychodzi (z obiadem, a jakże;)) i się zwierza. Czasem chciałabym się po prostu wyspać po zarwanej nocy, ale siedzę grzecznie i aktywnie słucham pretensji do jej nieżyjących rodziców, do głośnych sąsiadów, itd.. To są rzeczy na które nie mam wpływu, a słucham tych samych opowieści i anegdot po raz 15.
No i tak moje życie na macierzyńskim upływa na zaspokajaniu potrzeb towarzyskich dwóch matek, pilnowaniu żeby jednej nie było przykro że wnusia drugą widuje częściej, a czasu sam na sam z dzieckiem i dla mnie samej (kiedy mała śpi) powoli brakuje. Poza tym, strasznie "nasiąkam" ich negatywnymi emocjami z których mi się zwierzają. Boję się że to się zacznie przenosić na córkę, albo że w przyszłości będę taka sama.
Najgorsza jest świadomość, że ode mnie w dużej mierze zależy jakim człowiekiem będzie córka. Chciałabym żeby była szczęśliwa i umiała mądrze stawiać granice, tylko czy taka matka jak ja będzie umiała w ten sposób wychować dziecko?
Myślę nawet o terapii żeby nie przekazywać dalej złych wzorców, a może ktoś się podzieli swoimi doświadczeniami skutecznej pracy nad sobą? Może jakaś literatura wam szczególnie pomogła?
PS: stawiam piwo każdemu kto przebrnął przez cały tekst :)