milamala
20.11.15, 22:30
Takim dzieckiem jak sadze jest moja 4 letnia corka. Jest nadwrazliwa i chyba dosc wymagajaca. W wieku 2.5 lat poszla do przedszkola na 10 godzin tygodniowo (2 lub 3 godziny dziennie). Poslalam ja tam wylacznie z powodow spolecznych, bowiem bardzo ja ciaglo do dzieci (zawsze miala bardzo wielka latwosc nawiazywania kontaktow z dziecmi nawet duzo od siebie starszymi). Jak widziala grupe dzieci to uciekala i ustawiala sie w ogonku grupy jako prawowity jej czlonek.
Bardzo przezyla pojscie do przedszkola, byla w gigantycznym szoku, ze ja zostawilam wsrod obcych. Jakos sobie z tym poradzila, dosc szybko przestala plakac. Moze jakis miesiac od rozpoczecia corka nagle przestala chciec chodzic do przedszkola. Po tygodniu szarpania poraz pierwszy wyartykulowala konkretna informacje, okazalo sie, ze nie chciala chodzic, bo uderzyl ja w glowe jak sie okazalo duzo wiekszy i starszy o 1.5 roku chlopiec. Panie przedszkolanki nie uznaly, ze incydent warty jest opowiedzenia mi o tym.
Od tego czasu zaczely sie klopoty. Ciagle cos sie dzialo, ktos ja uderzyl czy popchnal. Przez prawie rok odmawiala chodzenia do tego przedszkola, mowila, ze chce isc do przedszkola ale innego. Szukalam jej nawet tego innego przedszkola, ale w miedzy czasie poznala swoja pierwsza przedszkolna przyjaciolke i ostatnie pol roku przedszkola uplynelo we wzglednym spokoju.
W wieku 4 lat z koncem sierpnia poszla do szkoly na ktora czekala z radoscia przez cale wakacje. Juz po pierwszym dniu wrocila zgaszona, nie ta sama dziewczynka co przed pojsciem do szkoly. Pani naczycielka okazala sie nie byc taka mila jak jej mama. Prawde mowiac to rzeczywiscie dosyc trudna osoba i inni rodzice radza mi 'przeczekac"bo potem pozostale nauczycielki juz sa zupelnie inne.
Okazalo sie tez, ze corka jest najmniejsza i najmlodsza z calej szkoly i szybko znalazlo sie 2 chlopaczkow, ktorzy zaczeli jej dokuczac i naruszac jej fizyczne granice, czego ona nie cierpi a czego prawie nikt nie jest w stanie zrozumiec, rowniez dorosli.
Ludzilam sie, ze "jakos sie przyzwyczai". Niestety jest juz listopad a tylko czasem jest nieco lepiej i bunt przed pojsciem do szkoly jest mniej nasilony. Kazdego dnia placze w duchu, ze moja corka jest taka nieszczesliwa w szkole.
Ostatnio poszlam z nia na plac zabaw i tam byl chlopiec od niej mlodszy. Wziela go za rece i poszli razem za pagorek pobawic sie. Choc juz tego nie robie to po czasie cos mnie tknelo i poszlam sprawdzic. Zobaczylam, ze chlopczyk lezy na brzuchu, a na nim corka siedzi i skacze jakby jezdzila na koniu. Podeszlam i okazalo sie, ze chlopiec placze, wcale sie nie bawil. Zapytalam corke co robi, przeciez chlopca to pewnie boli i wtedy uslyszalam ... przeciez jestem wieksza i silniejsza, mam prawo. Potem powiedziala, ze nie lubi tego chlopca.
Co sie stalo z moim przyjaznym, kochajacym dzieckiem.
Tak bardzo chcialam ja uchronic przed przemoca.
Dodam, ze jestem postrzegana jako matka nadopiekuncza, ktora wyolbrzymia problemy, takze nie bardzo moge liczyc na konkretna rade od otoczenia poza "przestan o tym myslec, dzieci musza nauczyc sie funkcjonowac w grupie, walczyc o swoje itp".
A ja czulam sie caly czas zaniepokojona, a po tym incydencie na placu zabaw wydaje mi sie ,ze moje obawy nie sa bezpodstawne.
Moge oczywiscie zmienic szkole (ta szkole wybralam swiadomie i mam wrazenie, ze panie staraja sie panowac nad ew. przemoca, choc oczywscie nie jestem na zajeciach i nie wiem jak jest naprawde) ale czy w innej szkole nie pojawi sie podobny problem?
Nadto corka zali sie, ze nie ma sie z kim bawic (prawie 30 dzieci w klasie). Ostatnia rzecza ktorej sie obawialam znajac moje socjalne dziecko to to, ze "nie bedzie miala sie z kim bawic). W przedszkol wg paru rodzicow z ktorymi rozmawialam byla ulubiona dziewczynka ich dzieci. Zeszta nigdy nie narzekala , ze "nie ma sie z kim bawic". A przedszkolanki od poczatku twierdzily, ze to bardzo socjalne dziecko.
Co zrobic?