hopes3
13.12.15, 17:13
Mam dylemat wychowawczy i nie jestem pewna jak postąpić.
Moja córka nie jest tytanem pracowitości, lubi się polenić, jest roztrzepana. Obecnie chodzi do 4klasy. Do 3 były problemy z notowaniem zadań domowych i ich odrabianiem, zapamiętywaniem zdań dodatkowych, informacji o wyjściach, imprezach, przynoszeniu specjalnych materiałów. Z czasem jakoś poradziłyśmy sobie z tym, wypracowałam z córką nawyk notowania itp. Jakiś czas było ok.
Na początku 4 klasy znowu zapanowała lekki chaos, ale (wg wychowawczyni) związany był głównie z nową organizacją, nowymi wymaganiami – każdy nauczyciel ma swoje zasady. Do połowy października znowu był problem z zadaniami domowymi. Codziennie pilnowałam aby przy mnie były przeglądane zeszyty (kiedy robiła to sama przegapiała swoje własne notatki np. na marginesie) i po kilku tygodniach miałam wrażenie, że „wskoczyła” w tryb szkolny, sama ogarniała zadania domowe, pytała jak czegoś nie wiedziała. Nadal codziennie pytałam o zadania ale przeglądu zeszytów zaniechałam.
Ostatnie dwa tygodnie córka na pytanie o lekcje stwierdzała, że nie ma nic zadane. Ponieważ jednocześnie opowiadała, że podczas jednej lekcji oglądali film, na kolejne czytali lekturę, na innej było zastępstwo myślałam, że przerobiony został program z 1 semestru i w szkole nastąpiło rozprężenie jak przed wakacjami. Niestety okazało się że w tym czasie były 3 sprawdziany, o których mnie nie poinformowała, zaległych zadań domowych w zeszytach ćwiczeń po kilka stron. Pani od polskiego zadała do przeczytania lekturę i w ubiegłym tygodniu zrobiła test z wiedzy. Pierwotny termin był ustalony na nadchodzący tydzień, ale został skrócony o czym mi moje dziecko nie powiedziało…
Po dłuższej rozmowie powiedziała, że to z lenistwa. Że kłamała bo nie lubi robić lekcji, bo jej się nie chciało. Rozumiałabym jej niechęć do lekcji gdybym się na nią wydzierała, że nie umie bo nie uważa na lekcjach, zbywała, odmawiała pomocy. Albo gdybym była nadgorliwie pilna i siedziała z nią nad zadaniami i na siłę pomagała. Jest mi przykro bo kiedy ma coś szczególnie trudnego do zrobienia zawsze siadamy do zadań razem, nigdy nie zostawiamy jej bez pomocy, może liczyć na tłumaczenie, wyjaśnianie, czas, pomoce naukowe, odszukiwanie podpowiedzi w necie itp. A najbardziej oczywiście boli kłamstwo prosto w oczy.
Od wczoraj siedzi przy biurku i robi zaległości przez co nie poszła na ulubione zajęcia sportowe i nie mogła zaprosić koleżanki. To wg mnie naturalna korekcja sytuacji. Ale co dalej…? Nie lubię kar, zawsze starałam się uczyć ją że każde nasze zachowanie ma swoje konsekwencje. Tym razem brak udziału w zajęciach też był konsekwencją: „nie ma czasu na wyjście, ponieważ musisz nadrobić zaległości do poniedziałku”. Zbliżają się święta, mamy już kupione wymarzone przez nią prezenty, ale ja jakoś nie czuję aby córka na nie zasłużyła… Boje się, że obdarowanie jej byłoby niewychowawcze. Z drugiej strony nie chcę ani psuć atmosfery ani odgrywać się na niej.
Dziadkowie sugerują odpuszczenie przez święta, wręczenie zgodnie z planem prezenty oraz rozmowę w stylu „będziesz mogła używać to co dostałaś kiedy poprawisz oceny i odbudujesz zaufanie”. Nie mam zdania na ten temat... Ile ma odbudowywać to zaufanie? Czy leżący w domu wymarzony prezent + zakaz jego używania to jeszcze kara czy już dręczenie?
Czuję też, że powinnam (przynajmniej przez jakiś czas) wejść w rolę policjanta i codziennie sprawdzać zadania domowe. Do tej pory sprawdzałam zeszyty (po to by nauczyć córkę dobrych nawyków), teraz będę sprawdzała dziecko (okazując brak zaufania do jej słów „nie mam nic zadane”). Nie czuję się z tym dobrze, ta rola zupełnie mi nie leży. Ale odpuścić i udawać że nic się nie stało też nie powinnam.
Oprócz tej wpadki jest cudownym dzieciakiem, pomocnym, życzliwym, empatycznym, wesołym, świetnie rozróżnia dobre od złego, ma dobrą opinię wśród nauczycieli, nie ma uwag co do jej zachowania…
Tak sobie głośno myślę z nadzieją, że ktoś z was pomyśli głośno razem ze mną i zrobię się odrobinę mądrzejsza ;)