Terapia dla "ratownika"

31.12.15, 12:59
Tak sobie uświadomiłam, że większość życia spędziłam angażując się w ratowanie innych, tych ktorym się samym na naprawienie ich rzeczywistości nie chciało wysilić.
Albo w "usilne robienie dobrej atmosfery" ludziom, którzy są ze sobą ale się nie lubią.
Po latach jestem rozczarowana tym gdzie jestem i wypruta z sił, czekam, by zjawił się ktoś, kto mnie "uratuje" i da trochę energii lub pokieruje dalszym życiem, a wokoło nikogo takiego nie ma.
Dawniejsi "ratowani" albo wzmocnieni poszli sobie dalej dbając o własne interesy i odsuwając się ode mnie, albo szukając kolejnych "żywicieli" , albo nadal oczekują, że to ja im będę pomagać a nie odwrotnie na co ja już sił ani chęci nie mam.
Geneza - oczywiście z domu rodzinnego, rodzice wiecznie skonfliktowani i nieodzywający się do siebie, matka narzekajaca na ojca i zwierzająca się dzieciom jaki on zły, dzieci trzymane krótko z mnóstwem obowiązków, brak prawdziwej bliskości, krytyka, wyśmiewanie jako normalny język rodzinny. Dzieci (kilkoro)zaangażowane w to, że rodzicom trzeba "pomagać" bo oni bardzo ciężko pracują by dzieci wychować i na nie zarobić, więc dzieci się muszą odwdzięczyć, przejąc część obowiązków, odciążyć. Wiecznie skłóceni nienawidzący się wzajemnie, więc dzieci siadały pomiędzy nich by ich nienawiść osłabić sobą i starały się być miłe, rozbawiać, zapełniać męczące milczenie opowiadaniem o czymkolwiek innym, by ocieplać domową atmosferę, by nie parskali na siebie agresją, by się choć trochę pokochali. Mamę trzeba bylo wiecznie pocieszać, wspierać, bo wiecznie miała spazmy i ochy achy jaka jest nieszczęśliwa, jaka pokrzywdzona przez męża, oczekiwała od dzieci że swoim życiem sprawią, że będzie miała powód do chwalenia się przed ludźmi i wreszcie "będzie kimś". Ojciec pracoholiczno-despotyczny, dopiero wnukom okazał ciepłe uczucia.
Dlugie długie lata większosc dzieci zaangażowana była w dbanie by spracowanym rodzicom wreszcie żyło się lepiej. Gdy się powoli zaczęliśmy budzić, że ani oni tego nie cenią, a coraz bardziej się przyzwyczajają, że dzieci to służba która ma obowiązki wobec nich , i ciągle oni jako para dorosłych nie biorą odpowiedzialności za własny dom, tylko wikłają nas w współodpowiedzialność- choć już tam nie mieszkamy, to zaczęły się rodzicow choroby, starzenie, i tez nie dalo sie zostawić ich samym sobie, bo jak tak...
Długo by można opowiadać.
W międzyczasie "uratowałam" kilka znajomych, które potrzebowały darmowego psychologa i pożyczkodawcy na gwizdnięcie, robiłam za wypełniacz czasu dla innych, gdy już nikt inny ciekawszy nie był pod ręką, robiłam za półdarmową wierną i lojalną pracownicę która się nie upomina o podwyżki ani zapłatę za nadgodziny i sama rezygnuje ze swoich należnych praw, ..
itd itp.

Co komu pomogło, by się "odkręcić" na zdrowsze tory?
Jakiś zestaw podręcznych ćwiczeń? Schematów które sobie trzeba na nowo wdrukować by odrzucić te stare?
Niekoniecznie na terapii?
    • aqua48 Re: Terapia dla "ratownika" 31.12.15, 14:05
      Sądzę, ze najważniejsze to uznanie własnej wartości jako człowieka, a nie jako "pomagacza" i "ratownika". Polubienie siebie i nauka sprawiania SOBIE przyjemności, stawiania swojego dobra na pierwszym celu. Bardzo pomaga oklepany ale jakże przydatny slogan reklamowy - "jesteś tego warta" i zdanie sobie sprawy z tego, że odmowa pomocy komuś, odmowa wysłuchania kogoś kto ma problem itp. jest tylko zwykłą odmową, wynikiem tego, że akurat nie ma się na to ochoty, czasu, ma się akurat inne, absorbujące obowiązki, albo też ma się zły dzień, a nie wynikiem złej woli i bycia złym człowiekiem, złą córką, złą siostrą itp.
    • danaide Re: Terapia dla "ratownika" 31.12.15, 16:52
      Kurs asertywności, choćby wg "Stanowczo, łagodnie, bez lęku".
      Szczypta zdrowego egoizmu. Takie delikatne psucie się przez sprawianie sobie drobnych (lub większych) przyjemności;)
      Pytanie - czy coś potrafi Ci sprawić przyjemność dla Ciebie samej, bez poczucia, że to bezwartościowe działanie, marnujące Twój cenny, bo nie poświęcony innym, czas?
    • tully.makker Re: Terapia dla "ratownika" 01.01.16, 13:03
      Czesto jest tak, za zajmujemy sie porblemami innych, zeby nie zajmowac sie swoimi. Tendencja bardzo trudna do samodzielnego ogarniecia - trudna nawet do ogarniecia na terapii, bo strach przed zmierzeniem sie z groza wlasnego zycia skutecznie uniemozliwia wszelkie takie proby.
      Ja bym jednak stawiala na prace z profesjonalista. Co z tego, ze nauczysz sie, npo asertywnosci, kiedy twoim naturalnym mechanismem jest szukanie osob z problemami, ktore ci uniemosliwia zajmowanie sie wlasnym zyciam, nawet jak sie nauczysz mowic czego chcesz i nie chcesz, to czy potrafila to powiedzec? Czy nie zje cie poczucie winy? Czy nie bedziesz swoje odmowy przezuwac nocami?
      • danaide Re: Terapia dla "ratownika" 01.01.16, 17:54
        Byłam na takim kursie asertywności, na którym cała druga lekcja była o "mam prawo do...". Asertywność bez uświadomienia sobie własnych potrzeb i praw nic nie da, bo i tak nie będziemy mieli drogowskazu. A potem pozostaje tylko wielokrotnie powtarzać to samo, aż się uwierzy, bez poczucia winy;)
    • paris-texas-warsaw Re: Terapia dla "ratownika" 02.01.16, 00:26
      Myśle, że mogłabys poczytać sobie o takich hasłach jak: nadodpowiedzialność i nadkontrola związane ze współuzależnieniem (DDA, DDD) oraz o mechanizmach obronnych w Gestalt - takich jak konfluencja czy defleksja. I jesli byś się w tym jakoś odnajdowała, to mogłabys to jakos przełamywać. Może nie zaczynając od tak wielkich pojęć i walki z nimi, tylko od zastanawiania się krok po kroku:
      - do czego nie masz w zasadzie siły?
      - dlaczego chcesz, żeby teraz Toba się ktoś zajął? co ta osoba miałaby w zasadzie za Ciebie zrobić? co byś na tym zyskała? co straciła? co by Cię mogło wtedy ominąć?
      - pomimo tezy, że widzisz proste przełożenie Twoich pomocowych zachowań, kazde z takich zachowan dokładnie przeanalizować i w sytuacji, gdy cos podobnego by się w Tobie miało uruchomić, nie robić tego, tylko np. dać tej osobie zadbać o siebie, a sobie np. przypomnieć, że wcale nie jesteś taka świetna w działaniach pomocowych, jesli sobie nie pomożesz w tym, na co narzekasz (z tekstu nie wiadomo w sumie dokładnie o co chodzi).
      np. siedziałaś w pracy za darmo - bo: chciałaś, pomóc pracodawcy w jego strasznie ciężkiej sytuacji materialnej (he he he), bo: nie chciałaś wracać do domu, bo: chciałas pokazać, że jesteś najlepsza w pracy, bo:.... I następnym razem w takiej sytuacji wyjść o czasie i zmagać się z realnym problemem swoim.
      np. wysłuchiwałaś godzinami/dniami/...latami problemów koleżanek - bo: wierzyłaś, że jesteś najlepszym psychoanalitykiem w kraju i faktycznie im pomożesz, bo: znajdowałaś sobie na koleżanki same nieszczęśliwe, brzydkie i biedne, żeby być ich ostatnią deską ratunku i lepiej sie poczuć, bo: nie żyłaś swoim życiem i brakowało Ci jakichs emocji, bo: liczyłaś, że zobaczą, jaka jesteś fajna i Cię bardziej polubią, bo:... I następnym razem przemóc swoją skłonność pomocową i zrobić, to co byś naprawde chciała np. spotkać się z ludźmi wesołymi, żeby z nimi fajnie spędzić czas, a nie umartwiać się czyimiś problemami. Albo przeznaczyć ten czas na martwienie się, ale tym razem swoimi problemami i zaradzanie im.
      np. robiłaś za polepszacza nastroju - bo: sama źle się czujesz, jak inni są niezadowoleni, bo: czujesz, że tak inni oczekują, bo:.... I następnym razem twardo wytrwać w tej sytuacji, skupić się na swoich myślach i przezyciach i zaraz nie szukać mozliwości ucieczki od nich.
      Na terapii pewnie każdy takie "zjawisko" mozna by długo obrabiać, terapeuta wyłapywał by dalsze unikanie tematów, głębiej by sie być może tym zajmował, ale samemu zawsze można się z jakims skutkiem przygladać własnym reakcjom i korygować je, mimo bólu tych działań;)
      Ps. Ale zobacz, że całe forum to róznego rodzaju "pomagacze", więc nie jesteś sama:)))
Pełna wersja