jatojagodnik
19.01.16, 10:18
Cztery lata temu odszedł ode mnie mój mąż. Po 18 latach małżeństwa. Do nowej znacznie młodszej kobiety, teraz ma już kolejne malutkie dziecko. Ja przez dwa lata byłam sama - z wyboru, teraz jestem już w stabilnym szczęśliwym związku. Z racji posiadania wspólnych dzieci mam kontakty z byłym mężem, różne konflikty głównie o dzieci. Ale generalnie jesteśmy rozwiedzeni, majątek podzielony, każdy ma swoje nowe życie. Wydawało mi się, że emocjonalnie zakończyłam tamto małżeńswo i tamten etap życia.
Ostatnio ogladaliśmy w TV jakąś głupią komedię. Bohaterka po rozstaniu z mężem na warsztatach samoobrony miała zaatakować "pozoranta" w wylać na niego "morze złości". Scena komiczna wszyscy bardzo się śmieliśmy, gdy okłada go pięściami i wykrzykiwała swoje żale i obelgi. Ja też się śmiałam i raptem... zaczęły mi płynąć łzy i wpadłam w spazmy. Zaczełam tak szlochać, że nie mogłam się uspokoić. Płakałam i płakałam. Uciekłam sprzed telewizora żeby dzieci nie widziały co się ze mną dzieje. Skąd po takim czasie wyszły ze mnie takie emocje o istnieniu których nie miałam pojęcia? Siedza wciaz geboko i mieszaja mi w glowie?