malgosia.w
27.02.16, 19:34
mamy kryzys małżeński, nie dogadujemy się, zdecydowaliśmy się na terapię, chcemy jej oboje, nawet można powiedzieć że to mąż był jej inicjatorem, w każdym razie nie musiałam go namawiać
po dwóch spotkaniach dochodzę do wniosku, że mój mąż... nie wiem jak to ująć nie obrażając go... może: nie jest podatny na terapię.
Psycholog jest w porządku, tak prowadzi rozmowę, zadaje pytania żeby człowiek sam doszedł do pewnych wniosków, nie podsuwa gotowych rozwiązań. Przy czym mnie wnioski są mimo że zaskakujące przekonują, trafia to do mnie. Mam wrażenie, że dla męża to taki niezrozumiały, psychologiczny bełkot. Chyba podświadomie oczekiwał, że samo chodzenia na terapię nam pomoże, a tu niestety pigułka nie zadziała, tu jest potrzebna praca nad sobą, nad związkiem.
Sam przyznał, że ostatnio jak drążony był jakiś temat i padały pytania pomocnicze on się w tym pogubił.
Fakt, mi może być łatwiej. Chciałam kiedyś być psychologiem, niektóre zagadnienia z tego zakresu mnie mocno interesują, więc sporo czytam na ten temat, jestem typem mocno analizującym. Wydaje mi się jednak, że wystarczy kojarzyć pewne fakty, umieć wyciągać wnioski... chyba mąż tego nie umie... a może to kwestia doboru terapeuty? Może jemu ktoś powinien mówić wprost: "w ten sposób powiela Pan schemat z domu rodzinnego" bo on sam tego nie widzi mimo tego że to widać w tej rozmowie jak na dłoni?
Określając cel terapii terapeuta nam powiedział, że to nie działa tak że zmienimy żonę albo męża, że pracujemy nad relacją, że każdy może pracować nad sobą i w ten sposób wpływać na relacje w związku. Jasne że chciałabym że mi ktoś powiedział "ma Pani rację, a to mąż powinien się zmienić" ale wiem też że takie oczekiwanie jest dziecinne, że to tak nie działa. Mąż mimo to z rozbrajającą szczerością powiedział że on oczekuje od terapii że 'żona się zmieni'
I tak sobie myślę: czy są typy odporne na terapię? czy jest tak że do pewnego typu ludzi to nie trafia, mimo ich niby dobrych chęci?