O co nam chodzi?

07.03.16, 14:48
Jestem kobietą przed 50-siątką, on też. Oboje po przejściach, oboje bezdzietni. Od kilku lat jesteśmy razem, od jakiegoś roku razem mieszkamy. To on nalegał na mieszkanie u niego, w jego domu rodzinnym, w którym mieszkają również jego rodzice. Ja mam swoje własne mieszkanie, które na razie stoi puste. Kochamy się, mieszka nam się razem ok, mamy w tym domu swoje niezależne piętro, jego rodzice nie wtrącają się do naszego życia.
Jednak od jakiegoś czasu atmosfera między nami zaczęła się psuć, ponieważ doszłam do wniosku, że pora już zalegalizować nasz związek. Kiedy się poznaliśmy parę lat temu była mowa o ślubie, on wówczas twierdził, że to jest ten model życia, który go interesuje. I nagle coś się zmieniło. Niby nadal twierdzi, że chce, ale bez przerwy coś mu stoi na przeszkodzie, sam wyznacza jakieś terminy, których nie dotrzymuje, przekłada, odkłada. Raz mówi, że chce, potem twierdzi, że po co, potem znów mówi, że chce. Jak dla mnie, jego zachowanie ewidentnie pokazuje mi, że albo panicznie się tego boi, albo po prostu nie chce.
Ale tak naprawdę zaczęło mnie nurtować, dlaczego mnie tak na tym zależy. Nie potrzebuję go usidlać takimi zobowiązaniami, jestem absolutnie niezależna finansowo. Więc dlaczego to się stało dla mnie takie ważne? Zaczęłam się nad tym ostatnio zastanawiać i doszłam do wniosku, że ten ślub ma mi dać jakąś taką stabilizację życiową, jakieś poczucie bezpieczeństwa. Bo na chwilę obecną je mam, ale co będzie w przyszłości? Dlaczego mam dbać o jego dom, gdy mój stoi pusty i o niego nikt nie dba? Dlaczego mam się angażować w sprawy jego rodziny, skoro on nie chce się do niczego zobowiązać? Jak mam z nim budować życie, na jakiej bazie, skoro nic nas nie łączy?
I takich pytań mam w głowie całe mnóstwo. Z jednej strony widzę wieloletnie związki, które się trzymają i nikomu na ślubie nie zależy. Z drugiej strony widzę wiele małżeństw, które z jakiegoś powodu zostały zawarte. A ja się zastanawiam, o co mnie z tym ślubem chodzi. I dlaczego ja chcę, a on nie chce.
    • verdana Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 14:55
      Gdybyś Ty chciała i on chciał,a żadnemu z Was nie chciałoby się załatwiać formalności - nie byłoby problemu. Gdyby żadne nie chciało - jak wyżej. Problem jest w tym, ze facet nie chcąc ślubu nie chce zobowiązań. Nie ma nic dziwnego w tym, ze nie masz ochoty tkwić w związku, w którym druga strona najwyraźniej chce zostawić sobie furtkę, aby łatwo związek zakończyć. Nikt chyba nie ma ochoty na stały związek, w którym jedna ze stron daje jasno do zrozumienia, ze nie traktuje go jako stały.
      • dorota-098 Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 15:29
        verdana napisała:

        > Nikt chyba nie ma ochoty na
        > stały związek, w którym jedna ze stron daje jasno do zrozumienia, ze nie trakt
        > uje go jako stały.

        Wydaje mi się, że on traktuje ten związek jako stały. Przynajmniej ja to tak odczuwam. Do niedawna nawet przez myśl by mi nie przeszło, że on mógłby mnie zostawić. Nawet dla młodszej i ładniejszej ;)
        Ale co zrobi, jeśli któregoś dnia rodzice zakomunikują mu, że skoro nie ma dzieci, to dom przekażą w spadku innym wnukom? Ja już mu dziecka nie urodzę.
        Co ja zrobię, jeśli po latach mieszkania tam, urządzania tego domu i angażowania się w niego, on nagle zginie bądź umrze?
        Kiedy mu powiedziałam o różnych swoich wątpliwościach i obiekcjach, stwierdził że wymyślam. A ja się zastanawiam, czy naprawdę wymyślam, czy jestem wyrachowana, czy może jednak staram się poczuć się bezpiecznie w tym związku.

        • olikol Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 15:40
          Czyli to nie jest jego dom, ale dom jego rodziców i nie ma tam oficjalnie żadnych jego udziałów.. chyba, ze rodzice umrą wcześniej niż darują dom komu innemu.
          A jak z jego finansami, radzi sobie czy jednak to Ty więcej w mieszkanie w tym domu zaczynasz inwestować? Dom utrzymuje on czy bardziej rodzice?
          Nie dziwię się, że w takiej sytuacji - mieszkania na przylepkę u jego rodziców - zapala ci się czerwona lampka, że warto to inaczej poukładać.


          • dorota-098 Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 15:56
            Dom jest prawną własnością rodziców, którzy twierdzą, że w przyszłości dom będzie należał do niego. To samo twierdzi jego rodzeństwo, kilka razy usłyszałam to bezpośrednio od nich.
            To on utrzymuje ten dom. To on opłaca to co najważniejsze, czyli rachunki za prąd i gaz, którego zimą na ogrzanie domu (a w zasadzie 2 mieszkań w jednym domu) idzie całkiem sporo. Finansowo radzi sobie dobrze. Pracuje na etacie, kokosów może nie zarabia, ale potrafi dorobić różnego rodzaju fuchami i naprawdę jestem pod wrażeniem, jak jest bardzo zaradny finansowo.
            Góra domu wymaga jeszcze trochę inwestycji. Do niedawna jakieś mniejsze rzeczy kupowałam sama, ale odkąd zobaczyłam, że w kwestii ślubu składa obietnice bez pokrycia, to przestałam to robić. Jak poproszę, to da mi pieniądze i mogę kupić co chcę. Ale to chyba nie o to chodzi w życiu. Nie chcę z każdą pierdołą lecieć do niego po pieniądze, bo kiepsko się z tym czuję. Z drugiej strony nie chcę już inwestować w coś, co nie jest moje, a z nim nic mnie nie łączy.
            Teraz mamy małą wojnę o kanapę. Do salonu trzeba kupić nową, on chce żebym to ja ją wybrała, on za nią oczywiście zapłaci. A mnie się nawet nie chce jej szukać. I nie chodzi tu wcale o pieniądze, ale o moje zaangażowanie - czasowe i emocjonalne. Boję się, że urządzę ten dom po swojemu, że będę go uwielbiać, a potem i tak będę musiała z niego odejść, bo przecież nic nas nie łączy. A jak próbuję mu to wytłumaczyć, to on nic nie rozumie, wkurza się, a potem strzela focha.
            • ola_dom Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 16:09
              dorota-098 napisał(a):

              > I nie chodzi tu wcale o pieniądze, ale o moje zaangażowanie - czasowe i emocjonalne.
              > Boję się, że urządzę ten dom po swojemu, że będę go uwielbiać, a potem
              > i tak będę musiała z niego odejść, bo przecież nic nas nie łączy.

              Ale takie "straty" zawsze są wpisane w ryzyko rozstania, jak się zdaje. Przed tego typu stratą nie uchroni żaden ślub.
              • verdana Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 16:13
                Ślub nie uchroni. Ale facet, który udaje, że nie rozumie i ślubu nie chce bardzo podwyższa prawdopodobieństwo rozstania. Tym bardziej, ze początkowo była mowa o ślubie - więc to jest wyraźne wycofywanie sie, a nie po prostu kontynuacja związku z założenia nieformalnego. Przy czym ja bym najbardziej obawiała sie tego, że pan "nie rozumie", bo nie ma tu niczego nie do zrozumienia. Oznacza to niechęć do dyskusji, niechęć do podawania rzeczowych argumentów i robienie z partnerki czepiającej się idiotki.
                • ola_dom Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 16:17
                  verdana napisała:

                  > Ślub nie uchroni. Ale facet, który udaje, że nie rozumie i ślubu nie chce bardzo podwyższa
                  > prawdopodobieństwo rozstania. Tym bardziej, ze początkowo była mowa
                  > o ślubie - więc to jest wyraźne wycofywanie sie, a nie po prostu kontynuacja związku z
                  > założenia nieformalnego.

                  Ależ oczywiście. Mnie chodziło tylko o poczucie straty, na którym skupia się autorka - a przed taką stratą nie uchroni nic.
                  Bo moim zdaniem na czymś innym należy się bardziej skupić w tym wypadku. No chyba, że to ja odczytałam zaangażowanie w urządzanie silniej niż autorka to opisała.
            • olikol Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 16:23
              Mam akurat znajomych w podobnej relacji formalnej, za to emocjonalnie jest u nich odmiennie.
              Oboje rozwiedzeni, oboje samowystarczalni, znają się niecałe 2 lata, pół roku ze sobą mieszkają.
              Dziewczyna wprowadza się do jego mieszkania które razem remontują, rachunki płacą na pół. Dziewczyna swoje wynajmuje. I to on musiał powstrzymywać dziewczynę, żeby nie inwestowała w jego mieszkanie swoich wszystkich oszczędności, bo jeszcze znają się krótko i co będzie jeśli im się odwidzi wspólny związek. Podzielili się tak, że rzeczy które wchodzą w ściany finansuje on, a meble i ruchome części kupują na tego kto płaci, by w razie rozstania się podzielić uczciwie "wspólnym" majątkiem. Choć oboje coraz bardziej są ze sobą i nie myślą o tym, żeby się rozstawać, ale pan pilnował, by zachować finansowy rozsądek.

              Nie wiem o co Tobie tak do końca chodzi. Facet utrzymuje dom, więc ty "mieszkasz za darmo" a zaczynasz przeliczać na pieniądze sam czas poświęcony na znalezienie kanapy do tegoż domu w którym spędzasz czas? Twoje mieszkanie stoi puste zamiast zarabiac na wynajmie?
              Rozumiem, że się rozmijacie w kwestii ślubu i ty myślisz już z pozycji osoby która tu mieszkać nie będzie.
              Nie wiem jednak co jest przyczyną tego rozminięcia się - niechęć faceta do ślubu z tobą którą to niechęć wcześniej nieuczciwie przed tobą ukrywał, czy niechęć do ślubu z kimś kto przelicza uczucia na kasę. Na pewno niepokojące jest "wkurzanie się i strzelanie focha" gdy próbujecie rozmawiać. Albo nie umiecie rozmawiać ze sobą i przedstawiasz problem tak, że facet się czuje urażony, albo strzela focha specjalnie żeby wniosków z rozmowy nie wyciągać a ślubu nie ustalić. W większości przypadków próba wymuszenia ślubu czymś innym niż dziecko w drodze:P , kończy się rozstaniem.

              • ola_dom Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 16:42
                olikol napisała:

                > zaczynasz przeliczać na pieniądze sam czas poświęcony na znalezienie kanapy do tegoż domu
                > w którym spędzasz czas?
                > czy niechęć do ślubu z kimś kto przelicza uczucia na kasę.

                Nie wydaje mi się, żeby to było "przeliczanie". Raczej obawa w zbyt duże zaangażowanie, z którego nic nie wyniknie - i nie dziwię się, jeśli Dorota podzieliła się tą obawą ze swoim facetem. Ale żeby akurat to miało go zniechęcić do ślubu...? Jakoś wątpię.
                • olikol Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 16:52
                  On najwyraźniej ślubu nie chce. I chyba też nie chce szczerze powiedzieć dlaczego.
                  Ale trudno jednoznacznie osądzać jeśli nie wiemy w jakim klimacie ich rozmowy i "małe awantury o kanapę" przebiegają.. I jak ustalali wspólne życie gdy autorka się do pana wprowadzała.
                  • olikol Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 16:54
                    Przypuszczam, że gdyby autorka więcej szczegółów opisała ich związku i relacji to by prawdziwy problem wypłynął na wierzch:)
        • verdana Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 15:41
          Ja wierzę, że Twój partner w tej chwili nie ma ochoty na żaden inny związek. Nie ma jednak też ochoty na zabezpieczenie Twojej przyszłości. Moim zdaniem to nie Ty jesteś wyrachowana, tylko on. W każdej chwili może zakończyć związek bez żadnych strat finansowych, Ty jednak juz nie. Ktoś, kto nie troszczy sie o Twoją przyszłość, nie jest jednak gotowy na stały związek, tylko jest zadowolony z tego, co ma w tej chwili. Trudno to jednak nazwać związkiem, bo związek to także troska o przyszłość drugiej osoby. Gdybyście mieli po 20 lat, sprawa byłaby inna. W tej chwili podejrzewam,że najważniejsza jest kwestia dziedziczenia - chodzi o to, abyś nie odziedziczyła domu. Rodzice Twojego partnera mają pewnie inne plany, mają więcej niz jedno dziecko. Tak czy inaczej, lekceważenie Twoich obaw świadczy, ze facet dba o Ciebie "dla siebie", co będzie potem go nie obchodzi.
        • paris-texas-warsaw Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 15:43
          Dorota, z dwa/trzy lata temu był analogiczny wątek kobiety w podobnym wieku. Niestety nie pamiętam Autorki. W miarę jak się rozpisywała, było dokładnie widać z czego wynikał stan rzeczy. Mieszkała na górze domu, który mieli urządzać, w mieście obok chyba miała swoje mieszkanie. Autorka opisywała tez swoje problemy osobiste, swoja terapię, relacje partnera z rodzicami, ich rodzinę. Myślę, że w miarę, jak sama też sprawę szerzej opiszesz albo się zastanowisz, to będzie to przejrzyste dla Ciebie.
    • ola_dom Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 15:47
      dorota-098 napisał(a):

      > Dlaczego mam dbać o jego dom, gdy mój stoi pusty i o niego nikt nie dba?

      Dlaczego dbasz o jego dom, a o swój nie?
      Rozumiem, że "dbanie" to nie bieżące sprzątanie miejsca, w którym się mieszka, tylko wkład w urządzanie i remonty. Jeśli się do tego dokładasz, to raczej nierozsądne w tej sytuacji.
      A o własne mieszkanie jak najbardziej powinnaś dbać, co stoi na przeszkodzie? Dziwi mnie też, że stoi puste - pisałaś wprawdzie, że finansowo jesteś niezależna, jednak zyski z wynajmu są chyba nie do pogardzenia jako lokata na "czarną godzinę"?
      • dorota-098 Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 16:08
        O swój dom też dbam. I to też mnie męczy. Bo do swojego od czasu do czasu muszę pojechać, sprawdzić czy wszystko tam ok, trochę odkurzyć. Gorzej jest latem, bo mam trawnik przy mieszkaniu, który trzeba skosić i podlewać.
        Kiedy się do niego przeprowadzałam, to wspólnie zakładaliśmy, że moje mieszkanie zostanie wynajęte, aby było dla nas na czarną godzinę. Ale jak mam to zrobić, skoro nic nas nie łączy? Dziś jest ono dla mnie takim wentylem bezpieczeństwa. Wiem, że w każdej chwili mam dokąd wrócić.
        A poza tym, dlaczego mam podejmować tak ważne decyzje, skoro on nie chce podjąć swoich?
        • ola_dom Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 16:14
          dorota-098 napisał(a):

          > Wiem, że w każdej chwili mam dokąd wrócić.
          > A poza tym, dlaczego mam podejmować tak ważne decyzje, skoro on nie chce podjąć
          > swoich?

          Ważne decyzje o wynajęciu?
          Nie wydaje mi się ona równie ważna, jak decyzja o ślubie, poza tym wynajem można wymówić, jak trzeba do mieszkania wracać, a po trzecie - jak wynajmiesz i zakomunikujesz, że musisz się zabezpieczyć na czarną godzinę, bo przecież nie masz pewności odnośnie niczego - może to akurat da partnerowi do myślenia?
          Choć rozumiem także utrzymywanie "furtki" w postaci wolnego mieszkania, do którego możesz wrócić z dnia na dzień.
          A co, gdybyś tak zrobiła? Utrzymując związek, ale na zasadzie "chodzenia ze sobą" - skoro pan nie może się jednoznacznie określić?
        • marina2 Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 12:41
          Kiedy się do niego przeprowadzałam, to wspólnie zakładaliśmy, że moje mieszkanie zostanie wynajęte, aby było dla nas na czarną godzinę.

          Ale jak mam to zrobić, skoro nic nas nie łączy?

          Dziś jest ono dla mnie takim wentylem bezpieczeństwa. Wiem, że w każdej chwili mam dokąd wrócić.
          A poza tym, dlaczego mam podejmować tak ważne decyzje, skoro on nie chce podjąć swoich?

          jak to NIC WAS NIE ŁĄCZY?
          jak rozumieć to zdanie?
          nic nie robicie wspólnie czy nic nie posiadacie wspólnie?
          uczuć brak?
          • dorota-098 Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 12:55
            Nic nie posiadamy wspólnie. To miałam na myśli. Nie mamy wspólnego majątku, wspólnych pieniędzy, a takie były pierwotne założenia. Nie mamy nawet wspólnych KONKRETNYCH planów odnośnie naszej wspólnej przyszłości.
            Oczywiście łączy nas uczucie.
    • moni_kaw Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 16:30
      wg mnie - ale zaznaczam, że ja bym tak postąpiła - powinnaś wrócić do swojego mieszkanie, i jeżeli chcesz kontynuować ten związek bez ślubu to w tej właśnie formie, że OBOJE jesteście niezależni;
      jeżeli Pan się nie deklaruje ale chce z Tobą mieszkać to ja - cynik stary:) - mam przeświadczenie, że ma w tym jakiś interes;
      a bo to kobieta w domu jednak ugotuje/posprząta/do utrzymania się dołoży/starszymi rodzicami w razie co zajmie (wg mnie ta opcja tutaj wchodzi w grę) - niepotrzebne skreślić lub dopisać;

      • olikol Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 16:43
        Może pan sprawdza, czy pani wystarczająco "robotna" ;) A pani pokazuje, że bez ślubu to ona palcem nie ruszy, więc pan tym bardziej ślubu unika bo zakłada że nie ma opcji "po ślubie się zmieni na lepszą" :P
        Jeśli dom ma być na pana to z dożywociem rodziców, a rodzice się starzeją i będą wymagać zaangażowania w opiekę w przyszłości.
        A może jak pani sie już wprowadziła i mieszka a ślub do tego jej potrzebny nie był, to pan sobie zostawia wentyl bezpieczeństwa, żeby w razie czego nie mieć jej na głowie.
        Może być też kwestia finansowa - nie wiadomo jak pozostałe rodzeństwo podchodzi do kwestii spadkowych. Nie zapominajmy, że po ślubie, gdyby pan zmarł to autorka dziedziczy połowę jego majątku, a to staje się problemem dla reszty jego rodziny, jeśli para się poznaje w późnym wieku i większośc tego majątku to wkład tamtej rodziny i samego pana, bez udziału pani.
        • zuzi.1 Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 17:42
          No i dlatego pomysl wprowadzania sie do jego domu, w ktorym w dodatku mieszkają jego rodzice, byl bez sensu. Powinniście mieszkać u Ciebie, jako para bez ślubu.
          • zuzi.1 Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 17:43
            #do jego domu rodzinnego
          • ann.38 Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 19:10
            zuzi.1 napisała:

            > No i dlatego pomysl wprowadzania sie do jego domu, w ktorym w dodatku mieszkają
            > jego rodzice, byl bez sensu. Powinniście mieszkać u Ciebie, jako para bez ślub
            > u.

            Skoro on ma tamten dom odziedziczyć i teraz go w całości utrzymuje, to raczej nie zgodzi się z niego wyprowadzić. Musiałby dokładać do utrzymania mieszkania Autorki i pewnie dokładać rodzicom do utrzymania domu, więc tak woli być na miejscu i pilnowąć spadku.
            • zuzi.1 Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 22:00
              Ale to jest jego problem, a nie autorki wątku. Czy autorka bierze pod uwagę, ze mieszkając w tym domu na prawach goscia być może będzie sie musiała zajmować jego rodzicami, po co Ci to autorko? Rozumiem dobre serce, ale uważam, ze przy takiej postawie tego faceta powinnaś przenieść sie do siebie na swoja własność. A jak ten facet swoje sprawy rozwiąże i czy dalej będzie chcial być z Toba w związku, to juz jego sprawa.U siebie jesteś panią domu, a w jego domu rodzinnym jesteś petentem. Powtórzę zastanów sie po co Ci to?
    • ann.38 Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 19:03
      dorota-098 napisał(a):
      > Kiedy mu powiedziałam o różnych swoich wątpliwościach i obiekcjach, stwierdził
      > że wymyślam.

      Ale tak w ogóle nic konkretnego nie ma do powiedzenia na ten temat? Mówiłaś mu, że inwestujesz w domu, dbasz o niego i obawiasz się, co będzie później? Że trudno angażować Ci się w urządzania tego domu a branie od niego pieniędzy też nie jest rozwiązaniem, bo w końcu też masz potrzebę zrobienia czegoś od siebie w tym domu? I on na to tylko, że wymyślasz? Czy on nie zna prawa?
      Takie tematy są trudne, bo trzeba wprost mówić o wartościach materialnych i o ewentualnej śmierci i każdy się obawia wyjść na pazernego. Skoro rodzeństwo zgodnie przystaje na to, że on odziedziczy domu, to on się obawia, że to się może zmienić po Waszym ewentualnym ślubie. Nie dziwie się Tobie, ale i nie dziwiłabym się rodzeństwu Twojego partnera. Może gdybyście szczerze powiedzieli sobie tak naprawdę o co chodzi, to znalazłoby się jakieś rozwiązanie. Ja się nie znam na prawie spadkowym, to nie wiem.
      • 1.kinia Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 21:20
        To może być kwestia majątkowa. Nie wiadomo, czy pozostałe rodzeństwo dostało od rodziców jakieś spłaty, że teraz twierdzą, że dom ma być dla tego jednego. Mam podobną sytuację u kuzynów i to wcale łatwe nie jest do rozwiązania, z jednej strony trzeba się będzie zająć rodzicami którzy może nie będą chorować a może będą i to długo, tego się nie przewidzi. Z drugiej strony losy się różnie toczą, ten co dziś jest bogaty i nie potrzebuje majątku rodzinnego jutro może mieć problemy z utrzymaniem się, wystarczy wypadek, choroba albo zła inwestycja lub bycie oszukanym, wtedy się pojawi myśl czemu ktoś inny zgarnął moją część spadku i ją przejada a ja żyję w nędzy. Z kolejnej strony ten co dziś deklaruje, że rodzicami się zajmie i zabiera majątek, za kilka lat może wcale tego nie będzie chętnie robił i to wszyscy pozostali będą wozić po lekarzach i zmieniać pieluchy. Wchodząc w związek w wieku ok 50 lat, jeśli ma się nie tylko swój dorobek życia ale też rodzinną schedę to trzeba uważać z kim się człowiek wiąże formalnościami. U kuzynów para była właśnie około 50tki gdy się poznali. Pani niezbyt dobrego zdrowia więc nikt nie zakładał, że będą żyć razem kolejne 50 lat i się wspólnie będą dorabiać, a pan dość dziwny okaz, typu co zarobi to przejada, jakby mógł to by wcale do pracy nie chodził, taki niebieski ptak. Gdyby mieli wspólne dzieci to reszta rodziny machnęła by ręką na roszczenia majątkowe, bo z dużym prawdopodobieństwem rodzinny majątek w większości na panią zapisany by w razie czego posłużył tym dzieciom jako części rodziny, byłaby kontynuacja pokoleń, wnuki, siostrzenców można wspomagać. Związek bez szans na dzieci jednak, narzeczony niezbyt lubiany w rodzinie, kuzynka z klapkami na oczach więc perspektywa realna była taka, że gdyby kuzynki zabrakło to narzeczony mówi adieu reszcie, sprzedaje ich rodowy majątek, rodzice zostają na lodzie bez opieki i tyle go widzieli. Wiem, że kuzyni mocno cisnęli na kuzynkę by nie formalizowała szybko związku, tylko poważnie się zastanowiła nad konsekwencjami prawno-formalnymi sytuacji. Bo gdy się ma tyle lat to już trzeba o tym myśleć a nie podchodzić beztrosko jak 20 latek na początku dorobku. Nie jest też zbyt moralne podejście co twoje to moje a co moje to nie rusz. Ja wychodzę z założenia, że jeśli się mieszka u kogoś to wypada zapłacić połowę kosztów. A jeśli nie ma ślubu a jest potrzeba większej inwestycji budowlanej i nie do końca się ufa to przecież można spisać u notariusza umowę kto ile wkłada i ile mu się należy zwrotu kosztów w przypadku wyprowadzki.

        • 1.kinia Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 21:36
          A jeszcze dokończę myśl, w temacie pytania które zadałaś
          O co wam chodzi
          Może wam chodzić o władzę. Pan: Nie będę się żenił pod presją! , Ty: Nie będę tu nic robić bez ślubu.
          Kiedy pan zaczął stawiać okoniem do spraw ślubu? Czy na pewno mówił to poważnie?
          Bo ja pamiętam pewnego pana zakochanego, który chciał się żenić i to deklarował do momentu gdy zewnętrzne inne okoliczności ślub uniemożliwiały. Gdy droga do ślubu była możliwa to się zaczął zastanawiać. Gdy pani zmęczona czekaniem odeszła, to dostawał spazmów, że przecież on chciał się żenić tylko ona wszystko zepsuła presją. Do tej pory nie wiem czy chciał czy nie chciał. To znaczy chyba w marzeniach mu się marzyło ale w realnym świecie to się bał i pakować w to nie chciał. W tym największy jest ambaras żeby dwoje chciało na raz.
          Szczera rozmowa między wami by mogła pomóc. Czy umiecie być wobec siebie szczerzy?
    • rycerzowa Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 22:30
      "Obiektywnie", czyli z jego i jego rodziny punktu widzenia, to wygląda tak, że tobie chodzi o majątek, o ewentualny spadek po nim.
      W razie czego, czyli w przypadku jego śmierci, dziedziczysz co najmniej kilkadziesiąt tysięcy złotych za bezdurno. Być może rodzina będzie musiała sprzedać dom, by cię spłacić. Jest bardzo prawdopodobne, że staruszkom rodzicom trzeba byłoby poszukać innego lokum.
      Tego, że będziesz się nimi opiekować w ich niedołężności, nikt od ciebie wymagać nie miałby wszak prawa.
      Tak to oni widzą, i tak jest.
      W grę wchodzi poczucie bezpieczeństwa jego rodziców.

      Co zyskałby partner, żeniąc się z tobą?
      Ewentualnie część mieszkania w spadku. Dużo mniej, niż ty, bo mieszkanie to nie dom. W dodatku pewnie nie jest mu to potrzebne.

      Na co jeszcze byłby potrzebny ci ślub?
      Emeryturę będziesz mieć swoją, ubezpieczenie masz swoje, do opieki w razie nieszczęścia i tak nikogo się nie zmusi. Jesteście razem, szanujecie się, to się wspieracie. Jak to minie, ślub niczego nie zagwarantuje.Takie mamy czasy.
      Owszem, istnieją alimenty, ale tu też on bardziej by stracił, niż ty.

      Suma sumarum - jemu naprawdę nie opłaca się brać ślubu, ryzykuje nim losem swoich rodziców i dalszej rodziny, i pewnie mu to wszyscy powtarzają. I nie mylą się.

      Co wcale nie znaczy, że ty nie masz prawa tego się domagać.
      • miedzymorze Re: O co nam chodzi? 07.03.16, 22:45
        Póki co rodzice są właścicielami domu, więc jeśli syn umrze przed nimi, to autorka dostanie NIC z tego domu.
        Jak się pan tak stracha o majątek to istnieje również coś takiego jak intercyza.
        Wg mnie wygląda to niestety banalnie - panu wygodnie jest mieć kobietę przy sobie bo i ogarnianie domu, i jest do kogo buzię otworzyć, i seks, ale nie chce się tak na poważnie agnażować żeby aż brać ślub, więc zbywa autorkę terminami...

        pozdr
        mi
        • rycerzowa Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 01:07
          Jeśli syn umarłby przed rodzicami, legalna synowa dziedziczyłaby po tych rodzicach.
          Należałby się jej co najmniej zachówek, jeśli pominęliby ją w testamencie.

          Intercyza dziewczyny nie urządza. Ona nie zamierza inwestować czasu i uczuć w coś, co nie będzie jej.

          Ogarnianie domu, buzię do pogadania i seks ma tak samo on jak i ona.
          • rycerzowa Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 02:24
            Poza tym intercyza "nie zwalnia" z dziedziczenia.
          • zuzi.1 Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 09:00
            I jak najbardziej ma racje nie chcąc inwestować tego czasu, lepiej ten czas spożytkować na wlasna przestrzeń i swoje sprawy. Nie sadze, aby stary dom jego rodzicow byl dla autorki mysla przewodnia tego związku. Imo traktować tego człowieka tak jak on traktuje autorkę wątku, zapomnieć o ślubie itp.,,zaprzestać urządzania jego domu i sprzątania jego katow, przenieść się do siebie i korzystać z zycia, spędzając milo z tym panem czas.Juz jego reakcja na przeniesienie sie autorki na swoje śmieci pokaze jak bardzo temu człowiekowi na niej zalezy. Czy traktuje ja wyłącznie uzytkowo( na co wskazuje opis) czy jednak jest ona dla niego kimś więcej.
            • chocolate_cake Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 09:22
              Naprawdę tu chodzi tylko o majątek, o dziedziczenie a nie miłość, ślub? :)
            • olikol Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 11:39
              Autorka też korzysta z tego, że mieszka u niego za darmo, zużywa jego sprzęty, nabija jemu rachunki, ma większą przestrzeń do dyspozycji niż u siebie, itd itp. To, że nie wynajmuje swojego mieszkania i nie zarabia dodatkowo na tym, to jej decyzja a nie wina faceta.
              Nie postrzegajmy kobiety jako tej jedynej poświęcającej się w związku, pokrzywdzonej obsługą mężczyzn. Bo jest też sporo prac które wykonują mężczyźni, oczywiście jak jest w tym konkretnym układzie z nakładami wysiłków we wspólnocie to wie autorka.
              Oboje korzystają na byciu ze sobą, jeśli autorka nie ma poczucia "super że żyjemy razem" ale ma poczucie "to ja się poświęcam a ty mi tego nie wynagradzasz" to lepiej się rozejść bo to prosta droga do pretensji i frustracji.
              • dorota-098 Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 13:06
                Fakt, to on płaci rachunki za utrzymanie domu. Wielokrotnie proponowałam, że się dołożę, ale absolutnie nie chce przyjąć ode mnie pieniędzy.
                Więc ja robię zakupy żywnościowe. A zjeść to on potrafi niemało ;) Bardzo często również dochodzi do przepychanek finansowych, bo on próbuje mi "wepchnąć" pieniądze, albo zwrócić za te zakupy. Nie biorę, bo nie potrzebuję być na jego utrzymaniu. Czułabym się z tym kiepsko. To, co zaoszczędzę na prądzie i gazie nie zużywając w swoim domu, to wydam na zakupy mieszkając z nim. Więc tu akurat korzyść finansowa dla mnie żadna.
                Przestrzeń mam taką samą jak u siebie. Góra tego domu ma powierzchnię tylko trochę większą od mojego mieszkania. Z tym, że jeden pokój jest w ogóle nie urządzony, więc w sumie mieszkam teraz na mniejszej.
                Mam poczucie "super że żyjemy razem". Ale ostatnio mam też poczucie "ten związek jest nierówny, on jest na lepszej pozycji niż ja". I to faktycznie dobrze nie wróży.
          • lusitania2 Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 10:54
            rycerzowa napisała:

            > Jeśli syn umarłby przed rodzicami, legalna synowa dziedziczyłaby po tych rodzic
            > ach.

            o!
            a który to przepis mówi o podstawieniu małżonka zmarłego zstępnego przy dziedziczeniu po wstępnych owego zmarłego?
            • rycerzowa Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 11:04
              lusitania2 napisał:

              >
              > o!
              > a który to przepis mówi o podstawieniu małżonka zmarłego zstępnego przy
              > dziedziczeniu po wstępnych owego zmarłego?

              Faktycznie, synowa nie dziedziczy, sorry.
              (Znajoma odziedziczyła, ale był testament).

              Niemniej w tym przypadku dom ma być przepisany na syna, a wtedy ona dziedziczy, nawet gdyby była intercyza.
              • miedzymorze Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 11:51
                między 'ma być' a faktycznymi przepisaniem to jeszcze ho-ho albo i więcej.
                Co drugi wątek z pretensjami mieszkaniowymi jest o przepisanie które było tylko dogadane a nie faktyczne ;>
                pozdr,
                mi
                • marina2 Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 12:45
                  dopatrywanie się dlaczego pan nie chce zalegalizowac związku jest w moim odczuciu bez sensu.
                  nie chce i już .tak wybiera.
                  sobiście nie drążyłabym dlaczego i niczego nie wymuszała
                  mozesz znaeźć ileś tam uzasadnień ,ale dalej bedzie stało : i dlatego PAN NIE CHCE ŚLUBU.
                  a autorka wątku chce
                  • dorota-098 Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 13:11
                    Świetne podsumowanie :)
                    Bo mnie się też już nie chce zgadywać dlaczego on nie chce.
                    Mnie bardziej chodzi o to, aby zrozumieć dlaczego ja chcę, co ten ślub ma mi dać i czy moje oczekiwania są uzasadnione czy nie.
                    • marina2 Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 19:13
                      Mnie bardziej chodzi o to, aby zrozumieć dlaczego ja chcę, co ten ślub ma mi dać i czy moje oczekiwania są uzasadnione czy nie.

                      zblizasz się do 50 tki.to jest czas pewnych podsumowań w życiu.pierwszych owoców.przecietny czlowiek ma dorosłe lub dorastajce dzieci,nierzadko wnuki.stałe życie stabiizacja.wspólną historię oszczedności doświadczenie zyciowe ,okres kształtowania siebie w związku.
                      na wszystko jest miejsce i czas....
                      moze chcesz pewne sprawy uporządkować ,nadać im własciwe znaczenie.
                      osobiscie jestem przeciwna zamieszkiwaniu par ze sobą niezależnie od wieku bez ślubu.
                      tak wiem ,ze ślub nie jest gwarancją "zyli długo i szczęsliwie".jest za to jasnym komunikatem : ja wybieram ciebie,zeby z tobą zyć z tobą układać moje sprawy.
                      w waszym związku nie ma nic pewnego.brakowałoby mi : deklaracji ,jasnego określenia kim dla siebie jesteśmy .z Twoich wpisów wynika,ze pan chyba nie potrafi rozmawiać.
                      zastanowiłabym się czego Ty chcesz od siebie/pana zycia. z czego nie chcesz rezygnowac.
                      czy widzisz się za 5 lat w tym związku w tych warunkach bez ślubu?komfortowo Ci?
                      • olikol Re: O co nam chodzi? 09.03.16, 10:47
                        Większość osób które nie popełniły małżeństwa jednak do niego dąży. Wiele szczęśliwie rozwiedzionych też jednak wybiera życie w małżeństwie, w naszej kulturze to jest norma. Więc wcale się autorce nie dziwię, że chce być oficjalną żoną, bo to wyznacznik, że nie jesteśmy ze sobą "do najbliższej kłótni" tylko decydujemy się na życie na dobre i złe.
                        Natomiast autorka może się zastanowić nad swoim poczuciem wartości, czy czuje się "gorszą kobietą" bez tego ślubu, i nad tym dlaczego zdecydowała się na zamieszkanie z panem bez ślubu, gdy dla niej to tak ważne. Jeśli pan obiecał ślub, a później bez konsultacji z "narzeczoną" i bez jej wyraźnej zgody ten ślub przesuwa(i to kilkakrotnie?), to czerwone lampki powinny się zapalić. Jakoś tak autorka tkwi w pozycji "czekam z swoim życiem bo uzależniam siebie od tego co facet zrobi" . A to tracenie czasu. Żyje się tu i teraz, jutra może nie być wcale, trzeba swoim życiem kierować osobiście.
                  • ola_dom Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 13:11
                    marina2 napisała:

                    > dopatrywanie się dlaczego pan nie chce zalegalizowac związku jest w moim odczuciu bez sensu.

                    Tyle że w tym wypadku pan deklarował, że chce, nawet terminy uzgadniał - tylko jakoś tak mu coś nie wychodziło. I tu już warto się zastanowić, dlaczego.
                    • dorota-098 Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 13:52
                      Nad tym się zastanawiam już od kilku miesięcy i nic. Na pytania co się zmieniło, pan nie odpowiada wprost, coś zamydla, albo wpada w złość. Zero konkretów.
                      Więc już mi się nie chce nad tym zastanawiać, wolę się zastanowić nad sobą :))
                      • zuzi.1 Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 14:35
                        Może to kolejny maminsynio usidlony przez rodziców w domu rodzinnym, z którego nie może się za żadne skarby wyprowadzić. Cale rodzeństwo za granica, kontakty luźne, rodzice na nim wiszą calkowicie. A jacy sa ci rodzice, czy slyszalas kiedykolwiek, żeby stosowali wobec niego szantaże emocj. nawet delikatne? Jaki on ma do nich stosunek, slucha sie ich?
                        • napis_z_obrazka Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 15:06
                          Zgadzam sie z Toba Zuzi nr.1:-)(sama sie sobie dziwie;-). Tez bym poszla tym tropem...
    • dorota-098 Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 12:49
      Daleko zaszły interpretacje odnośnie tego domu i intencji osób wszelakich :D
      Zatem wyjaśniam.
      Dom jest rodziców i póki co chyba nie zamierzają go na syna przepisać. Poza nim, mają jeszcze 2 synów, którzy od lat mieszkają za granicą, urządzili się tam, pozakładali rodziny i ani myślą wracać do Polski. Mój partner mieszka z rodzicami od lat, a teraz to już musi, bo rodzice starzy i nie radzą sobie z utrzymaniem domu ani finansowo, ani fizycznie. Wszyscy zgodnie twierdzą, że w przyszłości dom będzie mojego partnera. Bracia coś tam od rodziców kiedyś dostali, więc z tego powodu nie roszczą sobie praw do tego domu, a poza tym uważają, że skoro mój partner się rodzicami opiekuje i wikt im zapewnia, to dom mu się należy.
      Mam wrażenie, że w tej rodzinie nikt mnie nie posądza o jakieś materialne zakusy i nikt chyba się nie boi, że położę łapę na ich majątku. Zarówno rodzicom, jak i braciom chyba zależy, abym należała do rodziny, życzliwie dopytują kiedy ślub, kiedyś usłyszałam jak matka strofuje mojego partnera, że pora żeby się w końcu ożenił. Z kolei wszyscy bracia mają między sobą bardzo luźne kontakty i niespecjalnie się sobą nawzajem interesują, więc mojemu partnerowi na pewno nie chodzi o to, aby chronić finansowy interes braci w razie spadku.
      Rzeczywiście majątek może wskazywać na niechęć do ślubu, też się nad tym zastanawiałam. Ale nie jestem pewna, że tak właśnie jest. Jeśli weźmiemy ślub, to ja w żaden sposób nie stanę się współwłaścicielką tego domu. Ani spadek, ani darowizna (gdyby rodzice jednak zdecydowali przekazać synowi dom przed śmiercią) nie wchodzą we wspólnotę majątkową. W każdym przypadku dom będzie odrębnym majątkiem mojego pana, gdyby któreś z nas chciało się rozwieść z drugim, on dalej zachowuje ten dom. Ja zyskam prawa do tego domu tylko w przypadku jego śmierci, gdy dom będzie jego własnością. odziedziczę go również, jeśli podpiszemy intercyzę. Interes finansowy braci go nie interesuje, jak pisałam. Więc to chyba nie to.
      Ponadto, żeniąc się ze mną, finansowo to on lepiej na tym wyjdzie, bo mój majątek jest zdecydowanie większy niż jego. Jego dom jest stary, moje mieszkanie nówka funkiel, wymuskane, wychuchane. Wartość pewnie ma mniejszą, ale to nie są jakieś przepastne różnice. Ponadto ja posiadam jeszcze sporo innego majątku, w przyszłości będę dziedziczyć mieszkanie po rodzicach. Więc to ja mogłabym się bać, że on położy łapę na mojej kasie. Ale jakoś się nie boję, bo wiem jak działa prawo, a poza tym wiem, że mój partner jest uczciwy i nie ma zakusów, aby mnie ograbić.
      Nasze ustalenia z początku związku były takie, że w przyszłości bierzemy ślub, że to czego dorobimy się po ślubie będzie nasze wspólne, że będziemy mieć wspólne pieniądze. Przed moją wprowadzką było parę rozmów kiedy ślub, było ustalonych kilka terminów, ale on za każdym razem je przesuwał, bo coś mu na przeszkodzie stało. Trochę mnie to wtedy zaczęło niepokoić, ale stwierdziłam, że i tak się wprowadzam, zobaczę jak mi się będzie tam mieszkać. Na początku zaangażowałam się w ten dom, urządzałam go, kupowałam nowe sprzęty, wkładałam w niego całe moje serce. Ale z czasem zaczęłam dostrzegać, że z tym ślubem to jest coś nie tak, z ustaleniami wspólnych pieniędzy również. Wielokrotnie próbowałam z nim rozmawiać na ten temat, ale albo mnie zbywał, albo twierdził, że wymyślam, zaprzeczał temu co mówił wcześniej, a gdy próbowałam przycisnąć go do muru, to wybuchał złością i był koniec rozmowy. Więc moje zaangażowanie w ten dom opadło, bo czemu mam się angażować w coś, co nie jest moje, a i perspektyw na przyszłość jakoś brak. I nie chodzi tu w ogóle o pieniądze, bo jak poproszę, aby się rozliczył ze mną, to w każdej chwili to zrobi, nie raz to proponował. Chodzi o moje uczucia i emocje. Bo gdy się w coś angażuję, to robię to całym sercem, a potem gdy to tracę, to strasznie cierpię. Próby wytłumaczenia mu tego spełzły na niczym, nie rozumie tego, a co więcej, ma pretensje, że jeszcze parę miesięcy temu, to skakałam wokół tego domu, a teraz już tego nie robię. Ciągu przyczynowo-skutkowego nie widzi.
      Zapowiedziałam mu, że jeśli między nami się nic nie zmieni, to jak się zrobi ciepło, to wracam do siebie. Strasznie się wkurzył, najpierw wykrzykiwał, że go chcę zmusić, potem, że proszę bardzo, mogę go zostawić w każdej chwili. Na spokojnie tłumaczyłam, że do niczego nie chcę go zmuszać, że jeśli się rozmyślił i chce wycofać z naszych wcześniejszych ustaleń, to niech mi to powie i wyjaśni dlaczego. Tłumaczyłam, że w wieku 50 lat kiepsko się czuję mieszkając u faceta jako jego flama, że nie czuję się częścią jego rodziny. Że nie mam poczucia bezpieczeństwa mieszkając bez zobowiązań w domu jego rodziców, że kiepsko czuję się u boku faceta, który nie chce brać na siebie odpowiedzialności za związek i swoją kobietę. Stwierdził, że wziął za mnie pełną odpowiedzialność i że wymyślam, bo u niego jestem w pełni bezpieczna. Na pytanie, co to konkretnie oznacza i jak to rozumie już nie potrafił odpowiedzieć. Całą rozmowa skończyła się kłótnią.
      Ktoś jeszcze pytał, dlaczego nie wynajmę swojego mieszkania i że to żadna życiowa decyzja.
      Dla mnie jednak jest. To jest moje ukochane mieszkanie, mam je od nowości, wiele serca i wysiłku kosztowało mnie jego urządzenie. Wszystko jest tam wymuskane, wypielęgnowane przeze mnie. No trochę się boję w obecnej sytuacji oddać je w obce ręce, jakiemuś wynajmującemu. Ktoś mi tam wlezie, poniszczy, będzie spał w moim łóżku. A za chwilę być może będę musiała tego kogoś wypraszać, bo w obliczu braku przyszłości w moim związku wolę być u siebie. Dlatego trzymałam puste mieszkanie jako furtkę do powrotu. Gdybym miała poczucie stałości i stabilizacji związku, to ok, ale w takiej sytuacji... Ale może głupio myślę?
      • olikol Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 13:12
        A kto cisnął na twoje zamieszkanie u niego? Czyja to była propozycja? Ten pan był wcześniej żonaty? Czemu się jego wcześniejsze związki rozpadły (o ile je miał) ? Jak się rozliczacie z kosztów utrzymania domu, dokładasz się? Rozumiem, że dla ciebie więzy formalne są bardzo ważne i istotniejsze od innych a on tego ci nie zaspakaja. Byłaś już kiedy żoną?


        • olikol Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 13:28
          A, sorry, jest w pierwszym poście że to on nalegał na zamieszkanie w jego domu.
          Szkoda, że wtedy nie postawiłaś sprawy "tak, ale jak będę mieć obrączkę na palcu bo to dla mnie ważne". Bo teraz postawa "mieszkam z tobą ale palcem w twoim domu nie ruszę dopóki się formalnie nie zwiążemy" brzmi jak szantaż. Jeśli pan kilka razy już termin przesuwał przed zamieszkaniem razem to dość jasno tym mówił, że ślub z tobą go nie pociąga.
          Jeśli był wcześniej żonaty - to jesteś pewna, czy aby nie zapomniał się rozwieść? :D

          • dorota-098 Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 13:49
            olikol napisała:

            > Szkoda, że wtedy nie postawiłaś sprawy "tak, ale jak będę mieć obrączkę na palc
            > u bo to dla mnie ważne".
            Tak, teraz tego żałuję, ale wyszłam wtedy z założenia, że skoro kilka razy powiedział, że ślubu chce, to wie co mówi i to jest prawda. Do głowy mi nie przyszło, że to jakieś manipulacje i czcze obietnice.


            > Jeśli był wcześniej żonaty - to jesteś pewna, czy aby nie zapomniał się rozwieś
            > ć? :D
            jestem pewna.
        • dorota-098 Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 13:41
          olikol napisała:

          > A kto cisnął na twoje zamieszkanie u niego? Czyja to była propozycja?
          On, i to bardzo. Z góry mi powiedział, że się stamtąd nie wyprowadzi, bo nie może. To ja długo miałam obiekcje, trochę się bałam mieszkania z rodzicami, że się będą wtrącać. Długo się opierałam, a on bez przerwy nalegał i próbował pokonać moje obiekcje.

          > Ten pan był wcześniej żonaty?
          Był, ale dość krótko. Wiem tylko tyle, że któregoś dnia żona odeszła bez słowa, spotkali się dopiero na sprawie rozwodowej. Rozwód był bez orzekania o winie i dość szybki. Dlaczego odeszła, to nie wiem, on nie chce o tym mówić. Próbowałam kiedyś jego mamę podpytać delikatnie, ale ona powiedziała, że nie wie.

          > Czemu się jego wcześniejsze związki rozpadły (o ile je mi
          > ał) ?
          Jakieś miał, ale poza żoną nikt w tym domu nie mieszkał. Dlaczego się rozpadły to nie wiem, on nie znosi rozmawiać o swojej przeszłości, o moją też nie pyta i jej za bardzo nie zna. Twierdzi, że wszystkie kobiety (poza żoną) sam zostawił, podaje jakieś powody, ale są czasem takie jakieś bzdurne, że trudno mi w nie uwierzyć. Sądzę, że nie chce powiedzieć prawdy.

          > Jak się rozliczacie z kosztów utrzymania domu, dokładasz się?
          Nie mam najmniejszego problemu z dokładaniem się do kosztów utrzymania, ale on nie chce brać ode mnie żadnych pieniędzy. Pisałam o tym wyżej.

          > Rozumiem, że dla ciebie więzy formalne są bardzo ważne i istotniejsze od innych a on t
          > ego ci nie zaspakaja. Byłaś już kiedy żoną?
          Tak, są bardzo ważne. I cały czas próbuję zrozumieć dlaczego. Żoną nie byłam, ale mam za sobą kilka długoletnich związków.
          • olikol Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 13:53
            > Czemu się jego wcześniejsze związki rozpadły (o ile je mi
            > ał) ?
            Jakieś miał, ale poza żoną nikt w tym domu nie mieszkał. Dlaczego się rozpadły to nie wiem, on nie znosi rozmawiać o swojej przeszłości, o moją też nie pyta i jej za bardzo nie zna. Twierdzi, że wszystkie kobiety (poza żoną) sam zostawił, podaje jakieś powody, ale są czasem takie jakieś bzdurne, że trudno mi w nie uwierzyć.

            ...chyba musisz uwierzyć, że temu panu wystarczą bzdury by związek rozwalić.
            Taki nieodzywający się, obrażający się o próbę rozmowy, sfochowany typ w domu to średnio przyjemna perspektywa. Pan jawi się nader niedojrzale.
            Rozumiem twoją chęć do legalizacji związku, ale chyba musisz poszukać kogoś kto pragnie tego samego jeśli chcesz to mieć.
    • enith Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 16:00
      Myślę, że czas sobie uświadomić, że pan się z tobą nie ożeni. Może i mieliście zbieżne życiowe plany przed twoją przeprowadzką, ale sama widzisz, że od tego czasu bardzo się one rozbiegły. Ponieważ kompromis jest w tym konkretnym przypadku niemożliwy, dalsze życiowe decyzje powinnaś podejmować sama, bez oglądania się na pana. Jeśli nie odpowiada ci obecna rola, warto pomyśleć o przeprowadzce na swoje. Zwłaszcza, że pan nie wygląda na takiego, który będzie cię próbował zatrzymywać. Swoją drogą, sposób w jaki pan prowadzi z rzekomo ukochaną kobietą dyskusję o ważnych życiowych sprawach ("proszę bardzo, możesz się wyprowdzić choćby i natychmiast") też jest wiele mówiący.
    • haneke_29 Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 16:31
      Mysle, ze facet nigdy nie chcial sie ozenic z Toba, a po prostu potrzebuje opiekunki do starych rodzicow.

      Mezczyzni, w obliczu opieki nad starymi rodzicami lub malenkimi dziecmi bez wyrzutow sumienia zrzucaja obawiazki na partnerke. Pan ze startera nie mial na kogo zrzucić tych obowiazkow, wiec znalazl sobie Ciebie.
      • olikol Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 16:46
        Może tak być, jak bywał u autorki i widział jej zadbane wychuchane mieszkanie to uznał, że dobra kandydatka do zajęcia się domem.
      • ola_dom Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 16:47
        haneke_29 napisał(a):

        > Mysle, ze facet nigdy nie chcial sie ozenic z Toba, a po prostu potrzebuje opiekunki do starych rodzicow.

        Ale to jednak trochę nielogiczne (choć nie wykluczam, że pan może się nielogicznie zachowywać):
        jak jest żona zaślubiona, to jednak łatwiej i skuteczniej oczekiwać od niej pomocy przy rodzicach niż od takiej, której się ślubu odmawia.
        • zuzi.1 Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 17:05
          Ale takiemu panu chodzi o to, aby malym kosztem jak najwięcej zyskać. Czyli kobieta juz jest w domu, cos tam jej poobiecuje, ona to lyknie, a on ugra przy okazji ważne dla siebie sprawy, pani o tym kompletnie nie informując. Czysta manipulacja,stad tez ten brak informowania o przeszlosci, pani nie ma dostępu do realnej wiedzy na jego temat, nie jest dla niego partnerka, a osoba celowo manipulowana. Ciekawa jestem w jaki sposób ten facet okazuje uczucia autorce wątku, czy zaprasza do kina, teatru itp. czy jest szczodry uczuciowo i fin. wobec autorki, czy i w jaki sposób o nią dba.Podobno jest uczucie w tym związku, wiec jak ono sie z jego strony objawia?
      • enith Re: O co nam chodzi? 08.03.16, 17:17
        haneke_29 napisał(a):

        > Mysle, ze facet nigdy nie chcial sie ozenic z Toba...

        To tylko jedna z możliwych opcji. Inne to takie, że owszem, miał szczere plany ze ślubem, ale od tego czasu uznał, że nie chce się z tą konkretną partnerką jednak żenić. Albo uznał, że obecna sytuacja jest świetna i nie ma co kombinować ze ślubem. A wszystko to są spekulacje, bo partner NIE ROZMAWIA. I bardziej, niż ta nagła niechęć do ożenku, martwiłaby mnie, na miejscu autorki, właśnie ta nieumiejętność partnera do szczerej rozmowy. Bo pan ewidentnie kombinuje i kluczy w sprawie PRAWDZIWYCH powodów, dlaczego mu się odwidziało. I o ile pozostawanie w niesformalizowanym związku od biedy można zaakceptować, to brak szczerości partnera jest w zasadzie czynnikiem dyskwalifikującym do kontynuowania relacji z nim.
        • olikol Re: O co nam chodzi? 09.03.16, 10:35
          o, właśnie właśnie. Ślub to pikuś w porównaniu z tym dziwnym nieodzywaniem się, zatajaniem informacji, pretensjami o pytania autorki, blokadą komunikacyjną, fochem. Pan ma coś nie tak z emocjami, a to już realny problem dla autorki na całe życie z nim.

    • basiastel Re: O co nam chodzi? 09.03.16, 10:51
      www.se.pl/styl-zycia/zdrowie-i-psychologia/5-rzeczy-ktorych-faceci-boja-sie-w-zwiazkach_789096.html
    • dorota-098 Re: O co nam chodzi? 16.03.16, 12:23
      Wyprowadzam się.
      Oznajmiłam mu to przedwczoraj, a wczoraj - o dziwo! - sam zaczął poważną rozmowę na ten temat.
      Ze wczorajszej rozmowy oraz z jego innych, wcześniejszych wypowiedzi poskładałam sobie co nieco. On bardzo chce ze mną być, ale ślub jawi mu się z utratą jego pozycji. Obawia się, że będę się za pewnie czuła w tym związku, w tym domu, że wprowadzę tam swoje zasady, swoje "rządy". Nie mam pewności, że to dokładnie o to chodzi, ale intuicja mi podpowiada, że facet potrzebuje ogromnej dozy kontroli i dominacji. Może i rozumie moje potrzeby, ale ślub spowoduje pewną współzależność, która w jakimś stopniu mu tę kontrolę odbierze. Ja niestety, nie widzę się w takim układzie, w którym mieszkam u kogoś, ale nie mam żadnych praw. I nie chodzi o prawa do tego domu, bo takowych sobie nie roszczę. Poza tym co to za związek, w którym on czuje, że jestem dla niego jakimś zagrożeniem i nie chce ze mną budować niczego wspólnego.
      • zuzi.1 Re: O co nam chodzi? 16.03.16, 12:59
        Dobry ruch zrobilas. Ten mezczyzna ma jakies problemy ze sobą.
        • zuzi.1 Re: O co nam chodzi? 16.03.16, 13:19
          I co ciekawe wchodzi w kolejne zwiazki bez uprzedniego rozwiązania tych problemów.
      • marina2 Re: O co nam chodzi? 16.03.16, 18:56
        wyobrażam sobie jak trudno Ci było podjąc taką decyzję.ale już masz sprawę wyjasnioną.dobre wg. mnie jest to,że jesteś wobec siebie uczciwa.odsapnij sobie u siebie.nic na siłę w tym i innych związkach.
        daj sobie czas.serdecznie pozdrwiam
      • enith Re: O co nam chodzi? 16.03.16, 19:49
        > On bardzo chce ze mną być, ale ślub jawi mu się z utratą jego
        > pozycji. Obawia się, że będę się za pewnie czuła w tym związku, w tym domu, że
        > wprowadzę tam swoje zasady, swoje "rządy". Nie mam pewności, że to dokładnie o
        > to chodzi, ale intuicja mi podpowiada, że facet potrzebuje ogromnej dozy kontr
        > oli i dominacji. Może i rozumie moje potrzeby, ale ślub spowoduje pewną współza
        > leżność, która w jakimś stopniu mu tę kontrolę odbierze.

        Nigdy nie potrafiłam zrozumieć osób, dla których całe życie, w tym związek/małżeństwo to pola do rywalizacji i walki o dominację i władzę. Dla mnie związek to granie do tej samej bramki, nie przeciąganie liny. Twojemu partnerowi związek pomylił się z pojedynkiem na ringu, a ty, jak widać, nie podzielasz takiej wizji związku. Separacja dobrze wam zrobi, zwłaszcza tobie. Masz swoje ukochane mieszkanie, będziesz mogła w spokoju przemyśleć pewne sprawy. Niewykluczone zresztą, że partner też wykorzysta ten czas na uporządkowanie sobie w głowie pewnych kwestii i kto wie, może inaczej spojrzy na związek i małżeństwo. Tak czy inaczej, postępujesz zgodnie ze swoim sumieniem i tylko to się liczy.
    • koto.podobna Re: O co nam chodzi? 16.03.16, 22:23
      Bardzo dobrze robisz z tą wyprowadzką. Na moje oko będzie to też koniec tego związku, pewnie poboli... ale dla Ciebie to chyba najlepsze rozwiązanie sytuacji. Pan zapewne szybko zacznie poszukiwania Twojej następczyni w celu umieszczenia jej u siebie w domu na podobnych warunkach, jak byłaś Ty.
    • dorota-098 Re: O co nam chodzi? 17.03.16, 13:11
      No i się wyprowadziłam...
      Wczoraj rozmawialiśmy jeszcze raz. On powiedział, że chciałby pomieszkać ze mną dłużej, abyśmy się lepiej do siebie dopasowali. Że chciałby, abyśmy do końca urządzili ten dom, a jak wszystko już będzie zrobione, a między nami będzie spokojnie, to wtedy będzie ślub. Mam wrażenie, że zupełnie nie zrozumiał tego, że skoro od jakiegoś czasu wykręca się od małżeństwa, to zafundował mi frustrację i niepewność, a w takim stanie ja funkcjonuję trochę nerwowo. Nie zrozumiał też tego, że w moich oczach to jest absolutnie nie fair, że ja mam się angażować w nieswój dom, a on do niczego zobowiązany nie jest, poza jakimiś płynnymi deklaracjami. I że skoro tyle razy odkładał ten ślub, to ja już w słowa nie wierzę, ale oczekuję konkretów. Wyjaśniłam mu, że dla mnie mieszkanie w nieswoim domu jest pewną zależnością i że w związku z tym małżeństwo (między innymi) miało dać mi jakąś taką "równowagę sił", że nie jestem totalnie zależna, że mam jakieś prawa. Wyjaśniłam, że jeśli mam budować swoje życie u niego, to najpierw muszę zamknąć tę furtkę, którą sobie zostawiłam w postaci swojego pustego mieszkania. Bo teraz żyję w jakimś rozdarciu pomiędzy dwoma domami i strasznie mnie to męczy. Chyba nie zrozumiał. Na koniec przyznał, że boi się ślubu, ale nie potrafi powiedzieć dlaczego. I że jeśli chcę odejść, to nie będzie mnie zatrzymywał. Bo gdybym była jego żoną i chciała odejść, to ślub w żaden sposób też by mnie nie zatrzymał.
      Dziś rano znalazłam w kuchni na stole karteczkę "Dziękuję... M." Więc się spakowałam i wyprowadziłam. A teraz siedzę i ryczę, i się zastanawiam, że to może ja mam jakąś schizę z tym ślubem...
      • miedzymorze Re: O co nam chodzi? 17.03.16, 13:43
        Daj spokój nie masz żadnej schizy, chęć zawarcia ślubu to jest zupełnie normalna rzecz a nie żadna babska fanaberia. Dobrze że wiesz czego chcesz i że w momencie kiedy druga strona wymiguje się od wcześniejszych ustaleń robisz rzeczy może i przykre, ale na dłuższą metę jedyne sensowne.

        Mieszkanie 'nie u siebie' zwłaszcza ze starszym pokoleniem na kupie jest bardzo obciążające i nie dziwię się absolutnie że bez formalizacji związku czułaś się nieswojo i tymczasowo.

        Wypłacz się, ile potrzebujesz, a potem ciesz się spokojem u siebie ;)
        pozdr,
        mi
      • ola_dom Re: O co nam chodzi? 17.03.16, 14:01
        dorota-098 napisał(a):

        > A teraz siedzę i ryczę, i się zastanawiam, że to może ja mam jakąś schizę z tym ślubem...

        Nie masz żadnej schizy,
        nie ma też się co dziwić, że płaczesz, dziwne byłoby, gdybyś nie płakała w takiej sytuacji.
        Ale uważam, że postąpiłaś bardzo dzielnie i jak najsłuszniej.

        Podobnie jak enith - nie jestem w stanie zrozumieć podejścia rywalizacji w związku, tego "kto ma rządzić". A nie raz się z tym spotkałam - chore to i nic poza tym. Lepiej unikać takich osób, nawet jak się już zainwestowało uczucia, czas i energię. Trudno.
      • alsk9 Re: O co nam chodzi? 17.03.16, 14:02
        Niezły cwaniak. Znacie się kilka lat, wystarczająco długo żeby wiedzeć czy chcecie być razem, sam zaprasza cię do domu obietnicą małżeństwa, po czym liczy, że mu dom urządzisz, poremontujesz, zorganizujesz,
        a jak dom będzie urządzony to on się określi czy byłaś wystarczająco grzeczna i miła żeby mu się zachciało małżeństwa z tobą....
        Myślę, że cokolwiek byś nie zrobiła to dla tego pana nie jesteś wystarczająco spolegliwa byś dostąpiła zaszczytu bycia żoną.
        Niedługo znajdzie kolejną panią którą czczymi obietnicami zagoni do roboty w domu....
        • zuzi.1 Re: O co nam chodzi? 17.03.16, 14:23
          Bo to o to wlasnie chodzi, kontrola podstawa zycia takiego czlowieka. A autorka zbyt samodzielna I niezalezna, zeby zostac jego niewolnikiem :) Dorota, powinnas skakac pod sufit, ze sie ogarnelas I od niego wynioslas. Nie wierz w jego obietnice, to wszystko sciema. Zobacz jak Ci szybko podziekowal. Jezeli ponownie zacznie do Ciebie sie zblizac, co jest bardzo prawdopodobne, to przeczytaj PROSZE wczesniej od dechy do dechy blog mojedwieglowy.
          • dorota-098 Re: O co nam chodzi? 17.03.16, 15:13
            Dziękuje Wam bardzo, podnosicie mnie na duchu, bo naprawdę mi się wydaje, że to ze mną jest coś nie tak, że chciałam go zmusić do tego ślubu i że to ja chciałam się tam rządzić, że chciałam ustawić ten związek pod siebie, że nie liczyłam się z jego potrzebami. Parę razy mi to sugerował. Może miał rację???
            A przed chwilą dzwoniła do mnie jego mama i strasznie płakała. Jak się rano wyprowadzałam, to jego rodziców nie było w domu, więc kupiłam kwiaty, napisałam pożegnalną kartkę i przeprosiłam, że żegnam się w takiej formie, ale na chwilę obecną tak mi łatwiej. No i ona teraz siedzi i rozpacza...
            A on przysłał smsa, że było mu ze mną fajnie i że dziękuje, ale w życiu najważniejsze to nie robić nic wbrew sobie, a inni jakoś to zrozumieją i zaakceptują. Jacy inni?????

            • imsad Re: O co nam chodzi? 17.03.16, 15:24
              Przeczytałam cały wątek - otrzymałaś autorko wiele cennych uwag i rad.
              Najważniejsze ,że działasz. To co zapowiedziałaś panu , zrobiłaś. I brawo!
              Teraz najlepsze przed Tobą. Idzie wiosna - a Ty rozpoczynasz nowy rozdział. Zajmij się swoim mieszkankiem, uczyń je przytulnym. Kup sobie cos nowego. I najważniejsze - wyjdź do ludzi. Nie siedź w domu tylko ; spacery, kino, może wycieczki , może joga, może rower. Wszystko przed Tobą. Skup się na sobie , rób sobie drobne przyjemności. A jeśli pan sie odezwie , nie reaguj, nie odpisuj. Im wcześniej go zapomnisz tym lepiej . To zamknięty rozdział. A z takim typem nie miałabyś żadnej satysfakcjonującej Ciebie przyszłości. Nie rozpamiętuj. Patrz do przodu!
            • enith Re: O co nam chodzi? 17.03.16, 16:11
              > A on przysłał smsa, że było mu ze mną fajnie i że dziękuje, ale w życiu najważn
              > iejsze to nie robić nic wbrew sobie...

              I tu zgodzę się z twoim eks. Żenienie się wbrew woli jest bardzo złym pomysłem, podobnie, jak i pozostawanie w wolnym związku, gdy ważny jest dla nas związek sformalizowany. W tej sytuacji odejście od niego było jedynym logicznym, choć nie wątpię, że bardzo trudnym i bolesnym wyborem.

              > Dziękuje Wam bardzo, podnosicie mnie na duchu, bo naprawdę mi się wydaje, że to
              > ze mną jest coś nie tak, że chciałam go zmusić do tego ślubu...

              Nie, Doroto, nic nie jest z tobą nie tak. Pamiętaj, ten pan obiecał ci ślub. I to ON się rakiem z tej obietnicy wycofał. Albo więc od samego początku kłamał co do swoich intencji ożenienia się z tobą, albo już po twojej przeprowadzce zmienił zdanie. Jeśli to ten drugi scenariusz, to elementarne zasady kultury nakazują jednak powiadomić kobietę, której obiecało się małżeństwo, że nastąpiła zmiana planów. Twój eks tego nie zrobił. Co więcej, zgrabnie przerzucił na CIEBIE odpowiedzialność za rozpad związku, bo gdybyś nadal potulnie urządzała jego dom, to on łaskawie pewnego pięknego dnia poprosiłby cię o rękę. Otóż nie. Pan, któremu małżeństwo kojarzy się wyłącznie z kajdanami i utratą władzy i kontroli cholera wie nad czym, nigdy nie poprowadzi kobiety do ołtarza. Wychodzi na to, że od samego początku twoje szanse na sformalizowanie związku były praktycznie zerowe. I tak na to patrz.
              • zuzi.1 Re: O co nam chodzi? 17.03.16, 17:56
                Chodzi o wladze I kontrole nad dana osoba. Taka kobieta mieszkajac w jego domu moze poruszac sie w jedynie scisle okreslonym zakresie, bedzie swoj czas I wysilki poswiecac na niego I jego sprawy, moze tez na sprawy jego rodzicow I jego rodziny, nie bedac przy tym ani zona ani nie mieszkajac formalnie u siebie. Bardzo wygodny I bezpieczny sposob korzystania z kogos, bez zbednych formalnosci I obciazen :-) Autorka ma szczescie, ze ma swoje mieszkanie, bo mogla zrobic szybki w tyl zwrot, a gdyby tego mieszkania nie miala I stala sie tym samym od niego jeszcze b. zalezna, to wtedy ten czlowiek by pokazal pelnie swoich mozliwosci.
                • dorota-098 Re: O co nam chodzi? 17.03.16, 19:58
                  A może jemu chodziło o rozdzielność majątkową????
                  Bo jakiś tydzień temu zapytał mnie czy podpiszemy. Zapytałam dlaczego tego chce, powiedział, że boi się komornika (prowadzę działalność i mam kredyt hipoteczny). Jeśli chodzi o kredyt, to stwierdziłam, że jeśli tak się go boi, to jeśli zdecyduje się na małżeństwo, to spłacę go w całości, bo mam na to wystarczającą ilość środków. A jeśli chodzi o działalność, to miliony ludzi ją prowadzi i komornicy ich za to nie ścigają. I że zna mnie na tyle długo, aby wiedzieć na ile jestem odpowiedzialna i że to akurat mi w życiu nie grozi. Więcej nic nie mówił, ale czuję, że temat nie do końca został wyczerpany. Więc może dlatego tak łatwo odpuścił, może to o to chodziło z tym robieniem czegoś wbrew sobie???
                  Bo niby skąd teraz takie pytanie? Jakieś 2 lata temu mówił, że chce mieć wspólny majątek i o rozdzielności nie myśli, ale to nie jest głupi pomysł. Ja byłam przeciwna.
                  Nie wiem w czym mu finansowo zagrażam. Przecież ten dom nigdy nie będzie moją własnością, sprawdziłam to i mu o tym mówiłam, aby mógł czuć się bezpiecznie.
                  Tylko czemu we mnie rozdzielność budzi taki opór, co mi miałaby dać wspólnota majątkowa, dlaczego na tym właśnie mi zależy, skoro jestem przecież finansowo niezależna. Przecież wiele małżeństw ją podpisuje i z tym żyją.
                  • verdana Re: O co nam chodzi? 17.03.16, 20:06
                    "Jeśli zaproszeni nie stawiają sie na gody, to przyczyną jest ich zła wola".
                    Pan chciał się żenić. Nie powiedział od razu, ze tylko wolny związek, co byłoby zupełnie w porządku. Chciał, ale mu minęło. I to nie od razu, a gdy przeprowadziłaś sie do niego. Innymi słowy, chciał z tobą mieszkać, ale sie nie wiązać. Albo zmienił zdanie, albo zwyczajnie oszukiwał. I nie, nie sadzę, aby chodziło tylko o pieniądze, bo od razu mógł uprzedzić. Podejrzewam,że chodziło jednak o możliwość wycofania się, jak sie panu znudzi.
                  • miedzymorze Re: O co nam chodzi? 17.03.16, 20:17
                    Szkoda czasu na rozkminy, jakbyś się zgodziła na to, to coś innego by zostało by postawione jako przeszkoda.

                    pozdr,
                    mi
                  • zuzi.1 Re: O co nam chodzi? 17.03.16, 20:40
                    Dorota ja Cie doskonale rozumiem w Twoim podejsciu bo ja mam tak samo. Dla mnie malzenstwo to jest wspolnota wszystkiego. W odmiennym przypadku malzenstwo nie ma sensu. Mysle, ze ten czlowiek swoim rozumem nie za bardzo ogarnial to co mu probowalas wytlumaczyc a cel mial taki, zeby jak najwiecej na relacji z Toba skorzystac ale w zamian jak najmniej Ci dac. Mnie zastanawia czemu taka ogarnieta I inteligentna babka wiaze sie z kims takim I jeszcze majac swoje mieszkanie godzi sie zamieszkac w jego rodzicow domu? Czy ten facet przez te lata zgromadzil jakis swoj odrebny majatek czy tez cale zycie spedzil w domu rodzicow I Nic poza tym nie zrobil. Pisalas ze jest taki zaradny, moze chociaz mial spore oszczednosci jesli w nieruchomosc inna nie zainwestowal. Tacy mezczyzni przy rodzicach to czesto Sa malo zaradne osoby, uwiazane do rodzicow I ich majatku.
                    • zuzi.1 Re: O co nam chodzi? 17.03.16, 20:44
                      Nie interesuje mnie podzial w malzenstwie na twoje I moje, mierzi mnie to I jest to dla mnie zaprzeczeniem idei malzenstwa.
                      • dorota-098 Re: O co nam chodzi? 17.03.16, 21:24
                        Tak Zuzi, masz całkowitą rację. Ja chciałam mu dać wszystko co mam, cały mój kapitał, bo wiedziałam, że to jest facet godzien mojego zaufania. Bo mogłam się przekonać, że jest uczciwy, zaradny i odpowiedzialny finansowo. Nie bałabym się powierzyć mu tego, co moje. Kiedy się poznaliśmy, to proponowałam, abyśmy kupili sobie wspólną nieruchomość i nieważne, że ja włożyłabym w to zdecydowanie więcej. Ale on stwierdził, że nie zostawi starych rodziców samych, więc pochyliłam się nad jego potrzebą.
                        Odrębnego majątku nie zgromadził, bo wszystko co zarabiał pakował w dom rodziców. Oszczędności ma, jest niesłychanie oszczędny, ale na sobie. Mnie nigdy niczego nie żałował. I chyba dlatego bolała mnie jego propozycja rozdzielności majątkowej, bo ja chciałam mu jak najwięcej dać, a miałam wrażenie, że on się mnie obawiał i chętnie mi dawał, ale pod swoją kontrolą. Wielokrotnie proponowałam mu, że upoważnię go do swojego konta, ale mógł sobie stamtąd wziąć kasę, gdyby mu brakowało. Nie chciał. Do swojego konta dostępu mi nie proponował, chociaż twierdził, że jak tylko się wprowadzę, to będziemy mieć wspólne konto. I owszem, zaproponował, żebyśmy sobie takie otworzyli i tam będzie mi przelewał jakieś pieniądze. Nie chciałam, bo to mi się wydawało jakbym była na jego utrzymaniu. A nie o to mi chodziło. Chciałam otwartości i zaufania, a on jakby się przede mną bronił.
                        Dlaczego mi tak na nim zależało? Bo to dobry człowiek, bardzo go kochałam(i wciąż kocham) i dobrze mi z nim było. No i nie oszukujmy się - jestem w wieku, gdy czas przebierania w facetach minął. Nie chcę przez to powiedzieć, że "biorę co jest", ale na bycie zbyt wybredną też już trochę późno. A poza tym nie ma ludzi bez wad, bez trudności. I starałam się go akceptować. Ale nie na siłę i za wszelką cenę...
                        • zuzi.1 Re: O co nam chodzi? 17.03.16, 22:10
                          On po prostu Ci nie ufal I do kazdej innej kobiety tez by mial pewnie taki stosunek. A nie uwazasz, ze to troche niespojne I dziwne, ze dla siebie byl skapy ale na Tobie nie oszczedzal? Pewnie mial w tym swoj cel, musialo go to sporo kosztowac emoc. Bo sknere boli wydawanie pieniedzy I nie lubi tego robic. To samo z rach.. bankowym, kompletny brak zaufania. Pewnie matka z ojcem mu wpajali brak zaufania do kobiet, aby go przy sobie zatrzymac. Jestes Dorota b. pozytywna osoba, chetnie dajaca ale I oceniajaca innych wedlug siebie I swoich dobrych cech. Takie postepowanie moze byc dla Ciebie niebezpieczne, Bo ktos nieuczciwy moze wykorzystac kiedys Twoje zaangazowanie I ufnosc I Cie oszukac. Staraj sie nie postrzegac ludzi przez pryzmat swojej osoby I ich nie idealizowac, tylko patrzec realnie na to jakie maja cechy char. I jak sie zachowuja. Ten facet ma ogromne problem z bliskoscia I zaufaniem do drugiego czlowieka. Przy calym Twoim poswieceniu I zaangazowaniu nie udalo mu sie odblokowac w ciagu kilku lat Waszej relacji. Dlatego imo on sie nie nadaje do zwiazku.
                  • ola_dom Re: O co nam chodzi? 18.03.16, 11:05
                    dorota-098 napisał(a):

                    > A może jemu chodziło o rozdzielność majątkową????

                    Dorota....! A jak nie o to, to o coś innego. Nie roztrząsaj - tak jak napisała miedzymorze.
                    Jak ludzie chcą coś zrobić, to szukają sposobu.
                    Jak nie chcą - szukają wymówek.
                    Pan nie chciał i na pewno znalazłby wymówkę, a jakbyś ją obaliła, to znalazłby kolejną i kolejną.
                    Jakby chciał koniecznie tej rozdzielności, ale także chciałby być z Tobą - to by to powiedział i załatwił.
                    Ale tego nie zrobił.
                    Nie ma co roztrząsać. Można żałować, trudno w takich razach nie żałować, ale w żadnym razie nie dumaj teraz, co inaczej i lepiej mogłabyś i powinnaś zrobić. Nic. Nic, co pozwoliłoby Ci zachować to, na czym Ci zależy. Bo pana satysfakcjonowało wyłącznie status quo, które było do tej pory. Ale Ciebie nie.
                    • dorota-098 Re: O co nam chodzi? 18.03.16, 11:19
                      ola_dom napisała:

                      > Jakby chciał koniecznie tej rozdzielności, ale także chciałby być z Tobą - to b
                      > y to powiedział i załatwił.


                      Ależ powiedział. Ja byłam na nie, odbiłam jego argumenty, on dalej nie drążył, a ja nie dopytywałam. Może tu leży błąd? Bo ja jestem strasznie wylewna i strasznie dużo gadam. I Zuzi ma bardzo dużo racji, że oceniam innych pod swoim kątem. Bo mam jakiś taki mechanizm, że skoro ja dużo gadam o swoich potrzebach, to inni też to potrafią i mechanicznie zakładam, że jeśli ktoś coś potrzebuje, to mówi. A on jest osobą dość zamkniętą i niewiele mówiącą o sobie. I może ja powinnam go bardziej pociągnąć za język, ale tego nie zrobiłam.
                      Wiem, bardzo to roztrząsam, ale potrzebuję zrozumieć o co chodzi. I potrzebuję zrozumieć też swoje błędy i wyciągnąć sobie wnioski, aby się czegoś nauczyć na przyszłość.
                      • paris-texas-warsaw Re: O co nam chodzi? 18.03.16, 11:30
                        Ja akurat chociaż sama jestem za wspólnotą majajątkową w małżeństwie, to w przypadku np. działalności gospodarczych, gdzie odpowiada się całym majątkiem, albo w przypadku jakichś specyficznych możliwych zobowiązań, to jak najbardziej bym była za rozdzielnością majątkową. To nie to samo, co praca na etacie.
                      • ola_dom Re: O co nam chodzi? 18.03.16, 12:26
                        dorota-098 napisał(a):

                        > Ależ powiedział. Ja byłam na nie, odbiłam jego argumenty, on dalej nie drążył,
                        > a ja nie dopytywałam. Może tu leży błąd?

                        Przestań, jaki "błąd"????
                        Powiedziałaś, że w takim razie się wyprowadzasz - jakby panu zależało, żebyś została, to by drążył. Jakkolwiek próbował Cię zatrzymać? Czy to była pierwsza i jedyna rozmowa na ten temat? Wcześniej nie drążyłaś, nie dopytywałaś?

                        Oczywiście możesz próbować zrozumieć, ale miej świadomość, że pan sam może nie rozumieć swojego postępowania, więc niekoniecznie będzie w stanie je wyjaśnić. A Ty możesz jedynie zgadywać - bardziej lub mniej trafnie.
                        Twoje dociekania i próby zrozumienia przysporzą Ci tylko bólu. No dobra, może jeszcze za wcześnie na zaprzestanie roztrząsania, bo sprawa jest całkiem świeża, ale jakbyś wciąż próbowała "zrozumieć" za miesiąc, to jednak szkoda Twojego zdrowia i życia. Bo takie dłubanie zwyczajnie boli, a nie daje nic dobrego w zamian.
                        • dorota-098 Re: O co nam chodzi? 18.03.16, 13:41
                          ola_dom napisała:

                          > Powiedziałaś, że w takim razie się wyprowadzasz - jakby panu zależało, żebyś zo
                          > stała, to by drążył. Jakkolwiek próbował Cię zatrzymać? Czy to była pierwsza i
                          > jedyna rozmowa na ten temat? Wcześniej nie drążyłaś, nie dopytywałaś?


                          Oj, drążyłam i to bardzo. Może za bardzo?
                          Co jakiś czas dopytywałam o ten ślub i kiedyś sama wpadłam na to, że może on się boi powiedzieć mi, że chce intercyzę. Więc zapytałam wprost. On powiedział, że o tym nie myślał, ale że to nie jest głupie rozwiązanie. Ja byłam na nie, nawet jakaś kłótnia między nami wybuchła wtedy. Chyba się wtedy przestraszyłam, bo wcześniej jak pytałam czy chce mieć ze mną wspólny majątek i wspólną kasę, to mówił, że tak.


                          > No dobra, może j
                          > eszcze za wcześnie na zaprzestanie roztrząsania, bo sprawa jest całkiem świeża,
                          > ale jakbyś wciąż próbowała "zrozumieć" za miesiąc, to jednak szkoda Twojego zd
                          > rowia i życia. Bo takie dłubanie zwyczajnie boli, a nie daje nic dobrego w zami
                          > an.

                          To prawda, mam ogromną potrzebę memłać ten temat, roztrząsać, rozbierać na czynniki pierwsze. No i też szukać winy w sobie. Bo moja jakaś odpowiedzialność też w tym musi być :(
                          • ola_dom Re: O co nam chodzi? 18.03.16, 14:19
                            dorota-098 napisał(a):

                            > Oj, drążyłam i to bardzo. Może za bardzo?

                            A Ty znowu!
                            Uwierz - gdyby panu zależało, to by nie było "za bardzo". Fakt - dzięki temu czy owemu miał wygodną wymówkę. Ale wymówkę, a nie powód.

                            > No i też szukać winy w sobie. Bo moja jakaś odpowiedzialność też w tym musi być :(

                            Pewnie jakaś jest, pewnie głównie taka, że jednak nie pasowaliście do siebie. Tylko czy to jest "odpowiedzialność"? Tobie nie pasował taki układ - czy to ma być jakaś Twoja wina???
                            I nawet jeśli już się dodrążysz - to czy to Ci jakkolwiek pomoże? Zdarzyło się kiedyś tak, że jak dotarłaś do sedna (dotarłaś?), to poczułaś się lepiej, spokojniej?

                            Tak dopytuję, bo sama kiedyś byłam mistrzynią roztrząsania. I NIGDY mi to nie dało choćby cienia ukojenia. Aż sobie to uświadomiłam - i to był jeden z lepszych momentów w moim życiu. Bo przestałam się zadręczać. Nie na zawsze i nie w każdej sytuacji. Ale znam już mechanizm i wiem, że ciągłe dłubanie rany sprawia, że nie ma szansy się zagoić, a przy tym cholernie boli. A wcześniej miałam jeszcze skłonność do "posypywania rany solą" - żeby sprawdzić, czy aby na pewno jeszcze wciąż tak bardzo boli...;). Ojjjj, jak bolało.
                            • anula36 Re: O co nam chodzi? 18.03.16, 15:24
                              taka w Tobie odpowiedzialnosc za to wszystko, ze chcesz zyc normalnie. I masz do teg prawo czy masz lat 20, 50 czy 80.
                              Panu bedzie lepiej z mamusia i tatusiem, ew jakas inna naiwna sluzba domowa, ktora nie bedzie przebierac, a tobie lepiej bez niego.
                              a przy kazdej checi memlania sytuacji przypomnij sobie jak pan po kilku latach zwiazku i roku mieszkania razem szybko, sprawnie i bez bolu oswiadczyl ze nie bedzie cie zatrzymywal.
Pełna wersja