mandy2002
17.03.16, 09:48
Mój mąż jest trudnym człowiekiem. Wyszło to po pewnym czasie, bo na początku się świetnie maskował. Grał poukładanego, niezależnego, pewnego siebie faceta - dojrzałego, niezależnego finansowo (własna działalność) itp. Z czasem wyszło jednak, że nie jest tak różowo jak to wyglądało. W skrócie postaram się napisać o co chodzi, choć zastrzegam, że trudno jest przedstawić wszystko dokładnie w jednym poście.
Mieliśmy początkowo duże problemy, ale wyszliśmy z nich i wydawało się, że potem już nam się poukłada. A więc z czasem zaczęło dochodzić do wielu kłótni - przeróżnych, o wiele rzeczy. Jest to tylko mój punkt widzenia, ale wydaje mi się że mąż wcale nie jest taki pewny siebie i niezależny jak udawał. O wszystko mnie pyta, o wszystko się radzi, każda jedna rzecz to dla niego problem nie do przeskoczenia i potrzebuje mojej asysty (prosi żebym pojechała z nim do urzędu, wykazuje bezradność w sprawach np. podatkowych, finansowych itd i doprowadza do tego, że muszę interweniować bo inaczej wpadlibyśmy w niezłe tarapaty), popsuje mu się np. telefon - to do mnie, często zapomina o wielu sprawach i ja muszę ratować nas z opresji. Pyta mnie o każdą jedną sprawę - a ja wcale nie jestem alfą i omegą, po prostu co nie wiem to szukam w google i tyle - jemu chyba za ciężko. I wszystko fajnie - pomyślcie taka ciapa życiowa jej się trafiła (choć przyznam szczerze że ja nie mam dominującej natury, nie lubię matkować i męczy mnie to). Ale jednocześnie mąż chce być bardzo niezależny - często jak mówi że wychodzi i pytam kiedy wróci to odpowiada: co cię to obchodzi, jak wrócę to będę (tłumaczy to tym że nie lubi jak ktoś go kontroluje). Jak pojechał w delegację na 2 dni i chciałam się dowiedzieć czy już rusza do domu, to też się wkurzał, bo co to za kontrolowanie - otwarcie to mówi, że nienawidzi jak ktoś mu matkuje i sprawia kontrolę. No ja nie wiem czy to takie kontrolowanie jak chcę wiedzieć czy już rusza z innego miasta do domu. Ja to robię po to by wiedzieć mniej więcej kiedy będzie, czy wszystko ok u niego itd. Dla mnie to normalne w związku. Tak więc twierdzi że ma alergię na matkowanie, ale kiedy z czymś tam sobie nie radzi, to sam ciągle tego "matkowania" się domaga - oszaleć można :( No i jeszcze jedna kwestia: ciągle się domaga chwalenia, pochwał jakie ma świetne pomysły - do tego stopnia że mówi mi, że nawet jak uważam że jakiś pomysł ma wady to mam ich nie mówić, tylko mam się zachwycać - to dla niego taka burza mózgów jak mówi. No a ja mam taką naturę że podchodzę poważnie do rzucanych pomysłów i nie mam czasu na dyskutowanie górnolotnych pomysłów, które nie mają szans na realizację (bo np. nie mamy na to kasy, bo są przeszkody urzędowe itp.) On chce jednak z mojej strony pochwał i zachwytów (mówi wprost, że mogę udawać). Nie daj boże jak coś skrytykuję - wtedy się zaczyna - zaraz się obraża i zaczyna się cały wachlarz zachowań: nie odzywa się, urządza ciche dni, siedzi naburmuszony - to jeszcze pół biedy. Zaczyna się mnie czepiać - wyrzuca mi jakieś chore klimaty: że co ja osiągnęłam, że to jego firma (choć to ja siedzę i szukam klientów, robię księgowość i wykonuję zlecenia dla klientów), że niech sobie pójdę i założę swoją (taaa, świetny pomysł - oboje mamy wykształcenie w tej samej branży i identyczny zawód, będziemy prowadzić dwie różne firmy robiące to samo), że kiedyś to on miał mnóstwo kasy a teraz przeze mnie tylko długi mamy (znaczy kredyt na mieszkanie - innych nie mamy), że ja to tylko przed telewizorem siedzę, nie mam żadnych przyjaciół, nikt mnie nie lubi itd (co wszystko jest jedną wielką bzdurą oczywiście). W skrajnych przypadkach się drze na mnie - naprawdę drze i jest mega awantura. Robi wszystko wtedy żeby mnie sprowokować - traktuje niczym kundla - na jakąkolwiek próbę rzeczowej rozmowy odpowiada: idź sobie, nie chcę cię oglądać, wynoś się, nie ma cię w moim życiu, żałuję że z tobą jestem itp. Potem mówi jeszcze bardziej przykre rzeczy, kiedy ja odpowiadam też mu podniesionym głosem (czasem przestaję się kontrolować, puszczają mi nerwy i też zaczynam wrzeszczeć - uwierzcie, że w takiej sytuacji święty by nie wytrzymał), to wyciąga telefon i zaczyna nagrywać, śmieje się szyderczo przy tym i mówi że on sobie zachowa to jako dowód jaka ja naprawdę jestem. Często (ale tylko podczas takich właśnie awantur) w ogóle wmawia mi że jestem zła, że nic nie potrafię, obsypuje wyzwiskami, nie bluźni, ale miłe one nie są - w stylu: co za wredne babsko z ciebie itp. A potem jak już kłótnia się zakończy znowu się zaczyna - potrzebuje pomocy to przychodzi po nią i już nie pamięta co mówił, (nie daj boże żebym wróciła do tego co było - zaraz jest: po co do tego wracasz, złamałaś umowę - już nigdy ci nie zaufam, a chciałem być twoim przyjacielem, nigdy nie będziemy przyjaciółmi bo tobie nie można ufać). W sprawach łóżkowych ma pretensje (w sumie uzasadnione), że nie jestem czuła, nie przytulam się do niego, nie całuję go, nie inicjuję nic tylko zawsze on. A ja czuję że po takich tekstach jak z tych awantur jestem jakby zablokowana wewnętrznie na niego - wybaczyłam mu, nie jestem zła, ale nie potrafię się tak otworzyć żeby czule go całować itd. z własnej inicjatywy.
Próbowałam odmawiać mu pomocy, nie robić obiadów, mówić żeby sam coś załatwił, żeby sam sprawdził itd - ale się nie da. Nie wiem - może jestem za słaba, ale on jest inteligentny i tak to omota, ubierze w słowa że prędzej czy później ulegam. W skrajnym przypadku dochodzi do awantury. No i jeszcze każdą taką awanturę kończy tak że to ja jestem winna - mówi: przegięłaś, nie chcę cię znać itd. I w mojej głowie są tylko myśli żeby zrobić wszystko żeby ona się skończyła - bo nie mam siły na to. Przyłapuję się na tym że często jest tak, że zaczyna się tak, że to ja czuję się urażona tym co powiedział, a kończy tym że za wszystko go prawie na kolanach przepraszam (czasem słusznie, bo faktycznie udało mu się mnie sprowokować, ale często czuję, że cała awantura nie wyszła ode mnie a i tak przepraszam - dla spokoju, choć zwykle to nic nie daje. On się musi i tak na mnie wyżyć, wywrzeszczeć. Dopiero potem zapada względny spokój.) nie wiem co robić. Nie piszcie żeby się rozwieść bo to nie są takie proste decyzje i z pewnością nie na już (mamy też dziecko, ale na szczęście przy nim mąż jakoś się hamuje).