dorota-098
26.04.16, 13:25
Witajcie,
całkiem niedawno założyłam ten wątek:
forum.gazeta.pl/forum/w,898,160551892,160551892,O_co_nam_chodzi_.html?t=1461668741502
Na dzień dzisiejszy sytuacja wygląda tak, że mieszkam u siebie. Od czasu wyprowadzki z panem widziałam się raz. Chce żebym wróciła, ale oczywiście na jego warunkach.
Zarzucił mnie pretensjami, że chcę go sobie podporządkować. Że wszystko ma być tak jak ja chcę. A on chciał, żebym na spokojnie z nim mieszkała i wówczas ślub będzie w swoim czasie. Że jak bez przerwy gadam o tym ślubie to wywieram na niego presję, że go zmuszam. Jest mega urażony, że się wyprowadziłam, że mu wstydu narobiłam przed rodziną. Tłumaczyłam mu dlaczego uważam, że mój powrót w obecnej sytuacji to nie jest najlepszy pomysł, dlaczego ten ślub jest dla mnie tak ważny. Ale z jego strony tylko była złość, że go sobie podporządkowuję.
Potem chciałam się z nim spotkać jeszcze kilka razy, aby rozmawiać, szukać jakichś rozwiązań, próbować się dogadać. Wymigiwał się od spotkań i rozmów. I jednocześnie cały czas twierdził, że mam wracać i że na mnie czeka.
Dopóki się nie dogadamy, to nie chcę wracać. I od kilku dni zastanawiam się jak to jest z władzą w związku. W jakim zakresie próbowałam go sobie podporządkować i czy w ogóle. I czy to ja jego, czy on mnie? Czy po 4 latach związku oczekiwanie, że ślub ma być tu i teraz to jest próba podporządkowania? Czy może wyraz frustracji, że on traktuje mnie jak pieska, który ma mieszkać grzecznie i nie pytać, to może się doczeka na kiełbaskę...