paknaopak
03.05.16, 22:03
Wszystko zaczęło się wtedy, gdy zrozumiałam, że zachowuję się jak ofiara przemocy seksualnej. Widzę u siebie wyraźny schemat. W kontaktach z niektórymi mężczyznami, z takimi którzy mogą budzić moją nieufność czy niechęć, całkiem na opak włącza mi się paraliż. Zamiast naturalnie się wycofać, brnę w daną sytuację. Np. na weselu pijany nieprzyjemny wujek prosi mnie do tańca. I ja nie tylko nie odmawiam (chociaż chciałabym), to jeszcze tańczę z nim jeden taniec i następny i następny, aż wreszcie uda i się wyrwać.
Albo daję się podwieźć do domu jakiemuś dalekiemu znajomemu, który wręcz budzi moją nieufność, wsiadam to tego auta, choć wcale nie chcę i całą drogę robię dobrą minę i modlę się żeby dotrzeć bezpiecznie na miejsce.
I nie lubię dotyku. Mimo że to miłe gdy ktoś bliski przytula, to zawsze na początku się wzdrygam i muszę się bardzo nastawiać i przyzwyczajać, żeby czyjś dotyk nie był niemiły i żeby się nie odsuwać.
I boję się bliskich relacji w ogóle. Zrozumiałam niedawno, że w moim sposobie pojmowania nie ma między ludźmi bliskości nieseksualnej. Więc ok, bliskość fizyczna i emocjonalna (nieosiągalna nota bene) z mężem jest legalna, ale z każdym innym człowiekiem jest podejrzana, nielegalna, zagrażająca.
Grzebię w tym już od jakiegoś czasu. Wiem, że w teorii mogłam niektóre zachowania mojego taty odebrać jako nadużycia mojej fizycznej integralności, zwłaszcza na tle relacji z mamą, która w ogóle nie dawała mi ciepła i czułości. Jakoś to niby może tłumaczyć moje schematy, ale ciągle nie składa mi się to w jedną całość.
Moja rodzina była na pozór zwykła, bez nałogów, bez przemocy. Muszę sobie tłumaczyć ciągle od nowa, że nie jest normalne nieokazywanie żadnych uczuć dzieciom, niedostrzeganie ich nawet największych emocjonalnych potrzeb. No ale nie składa mi się to.
Pytanie, czy muszę znaleźć powody, skąd się to wszystko we mnie wzięło? Czy to zawsze będzie mnie męczyć? A może wystarczy nauczyć się nowych zachowań i cieszyć tym, że już umiem inaczej?
Jak to widzicie?