mandy2002
05.05.16, 08:00
Moje małżeństwo jest bardzo trudne i coś muszę z tym w przyszłości zrobić. To już wiem. Jednak wszystko to są działania długoterminowe, wymagające czasu.
Mąż jest bardzo trudnym człowiekiem, pisałam już tu o tym. Prawda też jest taka, że ja nie wiem gdzie jest granica tego, że ja jestem winna takiemu zachowaniu męża. Też robię rzeczy, które można w sumie określić jako przemoc. Ja już nie widzę granicy tego kto tak naprawdę jest w tym związku przemocowcem. Ciągle słyszę od niego że on jest spokojny, opanowany, a ja krzyczę, bluźnię, mówię nieprzyjemne rzeczy.
Bardzo się boję, że jakiekolwiek działania skończą się tym, że mąż udowodni, że to ja jestem winna i "nienormalna". On ciągle zachowuje się tak samo - prowokuje, zachowuje bardzo nieprzyjemnie, a kiedy ja w końcu wybucham i tracę panowanie nad sobą, mówię mu przykre słowa, których nawet nie potrafię przywołać, bo w takich chwilach nawet nie potrafię ich zapamiętać. Np. sytuacja sprzed kilku dni. Dziecko przyniosło z przedszkola silnego wirusa. Leżało dwa dni z gorączką, zaraz potem rozchorował się mąż. Ja ich oboje pielęgnowałam, przynosiłam picie, leki praktycznie przez 24 godziny na dobę, aż w końcu ja też się zaraziłam. W międzyczasie z innego miasta przyjechała na dwa dni teściowa trochę pomóc przy dziecku. Mąż był momentami bardzo nieprzyjemny - czepiał się i mnie i jej o wszystko. Gdy teściowa wyjeżdżała, on już poczuł się dużo lepiej, a ja już bałam się co będzie, że zostanę z tymi jego "humorami" sama. I w końcu sytuacja wybuchła - mąż się zaczął mnie czepiać że nie pamiętam gdzie odłożyłam telefon, zaczął mi wymawiać że mogłabym kłaść w jednym miejscu itd. Może gdybym się lepiej czuła, nie paliło mnie gardło i nie miałabym gorączki, to puściłabym te uwagi mimo uszu, ale poczułam się w tym momencie strasznie - ludzie, nawet obcy, powinni się w takich momentach wspierać, opiekować sobą, przymykać oko na chwile słabości. Straciłam panowanie nad sobą i powiedziałam mężowi, że nie da się z nim wytrzymać, że chcę się rozstać, na co on krzyknął żebym sobie najpierw poszła do adwokata i zaczął się szyderczo śmiać. Poczułam się tak bezsilna że zaczęłam go wyzywać od chamów itd., rzuciłam mu cały wachlarz epitetów itd. No i oczywiście dla niego to była woda na młyn. Otoczył się murem i stał się "zimnym draniem" - trudno to wytłumaczyć - taką zimną przemoc, kiedy ktoś nawet nic nie mówi, ale to jest naprawdę straszne zachowanie dla osoby z otoczenia. Zaczęłam się kajać, prawie na kolanach go przepraszałam (wszystko z gorączką). Mąż powiedział, że wybaczy mi, że od razu mu nie przejdzie ale może za kilka dni. Powiedział mi że dopóki nie zacznę się zachowywać jak dorosła kobieta to nie będzie ze mną rozmawiać i że mam "chore emocje 10-letniej dziewczynki". We wszystkim mu przytaknęłam. I teraz czuję się po prostu okropnie - jak zbity pies. Nie mogę tego wytrzymać w takich momentach - jestem chora, nawet nie mam siły żeby wyjść z domu się przejść na spacer. Nie mam też żadnej bliskiej osoby, która mogłaby mnie wesprzeć w takich chwilach.
Może to naprawdę ja mam "chorą psychikę"? Obawiam się trochę kolejnej wizyty w ośrodku interwencji kryzysowej, bo tak jak mówiłam, poprzednia pani psycholog była młoda i gdy skończyły się moje opowieści to utknęłyśmy w martwym punkcie. Dodatkowo mąż wiedział o tym że tam chodzę i cały czas twierdzi, że jak tam chodziłam to byłam "spokojniejsza" i on chciałby żebym cały czas chodziła tam na jakąś terapię. Moim zdaniem to on się trochę obawiał co ja tam opowiadam na jego temat i w tym czasie się bardzo uspokoił. Ale tak naprawdę, jak wspomniałam, już nie wiem - może jednak było tak jak mówi mąż? Może to tak naprawdę wszystko moja wina i moich emocji.
Nawet nie wiem czy mąż stosuje przemoc która nadaje się np. do Niebieskiej Karty. Bo co ja powiem? Że się nie odzywa? Że traktuje mnie jak wroga? Zachowuje się gburowato? On bardzo się pilnuje i rzadko mu się przytrafiają takie rzeczy jak opisałam wcześniej - zdecydowana większość przemocy odbywa "po cichu".
Jestem tym wszystkim bardzo zmęczona, zwłaszcza w takich chwilach jak teraz gdy byłam chora z temperaturą (co zdarza mi się średnio raz na 5-6 lat). Dla mnie to jest szokujące, że w takiej chwili on nie potrafił się jakoś zachować, nawet przymknąć oka na moje słabości i chwile złego zachowania. Nigdy nie podejrzewałam, że w takiej chwili mnie to spotka. Wiedziałam, że na co dzień on taki jest, ale to że w momencie dla mnie bardzo trudnym, też się tak zachował i jeszcze znów obrócił sytuację tak, że to ja poczułam się winna.
Proszę też o doraźną radę co robić w chwilach takiego skrajnego załamania kiedy mam czasem myśli żeby jakoś zagłuszyć ten ból, coś sobie zrobić - nie mam na myśli próby samobójczej, ale jakieś destrukcyjne działanie wobec siebie - nie jeść, nie spać, itp. Na pomoc psychologa z ośrodka się czeka około 2-3 tygodni (chociaż tak jak wspomniałam, obawiam się czy znajdę tam pomoc), a ja bym chciała sobie jakoś doraźnie pomóc, żeby tę fazę przemocy ze strony męża jakoś przetrzymać.