jednoraz0wy
03.06.16, 13:37
Na tym forum zatrzęsienie problemów z matkami, więc mam nadzieję na poradę.
Otóż mam taki problem z mamą. Jest samotna, po 60-tce. Mieszka sama, choć niechętnie. Wolałaby mieszkać "przy rodzinie" mojej lub brata, czego nie ukrywa. Rozumiem, ma prawo mieć takie a nie inne odczucia. Przy czym ani ja ani brat nie wyobrażamy sobie mieszkania w jednym gospodarstwie z rodzicami (czy teściami). Mama to rozumie, wie że ja nie chcę, brat tym bardziej (właściwie można powiedzieć że się od niej odciął zachowując minimalne pozory kontaktu - dłuższa historia, nieistotna dla mojego problemu).
No i teraz mój problem. Moja mama w ciągu tych kilku lat mieszkania samodzielnie robi się coraz bardziej dziwna. Tzn zainteresowana cudzymi sprawami, moimi w pierwszej kolejności, wiecznie pogrążona w analizie jakichś szczegółów bez znaczenia. Doszło do tego, że coraz mniej jej opowiadam bo ona to potem przeżuwa w nieskończoność. Wiem, że to nie jest moja odpowiedzialność (leczę się z poczucia odpowiedzialności za cały świat), że taka już jest i w dodatku okoliczności to pogłębiają (nudy, samotność). Tylko że mam problem z tym, że nie mogę już z nią normalnie porozmawiać, bo wdawanie się w szczegóły budzi moją niechęć, więc wolę w ogóle nie zaczynać tematu.
Jej wizyty też mnie zaczynają irytować, bo ona próbuje nas związać w jedną całość. Nie wejdzie jak gość i nie usiądzie z herbatą żeby pogadać, tylko: leci zmywać, dywan wytrzepać, przywiezie pół chleba który kupiła sobie, kiedyś nawet był ugotowany ryż, bo właśnie gotowała i za dużo jej wyszło (!). Takie małe drobnostki, które są normalne kiedy stanowi się jedno gospodarstwo domowe, ale my nie mieszkamy razem. Jak mi się uda ją usadzić to zapada niezręczna cisza i nerwowość. Tak jakby chciała pobyć ze mną, ale nie umie inaczej niż mi POMAGAĆ we wszystkim. Nie chodzi o pomoc o którą poproszę (taką też zawsze dostaję), ale o takie czytanie w myślach: zbliżam się do lodówki, a ona pyta czy mi nie pomóc z obiadem (albo tak się składa że ma ze sobą), idę pozamiatać a ona leci z szufelką, itd.
W efekcie po jej wizycie jestem wyczerpana, niby nic się nie dzieje złego, ale panuje nerwowa atmosfera (która ma swój punkt kulminacyjny kiedy sygnalizuję że mam coś do roboty i że nie mam więcej czasu), bo na odchodne trzeba jeszcze ten garnek umyć który stoi od dwóch dni i się moczy. Tak jakby chciała uzasadnić swój pobyt tym że mi chociaż pomoże. A mnie to dusi i smuci, bo widzę w tym jakąś taką rozpaczliwą próbę walki z samotnością.
Jak żyć? Rozmawiać otwarcie, że dziwaczeje, czy małymi krokami walczyć o ostatnie bastiony niezależności? Współczuję jej tego że jest sama wbrew swojej woli, ale nie chcę podporządkować swojego życia temu, żeby sama nie była.