barissa74
14.06.16, 21:02
Witam wszystkich. Potrzebuję obiektywnego spojrzenia, nawet ostrego komentarza, zależy mi na w miarę trzeźwym osądzie mojej trudnej relacji z Mamą. Jest osobą koło siedemdziesiątki, schorowaną i mieszkającą samotnie. To brzmi w ten sposób, że podejrzewam z automatu rodzi się tak po ludzku współczucie. Ja staram się służyć pomocą i fizycznie i mentalnie. Pomijam fakt, że nie miałam wzorowych relacji z Mamą, wina obustronna. Teraz jednak noszę w sobie wiele ukrytego żalu (nie mówię wprost o tym), żalu o to, że moja Mama nie podejmuje żadnego wysiłku, żeby w normalny sposób funkcjonować. Wszystko co zaproponuję, np. odnośnie wolnego czasu napotyka na krytykę i odrzucenie. Mamie nic nie sprawia przyjemności, nie potrafi załatwić czynności np. złożyć reklamacji, całkiem jest bezwolna. Jest jedna sfera życia, gdzie przejawia wyjątkową aktywność, to kwestie wizyt u różnych lekarzy. Właściwie mam wrażenie, że żyje tylko tym. Ale to pozorne dbanie o zdrowie, czekanie na kolejne wizyty, które są jakby kluczem do porządku życiowego. Pozorne, bo kuleje sposób żywienia, gdyż Mama zwyczajnie nie ma ochoty na przygotowywanie drobnych dań na ciepło. A to co ja zrobię, zazwyczaj nie jest w jej typie. Mam żal, że tak życie przemyka jej przez palce, widzę jak je marnotrawi na tv i sensacyjne, smutne opowieści. Każda rozmowa jest odbierana jak atak. Przykro mi, zwłaszcza, że mam tylko jednego rodzica. Dodam, że finansowo jakoś staram się pomóc ale zawsze słucham narzekań, że przez prywatne wizyty i tak jest cienko. Już nie wiem, jaką postawę przyjąć. Po wizytach czuję się źle, mam wyrzuty sumienia, że niewystraczająco pomagam. Jak to choć troszkę zmienić? Próby aktywacji Mamy nie powiodły się. Rodzeństwa brak. Jak nie mieć doła po spotkaniach? Z góry dziękuję za radę:)