zielona_herbata80
17.06.16, 14:52
Hallo wszystkim :-)
jakby ktos pamietal to pisalam jakis czas temu o dzieciach mojego mezczyzny, balaganiarstwie/porzadku itd. Ogolnie ten temat niejako ogarnelam, wrzucilam na luz a chlopcy sa bardziej zorganizowani. Gdzies sie tam w pol drogi spotkalismy ;-)
Jestesmy ze soba ponad dwa lata. Szczesliwi razem :-) Z uwagi na spora odleglosc spedzamy ze soba trzy dni w tygodniu plus urlopy, swieta itp.
Dla mojego D. taki stan rzeczy jest ok, jest szczesliwy i twierdzi ze bylby w stanie LAT relacje ciagnac przez dlugie lata.
Mnie zaczyna to dosc uwierac. Dlaczego:
- czuje sie jakbym miala dwa zycia, jedno tam, drugie tu gdzie mieszkam. Poniewaz weekendy spedzamy u niego (ma duze mieszkanie wiec miejsca wystarczajaco dla nas wszystkich) wszystkie rzeczy jakie ludzie odkladaja do zalatwienia np w sobote, musze nadganiac podczas tygodnia (zakupy, sprzatanie). Nie zapisalam syna na pilke nozna bo nie jestesmy tu w weekendy. Odlozylam kurs nauki jezyka bo nie starcza mi czasu. Tam robimy "ich" rzeczy: chlopcy na rugby, zakupy, jakies imprezy rodzinne..... Czasem rezygnuje z zaproszenia znajomych na wieczor itd jesli wiem ze to wieczor z partnerami a wiem ze ten akurat dzien D. przyjechac do mnie nie moze bo ma dzieci u siebie. Czuje sie jakbym tam miala swego mezczyzne i zycie rodzinne a tutaj na miejscu przyjezdzala dla pracy i szkoly mlodego
- ogolnie logistycznie meczy mnie jezdzenie (1 godz w jedna strone)
- zaczynam czuc potrzebe stabilizacji, zakorzenienia sie, spokoju.
Odbylismy wiec kilka rozmow, malych pojedynkow ;-) na temat naszych odczuc i oczekiwan co dalej i stanelo na tym ze zaczelismy poszukiwania szkoly dla mojego syna. Szanse byly male ale niespodziewanie dostalam widomosc ze jest i od wrzesnia moze isc. Na ten moment poczulam lekka panike "co, to juz!?" ale pomyslalam - ustalilismy wiec dzialamy, nie ma co czekac kolejny rok.
i tu reakcja mego D. spodziewalam sie ze ustalimy dalej plan. Natomiast D. skonfrotnowal mnie z nastepujacym: ze to szybko, ze to bedzie dziwnie juz tak codziennie mnie widziec, ze sie boi stracic swoja wolnosc, ze moze duzo sie zmienic, ze stracimy swoje "zakochanie" i pasje jakie mamy w tej chwili. Ze w sumie on nie mial wyjscia zeby sie nie zgodzic bo wie ze
dla mnie to wazne.
Opdalo mi wszystko. Poczulam sie jak panna mloda porzucona przed oltarzem ;-) niby umowione, zalatwiamy a w momencie godziny zero wylewa mi kubel zimnej wody. Szybko zreflektowal sie jak to wszystko zabrzmialo i zaczal mnie przeprasza i zapewniac ze sie nie wycofuje, ze chce, ze nie wie co go napadlo ze zaczal marudzic i wogole.... Przepraszal tak dwa dni az uwierzylam ze rzeczywiscie jest mu glupio i przykro. I ze nie chce juz tego dalej odkladac ze powinnismy zamieszkac jak najszybciej.
Ale teraz to ja sie "ochlodzilam" i powiedzialam ze nie przeprowadze sie bo nie jestem juz go taka pewna. Ze mozemy wstepnie ustalic termin za nastepny rok (szkolny) i jesli mu zalezy to moze zaczac sie do tego przygotowywac (kwestia remontu, mebli itd) ja chetnie mu pomoge. Ok dla niego.
Jak uwazacie: chwilowa panika? zbyt duzy wplyw negatywnych doswiadczen? czy rzeczywiscie nie jest gotowy? ja sama jestem na ta chwile zdezorientowana.