iwucha
10.04.07, 13:45
Witam serdecznie!
Zwracam się do Pani z dość nietypowym problemem. Sytuacja wygląda następująco:
Kilka miesięcy temu mój mąż poprosił swojego brata o pożyczkę. Kupowaliśmy
mieszkanie za gotówkę i zabrakło nam 15 tys. po doliczeniu wszystkich opłat za
formalności. Miała to być pożyczka na okres 3 miesięcy maksymalnie, po których
mąż oddałby bratu tę kwotę - interes męża funkcjonuje bardzo dobrze i nie
byłoby z tym problemu. Brat męża wyjechał 11 lat temu do Niemiec, tam pracuje
i zarabia, i z tego, co mówił nam ostatnio powodziło mu się dobrze, dysponował
gotówką bo sam rozpoczynał kapitalny remont domu, a nic de facto z tym
remontem go nie goniło. Dlatego mąż był pewien, że z pożyczką nie będzie
najmniejszego problemu - zawsze mieli ze sobą doskonały kontakt i wspierali
się w trudnych momentach. Przez te 11 lat brat męża na pewno bardzo się
zmienił i jak powiedział mąż po całym zajściu (o którym poniżej)- "nie poznaję
mojego brata". Mąż z bratem spotkali się na Skypie celem rozmowy o tej
pożyczce. Brat męża jest bardzo grzecznym, poprawnym, powiedziałabym nawet -
nadmiernie kontrolującym każde swoje słowo i zachowanie - człowiekiem, mającym
tez wiele osobistego uroku. W trakcie tej Skypowej rozmowy brat w kontekście
prośby o pożyczkę wypytywał mojego męża o takie szczegóły naszych finansów, że
włos zjeżył mi sie na głowie bo nawet ja w pewnych kwestiach nie byłam
perfekcyjnie zorientowana. Poderwałam się natychmiast i zareagowałam:
"Słuchaj, drogi mężu, my Twojemu bratu i bratowej nie zaglądamy na konto, w
papiery notarialne, akty i inne książeczki mieszkaniowe, nie pytamy ich o
zarobki! To są nasze małżeńskie sprawy a innym wara od tego!" Do tego doszły
insynuacje, że "na pewno tyle nie macie - nie wierzę w to!", "macie z
kredytu", "popożyczaliście po rodzinie". Wkurzyłam się, że jakiś intruz
penetruje nam (w tym i mnie) gniazdo. Kurczę, czy ja się kogoś pytam skąd i
ile ma? Gdy zobaczyłam przebieg rozmowy - mina mi zrzedła bo nie do pomyślenia
dla mnie było, jak można kogoś tak wypytywać celem zdobycia pewności, że
otrzyma się zwrot tej pożyczki. Wszystko to było ujęte w formie pięknych słów
i "dobrych intencji". Na końcu brat zaproponował podpisanie umowy notarialnej
by "nikt nie miał do nikogo pretensji" jakby co i "chętnie pokryje wszelkie
koszta notarialne". Cała sytuacje porównałabym do - z przeproszeniem -
podarowania komuś gó...na w pięknym opakowaniu. Ja zauważyłam w tym (mąż
także) próbę złagodzenia wyrzutów sumienia "dobrymi intencjami". Brat zrobił
to tak by "nikt nie miał mu nic do zarzucenia". Przy okazji oboje z mężem
doszliśmy do wniosku, że skoro nie jeździmy najnowszym autem, nie chodzimy w
super-ciuchach, nie opowiadamy o swoich sukcesach, zarobkach (bo w istocie tak
jest, w przeciwieństwie do brata i bratowej, którzy przywiązują wielką wagę do
"zewnętrzności" i tych wszystkich spraw materialno-podobnych, które pozwalają
"pokazać się") - to chyba jesteśmy niewiarygodni jako pożyczający. Nigdy
wcześniej nie miało to dla nas specjalnego znaczenia, a teraz się okazało, że
może wyszliśmy na takim myśleniu jak "zabłocki na mydle" - to tak trochę
ironicznie :-)
Nie chciałabym by źle mnie Pani zrozumiała - że mam żal, o to, że nie
pożyczył. Nie, nie. Nic z tych rzeczy. Nikt przecież nie ma obowiązku nikomu
pożyczać bo ma prawo dysponować swoją kasa tj. mu się podoba. Uważam, że
wszystko by było ok, gdyby brat powiedział bratu: "Słuchaj, nie mam, nie
pożyczę albo mam takie a takie wydatki." Albo bez jakichkolwiek tłumaczeń
powiedziałby, ze pożyczka nie wchodzi w grę. Nikt nie miałby do nikogo żalu
ani pretensji. Wśród naszych najbliższych tak właśnie jest (z wyjątkiem brata
męża). Chodzi mi o formę, której nawet nie ma jak skomentować. Mąż powiedział
na końcu bratu, że gdyby to on potrzebował kasę, to nigdy nie śmiałby
wypytywać o takie szczegóły i jak by miał to by pożyczył i "oddałbyś wtedy,
kiedy byś mógł". I taki właśnie jest mój mąż. Powiedział mu także: "Kocham
Cię, jesteś moim bratem, to i tak nic nie zmieni bo na moją pomoc możesz
zawsze liczyć". I ja wiem, że to wcale nie są puste słowa. Jestem pełna
podziwu dla postawy mojego męża bo mnie na taką nie stać. Obiecali sobie, że
nie będą do tego więcej wracać i nie będą mówić o tym swoim rodzicom by się
nie denerwowali.
Sytuacja miała miejsce kilka miesięcy temu, my mieszkamy w nowym mieszkanku,
kasę pożyczyła nam moja siostra, oddaliśmy co do grosza. Przy okazji
dowiedzieliśmy się w "biedzie" ;-) gdzie mamy przyjaciół a gdzie - nie.
Przykro mi było trochę, że mój mąż musiał dostać obuchem w łeb od brata,
którego zawsze bardzo kochał, na pewno było mu przykro, że oparliśmy sie na
mojej siostrze a jego brat się nie sprawdził w tej trudnej sytuacji.
Czas upłynął i niby wszystko wróciło do normy. Mąż ma z bratem dobre stosunki,
jednak ja od tej całej sytuacji zaczęłam postrzegać brata męża zupełnie
inaczej. W moich oczach "podsumował się" bardzo wyraźnie. Ja nie potrafię
rozmawiać z kimś "normalnie" gdy okazał się świnią. Ja po prostu tak widzę tę
sytuację. Nie uważam, że muszę wszystkich lubić ani z wszystkimi się
perfekcyjnie dogadywać. Jesteśmy młodym stażem małżeństwem, ta komunikacja w
rodzinie męża jest 180 stopni różna od tej, w której ja wyrosłam. U mnie w
domu nikt nie udawał, że jest ok, gdy nie było ok, trudne kwestie nazywano po
imieniu. I ja nie potrafię funkcjonować inaczej. A teraz muszę się
"przestawić" na robienie dobrej miny do złej gry? Nie umiem. Ja mam całkowita
świadomość, że brat męża nigdy nie zrozumie, że jego zachowanie było co
najmniej niestosowne w kontekście takich wzorców, które ja znam. Próbuje sobie
tłumaczyć, że może on żyje innymi standardami, może 11 lat za granicą robi
swoje, może te moje standardy nie są jedyne i niepodważalne...? Pomimo różnic
w naszych rodzinach w sposobie komunikowania się, to jednak w obu rodzinach
system wartości był podobny, w takich sprawach tok postępowania był jasny -
pomagało się sobie i już. Nikt nigdy nikogo nie wypytywał ani nie proponował
aktów notarialnych jakby chodziło o obca osobę, niegodną zaufania. Dlatego nie
tylko ja byłam zaskoczona całym zajściem ale także mąż, który poznał nagle
brata od innej strony.
Chciałabym w tym wszystkim pozostać sobą i nie robić nic na siłę i wbrew
sobie. Chciałabym tez nie robić przykrości swojemu mężowi, że nie trawię jego
brata (choć mąż nigdy nie dałby mi czegoś takiego odczuć, to wiem, ze pewno
nie jest mu lekko na sercu bo chciałby by wszyscy żyli w zgodzie), chciałabym
by nie mówić o tej całej sytuacji teściowej, gdy coś mnie podkusi w gniewie -
wszak to sprawy miedzy nimi-braćmi, sami między sobą coś ustalili i nie mogę w
to ingerować. Wczoraj na spotkaniu rodzinnym golnęłam sobie setę czystej choć
nigdy w życiu, przez 30 lat życia nie piłam czystej wódki. Usiedziałam przy
jednym stole z rodzina o przyklejonych uśmiechach około godziny. Potem
uratował nas wyjazd do kina na "Wielką ciszę" jednak próba kontemplacji po
gotujących się we mnie emocjach spowodowanych obecnością brata - nie wypaliła
albo wypaliła częściowo.
Chciałabym w tym wszystkim "wyjść i stanąć obok", spojrzeć z góry, wyluzować
się by ten gniew mnie nie spalał i nie zalegał. By nie zalegał to pewnie go
najlepiej wywalić ale zależy mi na tym by te stosunki były choćby poprawne. A
wiem, że jak dam upust temu gniewowi, to brat męża nie będzie miał lekko, w
efekcie czego zranię swojego męża a tak naprawdę nic to nie da i nie zmieni.
Wiem, że takich sytuacji może się zdarzyć w życiu więcej. Chciałabym się na to
"uodpornić". Jestem na takim etapie, że mam świadomość, iż pewne rzeczy,
nawyki, ludzie są niereformowalni, nie ma jednej słusznej prawdy, że trzeba
próbować zrozumieć drugiego człowieka itd. Umysł niby to rozumie ale nie
rozumieją emocje, które i tak są gotowe zrobić swoje. Nie umiem zrozumieć
takiego działania i nie umiem przejść z tym do porządku dziennego.
Chciałabym wyjść poza własny gniew, n