jak pomóc temu dziecku? bezradność!

01.05.07, 11:24
Witam Panią expert,
dziecko ma 14 lat, od najmłodszych lat jest obarczana nadmierną opieką za
swoje młodsze rodzeństwo. Ojciec dziewczynki jest alkoholikiem, który nigdy
sie do tego nie przyzna a matka lękowa, depresyjna, manipulująca uczuciami
dziewczynki, perfekcjonistka we wzbudzaniu w dziecku poczucia winy gdy nie
zatańczy tj. ona zagra. Ojciec jest karcący, autokratyczny i nadmiernie
kontrolujący. Ola jest fantastyczną, mądra dziewczynką, o złotym sercu, które
nie posiada w sobie ani grama egoizmu, nie została nauczona dbałości o własne
potrzeby. Uczyniono z dziecka tanią opiekunkę, która musi podporządkowywać
swoje plany biznesowi, który prowadzą rodzice, bo "oni jada po towar". Jest to
dziecko o totalnie zaniżonej samoocenie, poniżane i wykorzystywane w perfidny
sposób bo w oparciu o manipulację jej emocjami. Od dzieciństwa pozbawiona
autonomii, tłamszona, związana z rodzeństwem i rodzicami bardzo silnymi
więzami, które w mojej ocenie polegają bardziej na zależności niż autentycznej
miłości. W chwilach gdy dziecko walczy o swoje, np. o wyjazd do kuzynki na
weekend, rodzice chętnie wypominają jej wszelkie zakupy, które dla niej
poczynili oraz jej "niewdzięczność". Dziewczynka ma 14 lat, ok. 7 roku zycia
padła także ofiara molestowania sexualnego znajomego rodziny, co trwało 1-2
lat. Wówczas podjęte zostały kroki w kierunku terapii, jednak pani psycholog
zaleciła by z tym zaczekać az dorośnie. uważam, że wszystko to, czego
dziewczynka doświadcza kwalifikuje sie jako przemoc psychiczna, emocjonalna,
powoduje, że wyrasta z niej dziewczyna, która przy nadarzającej się okazji
wyfrunie z gniazda w objęciach psychopaty podobnego do jej ojca.

Boli mnie, i nie tylko mnie bardzo bo nie wiemy, co z tym zrobic i jak
zadziałać. To moja siostrzenica. dziewczynka przezywa na pewno pewien konflikt
miedzy tym sposobem funkcjonowania w świecie, który ma w domu rodzinnym a tym,
co widzi u mojej drugiej siostry i u mnie oraz u innych ludzi, gdzie po prostu
jest normalnie, kazdy ma prawo do swojego życia i swobodnego wyrażania swojego
gniewu. bardzo chciałybyśmy z siostra (te drugą, nie tą, która jest jej matką)
pomóc temu dziecku. Ona przychodzi do nas czesto, skarży sie, mówi "adoptujcie
mnie", chce spędzać z nami czas, chce normalności. My z kolei nie możemy
podważac autorytetu jej rodziców, co nie zawsze się udaje bo oceniamy ogólnie
postawy, zachowania, poza tym ona sama widzi, ze mozna inaczej. Moja mama (a
jej babcia) niestety widzi w matce dzieczynki swój własny los, jest bardzo
stronnicza, kieruje się stareotypami, przyprawia rodzinom wielodzietnym
ołtarzyk i krzewi idee o tym, ze nie można chowac egoistów, młodszym
rodzeństwem trzeba się zajmowac itd. Wkurzyłam się wczoraj i powiedziałam, że
ok, ale są granice takiej opieki - nie jest normalne, ze 14 latka, która
chciałaby się nauczyć pływac, chodzić na kółko teatralne i spędzić weekend z
kuzynka nie może robić żadnej z tych rzeczy bo ma młodszego brata do opieki
albo pijanego ojca, który nie ma jej jak odebrać z przystanku autobusowego
wieczorem bo jest na rauszu a ona wraca sama ciemną ulicą. na razie staraliśmy
się wraz z reszta rodziny pokazywac jej, ze mozna zyc normalnie, kochac się i
szanować, walczyć o swoje, spędzamy z nia czas przeświadczeni, ze i tak nic
więcej nie możemy zrobić ale na dłuższą metę ją to frustruje. Wraca do domu
rodzinnego przygnebiona i zbuntowana - dzis tatus jej zapowiedział, ze nie
będzie jeździc do Zuzi (kuzynki) bo "sie dziwnie zachowuje po powrocie".

Po krótce opisze trochę Pani osobowości jej rodziców: matka, moja siostra
została matka w wieku 17 lat na skutek niezdrowej atmosfery w naszym rodzinnym
domu. Lękowa, nie podejmowała żadnej aktywności typu praca, studia, bo
"egzamin ją przerażał", oddała się rodzeniu dzieci z facetem, który totalnie
nie nadaje się na ojca, utkwiła w micie matki-polki poświęcającej się i w
wierze, że "lepszy taki ojciec niż żaden bo ona sama go nie miała".Rozmawia z
dziećmi - powiedziałabym - na poziomie emocji nastolatki, która probuje
agresywnie, zaczepnie udowodnić swoje racje. w taki sam sposób komunikuje sie
z męzem. wszystkie jej relacje (przyjacielskie, siostrzane, z dziećmi)
uwarunkowane są potencjalnymi korzyściami, jakie można za ich pomoca odnieść,
nie ma tu głębi, empatii, rozumienia. na koncu i tak zawsze stoi jej własny
cel, który musi osiagnąć.
Mąż, został porzucony przez matkę w wieku 3 lat, wychowywany przez ojca,
macochę, babcię. Na codzień posługuje się wrzaskami, sarkazmem, wyzwiskami, ma
za sobą wyrok w zawieszeniu za przekręty finansowe, alkoholik
(niezdiagnozowany). Oboje są wpici w siebie jak pijawki, kochają się i
nienawidzą z jednakową siłą, są tacy sado-maso. Przez lata nie pracował, całą
5 osobobą rodzinę mojej siostry utrzymywała moja matka. W tym czasie "robił
wielkie interesy" z "milionami w tle", składał dziecio obietnice bez pokrycie,
w jakim to pieknym pałacu zamieszkają, a moja siostra karmiła się iluzjami o
bajce. Od 3-4 lat, w koncu prowadza swój własny interes, któremu
podporządkowali zycie, liczą się tylko pieniądze. w rodzinie kiedyś miał tez
miejsce epizod z przemocą fizyczna wobec mojej siostry, który jest
udokumentowany. Świadkiem zdarzenia były dzieci.

Nie wiem, jak rozwiązac tę sytuację. Rozmawiałam z siostrą o tych wszystkich
sprawach, próbowałam wyjaśnić że to są powazne zaniedbania, powazne
konsekwencje, znalazłam im dobrego, fajnego terapeutę systemowego. oczywiście,
nie poszli na terapię. Wielokrotnie mówiła, że nie maja najmniejszego proawa
zarzucac jej, ze np. pyskuje skoro sami zachowuja sie wobec siebie po chamsku.
Rozmowy, perswazja nie pomagają, rodza jedynie ich agrsję. czasem mysle o tym,
by to dziecko wyrwac stamtąd z pomoca sądu, kuratora, lub nastraszyc ich ale
skutek bedzie taki, zabronia dziecku kontaktu z ciotkami i kuzynostwem ("bo
wywieramy zły wpływ"), bedą to dziecko meczyc jeszcze bardziej. Sąd, Rodzina
zastępcza itd. to chyba bardzo drastyczny środek, bo dziewczynka jest
baaaardzo silnie związana z młodszym rodzeństwem i rodzicami. Przezywa
potworny emocjonalny konflikt od miłości do nich do nienawiści. Jej matka
zdaje sobie sprawę, że stanowi szkodliwe środowisko wychowawcze dla dzieci
wraz ze swoim mężem, jednak nic nie robi z tym choć mogłaby sama prowdzić
biznes (ona jest właścicielka majątku) i podjąć terapie.

Nie wiem ponadto jak kurator, pracownicy socjalni - jak by to wyglądało bo
przemoc psychiczna trudno jest udowodnić i jakie sankcje mogliby ponieść
realnie rodzice. O tych silnych emocjonalnych związkach i ich zrywaniu nie
wspomnę bo to oczywiste.
Czujemy się troche tak, że dziecko potrzebuje pomocy, zwraca się do nas o nią,
"co mam zrobić", "już nie wytrzymuję", ona wie, ze jesteśmy po jej stronie ale
de facto nie podejmujemy żadnych zdecydowanych działań, które pozwoliłyby jej
poczuc się pewnie i bezpiecznie i utwierdzamy w przekonaniu, że oprawcy mogą
byc bezkarni a ona musi z pokora znosic swój los. Nie wiem, co musi sie stać,
zeby oni się obudzili, czy mamy czekac do proby samobójczej, narkotyków czy
dziewczynka dotrwa do 18-stki i wtedy bedziemy mogli ją skuteczniej wesprzeć.
Rozmawiałam z moimi kolezankami-pedagozkami, które pracują z rodzinami ale nie
dały mi żadnej rady poza taka by dawać jej dobry wzorzec, wysłuchać i
pocieszyć. czy naprawdę nie mozna zrobić nic więcej? jak leja za ścianą i
katuja dziecko to tylko wtedy sa rany na duszy a uczynienie z dziecka
kopciuszka, zneczanie sie nad nim psychicznie to już jest wszystko ok?

Bardzo prosze o pomoc. nie wiem, jak z tego wybrnąć. wszak szewc bez butów chodzi.
    • agnieszka_iwaszkiewicz Re: jak pomóc temu dziecku? bezradność! 03.05.07, 14:41
      Przeczytałam z uwagą Pani list i jestem pod wrażeniem Pani zaangażowania w
      sytuację siostrzenicy. Pierwszą myśl jak miałam , ( już w połowie czytania listu
      ) to ta podobna do porad Pani koleżanek: wspierać, dawać inny przykład,
      pocieszać. Bo i co można zrobić więcej, jak dziecko ma własną rodzinę z którą
      jest związane, a ta rodzina funkcjonuje na swoich zasadach. I cóż jeśli ta
      rodzina daleko odbiega od ideału. Tak bywa.
      Po dalszej lekturze zaczęły mi się nasuwać pytania do Pani.
      Jak jest sytuacja pozostałego rodzeństwa dziewczynki ? Czemu nie wzbudza to tylu
      emocji, bo pewnie też im się nie najlepiej wiedzie , sądząc z portretu ich
      rodziców ,nakreślonego przez Panią. Jak jest relacja Pani i siostry - matki
      dziewczynki_? Czy to młodsza czy starsza siostra? Jak sie układały Wasze
      relacje? Miałam taką refleksję czy sprawa nie dotyczy Waszej relacji bardziej
      niż sprawy dziecka. Ale żeby rowinąć tę myśl potrzebne mi są Pani dodatkowe
      informacje.
      Domyślam się, że kierują Panią dobre i szlachetne intencje. Ale tu trudno o
      równie szkachetne zachowanie, które nie urazi tej rodziny i mimowolnie nie
      okaleczy dziewczynki, która zacznie żyć w prześwaidczeniu, że ma okropną
      rodzinę. Oczywiście brak reakcji nie może dotyczyć ewidentnego łamania praw
      dziecka takiego jak molestowanie czy agresja. Jestem zdumiona decyzją psychologa
      wycofania się z terapii w oczekiwaniu na starszy wiek dziecka.
      Jeśli może Pani odpowiedzieć na moje wątpliwości, to może da mi to możliwość
      pełniejszej odpowiedzi. Wiem ,że pytania dotyczą pozornie innej problematyki,
      ale może to być wszystko mocno ze sobą powiązane. Czekam na odpowiedź. Agnieszka
      Iwaszkiewicz
      • tumajo Re: jak pomóc temu dziecku? bezradność! 04.05.07, 10:56
        dziękuje Pani za szybka odpowiedź.
        Już odpowiadam na pytania:
        Apropos rodzeństwa: dziewczynka jest najstarsza(14) lat, następna jest
        dziewczynka(11) i chłopczyk(6). Średnia dziewczynka jest typem bardzo
        samodzielnym, zaradnym, tym, który "nie da sobie w kaszę dmuchać" choć cechuje
        ja pewna - powiedziałabym - ogólna nadpobudliwość, nieposłuszeństwo, bardzo
        lubi też drogi na skróty nie licząc się z potrzebami innych (bardzo przypomina
        moją siostrę pod pewnymi względami), jednocześnie jest bardzo wesoła,
        towarzyska. Ma w sobie pewien naturalny bunt, który - w mojej ocenie - bardziej
        ją chroni niż jej starsza siostrę, której bunt się tłumi. Średnia siostrzenica
        ma zdecydowanie większy dystans do spraw rodzinnych niż jej siostra, która jest
        bardzo zaangazowana w zycie rodzinne. Każdy podyt starszej na weekendzie,
        wyjście z koleżankami do miasta czy kupienie sobie czegos jest dla niej powodem
        do poczucia winy w stosunku do rodzeństwa, nie jest nauczona tego, że każde z
        nich jest w innym wieku, każde ma swoje potrzeby i nie musi czuć się winna że
        milo spędza cZas. Jest to sytuacja nie do pomyslenia dla średniej dziewczynki -
        i myslę, że to jest zdrowe. Chłopczyk ma 8 lat i nie sprawia żadnych,
        absolutnie żadnych trudności wychowawczych. jest miły, zaradny, kontaktowy,
        bardzo inteligentny, dobrze odnajduje się w grupie. Czasem bywa niegrzeczny jak
        to kazde normalne dziecko ale wszystko w granicach normy. Najstarsza
        dziewczynka od najmłodszych lat była wdrażana przez rodziców do opieki nad
        rodzeństwem, wszystkich zabaw z siostra choc dzieli je 3,5 roku i czasem ma
        ochotę na swoje zycie towarzyskie i swoje kolezanki. Odbywało się to pod
        hasłem :"Bo rodzeństwo ma trzymac się razem". Dziewczynki bardzo kłóca się
        między sobą o to, o co kłócą się wszystkie siostry idealnie w ten sam sposób
        jak kłócą się rodzice. Miedzy najmłodszym bratem a najstarsza siostra od
        początku jest bardzo silna więź. czyli w duzym skrócie: najstarsza =
        najbardziej odpowiedzialna i najbardziej obarczona, środkowa = walcząca o
        pozycję "stawianiem się" i uporem, najmłodszy = wypieszczony i ukochany.

        Jak jest relacja Pani i siostry - matki dziewczynki_? Czy to młodsza czy
        starsza siostra? Jak sie układały Wasze relacje?

        Oczywiście ma Pani słuszne podejrzenia. I zdeję sobie sprawę, ze te relacje są
        du bardzo istotne. Matka dziewczynki jest średnia, ja jestem najmłodsza i mamy
        jeszcze starszą siostrę. Z dzieciństwa pamiętam tyle, że starsza siostra była
        dla mnie - jako dziecka - emocjonalnie nieprzewidywalna. Raz była "do rany
        przyłóż", raz wstepowała w nią nienawiść i agresja. Gdy podsłuchuje czasem
        kłótnie jej i córki to widzę podobieństwo formy tych kłótni tak jakby przez
        lata nie zmieniły się jej metody komunikowania, jakby nic nie drgnęło. Ja byłam
        bardzo "oryczanym" dzieckiem, takim trochę zostawionym na zasadzie "wychowa się
        samo" gdyz mama pochłonięta była pracą by zapewnić nam godziwy byt po rozwodzie
        z ojcem. Oczywiście wszystkie w róznym stopniu chłonęłyśmy atmosferę domu i
        matki z depresją wychowująca nas nakazami, zakazami i krzykiem. ja miałam to
        szczęście, że sporą część dzieciństwa spędzałam z kochającymi ciotkami,
        spedzałam czas w domach koleżanek, gdzie te wzorce zachowań były inne niż w
        moim domu. Ponieważ obie siostry w wieku 18 lat wyfruneły z gniazda
        i "zrujnowały matczyne marzenie o studiach", na mnie spadła odpowiedzialność by
        edukacyjnie nie zawieźć matki. Ogromny ciężar. Siostra uwikała się w związek o
        którym pisałam wcześniej. Na dzień dzisiejszy relacje nasze wyglądają
        następująco: nie pałamy do siebie wielka miłością, mamy inne spojrzenie na
        wiele spraw, nie jesteśmy dla siebie atrakcyjne towarzysko, nie jest dla mnie
        (i dla inych0 osobą godną zaufania, której można coś waznego powierzyć bo w
        odpowiednim czasie potrafi zrobić z tego użytek ale w sytuacjach patowych
        zawsze możemy na siebie liczyć. Moja siostra jest trudna we wszelkich
        dyskusjach - jak mi ostatnio sama powiedziała - "ja się nigdy nie przyznam do
        błędu", jej zawsze musi byc na wierzchu, nie potrafi słuchać. Moja najstarsza
        siostra i wiele innych członków rodziny też to widzi więc nie jest to jakas
        moja jednostkowa opinia. Ze starszą siostrą nie gadaja od roku ponieważ średnia
        zachowała się bardzo nie fair w stosunku do starszej. Zawsze było tak, ze
        starsza pomagała jej przez całe życie - finansowo i nie tylko, podobnie moja
        mama, wskutek czego średnia stała się bardzo roszczeniowa. Gdy najstarsza
        znalazła się w sytuacji podbramkowej i chciała zacząc biznes podobny do
        średniej - ale bez wchodzenia jej w paradę, z całkiem innym towarem i rynkiem
        zbytu, średnia zrobiła aferę całkowicie nieadekwatną do "zagrożenia".

        Naszą mamę oraz średnią siostrę cechuje karmienie się iluzjami, uniejszanie
        wagi problemów, nie chęć do zobaczenia prawdy. To jest postawa całkowicie w
        opozycji to tego, co widzą inni członkowie rodziny. Myslę, ze w ten sposób moja
        mama przez lata wyhodowała sobie depresję a moja siostra jest na najlepszej
        drodze do tego - nie zdziwiłabym się gdyby juz miała zaczątki depresji. Moja
        średnia siostra poza tym, ze jest ofiarą swojego trudnego dzieciństwa, jest też
        ofiarą swojego męża, który upokorzenie słowne stosuje na codzień, wyzwywa ją od
        najgorszych. Tyle że ja też miałam trudne dzieciństwo, moja nastarsza siostra
        również. Najstarsza jakiś czas temu rozstała się z mężem alkoholikiem, jest
        samodzielna, ROZMAWIA ze swoimi dziećmi o zawsze rozmawiała, ma z nimi
        doskonały kontakt, radzi sobie finansowo i niedługo wraca z dalekiej podróży.
        Myślę, ze cała ta sytuacja starszej, jej odwaga, przebojowość, to, że skończyła
        studia, ma przyjaciół - to na pewno budzi zazdrość średniej, co często dawało
        się odczuc "między wierszami". ja z kolei zawsze odczuwałam jej zazdrośc wobec
        mojej beztroski, braku dzieci, tego, ze pojeżdziłam sobie po Europie,
        skończyłam studia, mam pracę, która jest moją pasją i szczęśliwe małżeństwo.
        Tylko, ze ona też może miec to wszystko jeśli tylko będzie chciała i weźmie się
        za terapię. Powiedziałam, ze jeśli taka będzie potrzeba to ja równiez mogę w
        tej systemówce wziąć udział. Niestety, jej strach ma tak wielkie oczy, że
        lepiej jest jej wypełniać sobie jakies emocjonalne dziury pogonią za
        pieniędzmi. ja niestety nie mam na to wpływu a to mloda osoba, która ma też
        wiele pozytywnych cech i mogłaby spedzić jeszcze fajne życie. mam świadomość,
        że dziecińśtwo generuje wiele spraw i postaw ale nie można być wiecznie DDD
        albo DDA bo się miało trudne dzieciństwo. Trzeba tez wziąc byka za rogi. A
        wiem, ze takie "bycie ofiarą" to też pewien sposób na funkcjonowanie i
        załatwianie sobie róznych spraw. Taką strategie "bycia ofiarą" miała moja mama
        i teraz ma moja średnia siostra. Myślę, że także z tego bierze się ich obopólne
        porozumienie i sposób budowania świata na stereotypach i iluzjach.

        Domyślam się, że kierują Panią dobre i szlachetne intencje. Ale tu trudno o
        > równie szkachetne zachowanie, które nie urazi tej rodziny i mimowolnie nie
        > okaleczy dziewczynki, która zacznie żyć w prześwaidczeniu, że ma okropną
        > rodzinę.

        Z tym właściwie mamy największy problem. Nie wolno jest podważac
        rodzicielskiego autorytetu ale 1) dziecko pyta mnie ogólnie o wiele spraw
        związanych z wychowywaniem dzieci a ja staram się odpowiadac uczciwie. Ogólnie
        choc wiem, że to, o co pyta dotyczy jej rodziny. Nie mogę jej nie odpowiadać bo
        ona poszukuje, drąży, bardzo ją to interesuje. Staram ię czasem
        nejednoznacznie, wymijająco "typu "nie ma reguły na to czy na tamto" ale to
        wszystko ma rótkie nogi, 2)ten autorytet "sam" się podważa w konfrontacji z
        inna rzeczywistością, która ona widzi poza rodzinym domem. Byłoby absurdem
        stawanie sie tj. jej rodzice by nie podważac ich autorytetu. Ona sama niejako
        dochodzi do tego, ze ma okropna rodzinę. Głośno o tym mówi a ja nie wiem, czy
        powiedzieć"
        • tumajo Re: jak pomóc temu dziecku? bezradność! 04.05.07, 11:07
          że to prawda. Nie moge potwierdzić nie mogę zaprzeczyć bo to tak jakbym
          zaprzeczyła jej emocjom, w konsekwencji czego dziecko się zamknie i nie będzie
          chciała z nikim rozmawiać przeświadczona, ze nikt jej nie rozumie. Bardzo
          trudno mi się z nia rozmawia bo sama nie wiem jak.


          Bardzo proszę o uwagi. Jak cos ważnego przyjdzie mi jeszcze do głowy to napiszę.
          • tumajo Re: jak pomóc temu dziecku? bezradność! 04.05.07, 12:57
            aha.
            Jeszcze jeśli chodzi o szczegóły niepodjęcia terapii przez dziecko po
            molestowaniu sexualnym. Z relacji siostry wynika, że zgłosiła się do 2
            psychologów, z których jeden ponoc zalecił poczekanie az bedzie dorosła,
            siostra rozwazała wszelkie za i przeciw wniesienia oskarżenia przeciwko
            pedofilowi i teoretycznie powodowana strachem (na pewno uzasadnionym) o to, co
            dziecko bedzie przezywało w na Policji, zeznania itd. odstąpiła od tego
            pomysłu. Sugerowałam jej żeby poszła do jeszcze jednego terapeuty - miała iść,
            nie poszła bo "teraz nie mam czasu", "mam tyle innych spraw" itd. jednocześnie
            uświadomiłam jej (i może tu lezy także moja wina), że molestowanie to wypadku
            jej rodziny wierzchołek góry lodowej, że nie da się raczej przeprowadzić
            długoterminowej terapii bez udziału rodziców w jakims momencie bo w mojej
            ocenie, tak na chłopski rozum wszystkie inne problemy by wyszły a ona i jej mąz
            musieliby się z tym skonfrontować. Widze to tak, że znaleznienie psychologa,
            który zasugerował odroczenie terapii, rozwazenie zeznań i oskarzenia sprawcy na
            niekorzyśc dziecka - to były argumenty, które wzmocniły jej opór przez jej
            własną terapią i wobec tego wszystkiego, co by musiało ujrzec światło dzienne i
            to, że musiałaby spojrzeć przwdzie w oczy w kontekście swojej wlasnej osoby,
            swojego związku, relacji z dziećmi, z matka, z siostrami itd. mam wrażenie, że
            ona się boi siebie jak diabeł święconej wody a metoda "rozchodzenia się po
            kościach" jest na porządku dziennym.

            Coś, co jeszcze mi sie wydaje ważne: gubi ja niekonsekwencja w wychowaniu - nie
            wywiązuje się ani z obietnic ani z kar, ani z nagród. Nie umie stawiac granic
            innym ludziom, dzieciom albo drastycznie je przekracza. Nie wywiązuje sie z
            obietnic, z wielu zobowiązań - (m.in. stąd długoletnie problemy finansowe),
            wzbudza poczucie winy w innych ludziach jeśli jest cos nie po jej mysli - gdy
            np. ktos nie chce jej pożyczyć pieniędzy, a aktualnie nikt juz nie chce ani z
            rodziny ani ze znajomych bo 1)nie oddają w terminie albo oddają np. po 100zł i
            nie widzą w tym nic złego, 2)znajomi wyczuwają interesowność a nie przyjaźń.
            Dlatego wiele osób się odsuneło od rodziny mojej siostry. Temat pieniędzy jest
            w ogóle tematem wiodacym u niej w domu, insynuowanie kto ile ma, skąd,
            wypytywanie wprost innych o zarobki. I cecha, która dotyczny zarówno mojej
            siostry i jej męża: podejrzliwośc. "Wszyscy kradną oszukują", antysemityzm jest
            na porządku dziennym. Wszystkie własne niepowodzenia i nieszczęścia lokują
            notorycznie w innych ludziach, okolicznościach, nigdy w sobie. Z tego powodu
            spotykają sie jedynie z osobami, z którymi prowadzą interesy a których rotacja
            jest olbrzymia, dzieci co chwila opowiadają o nowych ciociach, które potem
            znikaja tak samo szybko jak się pojawiły. Ta rodzina została w pewien sposób
            wyalienowana ze środowiska na własne życzenie. Tam nie ma prawdziwych
            przyjaźni, wieloletnich, sprawdzonych. Ponadto nikt tam nie chce chodzić bo
            nigdy nie wiadomo kiedy wybuchnie wawantura a nikt nie chce być świadkiem tych
            awantur.

            Siostra wielokrotnie dzwoni do mnie z jakimis problemami wychowawczymi z
            dziećmi ale tłumacze jej, że to nie jest kwestia jakiegos jednego wydarzenia
            tylko ciagu zdarzeń, że nie da się leczyć skutków bez przyczyny. Jestem na 100%
            pewna, że wszystkie problemy z którymi borykają się dzieci wynikaja z ich
            problemów i powtarzam to jak mantrę. Ona niby to rozumie ale postawa ucieczkowa
            i tak zawsze bierze górę. szuka takich prostych recept ("podaj mi jakąs metodę
            jak postapić z córką" albo wiara, że jednorazowe pójście do psycholga (co
            uczyniła raz)załatwi wszystkie problemy bo dostanie gotową receptę na lepsze
            życie. Przy okazji kwestię "czystego sumienia" skutecznie sobie załatwi "no bo
            sie starała".
            Ja myslę (co kiedyś juz siostrze mówiłam), ze terapia ta rodzinę uratowała bo w
            tym całym bałaganie jest jeszcze miłość. Oni się kochają na swój chory,
            skrzywiony sposób - ale się kochają. I to jest już jakaś motywacja. Żal tylko,
            że ona ma w swoim otoczeniu osoby, które znają problem, lekarzy, ja jestem
            pedagogiem, moja siostra wychodzi ze współuzależnienia, jej koleżanka jest
            rodziną zastępczą, jej pracownica - fantastyczna kobieta wyszla ze
            współuzależnienia, podsyłam jej artykuły, książki, jest bombardowana zewsząd
            pozytywnymi skutkami terapii, widzi ludzi, którym się udaje, ma dostęp do
            informacji, to nie jest odsoba, która jest "zielona" - a opór jak był tak jest.
            Myślę, ze ona naprawdę mogłaby stać się fajną osobą, dobrym człowiekiem. Wiem,
            ze nie mam wpływu na pewne rzeczy, staram się o tym nie mysleć, nie martwić się
            na zapas. I generalnie tego nie robię. Tylko że co jakiś czas to wraca jak
            bumerang gdy dziecko dzwoni zapłakane albo znowu czegos mu nie wolno bo musi
            siedzieć kolejne długie dnie opiekując się bratem.
            czasem nachodzi mnie taka myślę pies ich drapał, niech robią co chcą ale mają w
            końcu dzieci, które nie są niczemu winne. Wiem, ze siła jej nie zaciągnę na
            terapię, ona uznała, że skoro jej mąz nie chce brac udziału w terapii par to
            ona też na indywidualną nie pójdzie choc jakis czas wczesniej pytała mnie też
            retorycznie "co ludzie powiedzą że musi chodzić do psychologa jak by była
            nienormalna" - jakby to miało jakies znaczenie (?).

            Wypróbowałam już wszystkie możliwości, próbowalam persfazją, informacją
            sugerowaniem dalszych konsekwencji jeśli nic się nie zacznie z tym robić ale
            nie mogę się wykończyć z tego powodu, nie mam wpływu na to, co oni zrobią. Ale
            dziecko trzeba ratować. Tylko jak? Drastyczne metody typu kurator (które
            spotęgowałyby tylko poczucie winy u dziecka w stosunku do rodziców) odpadają.
            Jak ma z tym dzieckiem gadać? Nie moge przeciez mówić że mama sobie nie radzi
            ze sobą, bo tata taki czy owaki - bo to by było tylko dolewanie oliwy do ognia.
            To dziecko nie musi brac na siebie odpowiedzialności dorosłych a już teraz jest
            dzieckiem-bohaterem. Nie potrafie przejśc obok tego obojetnie bo bardzo kocham
            swoja siostrzenicę. I naprawde nic i nikt na mnie tak nie działa, jak to, gdy
            ktoś robi dziecku krzywdę. Dodam tylko, że pozostałe dzieci też z nami
            przebywaja, jeździmy na wycieczki - często smucą się, ze rodzice z nimi nie
            jeżdżą, że rodzice nie widza jakie robia postępy w pływaniu, jak cieszą sie
            chwilą. Te dzieci cieszą się z tych chwil z ciotkami i wujkiem ale bardzo
            chciałyby by to byli rodzice a nie my - i mają całkowitą rację. Młodsze jakoś
            sobie dają radę, natomiast najstarsza dziewczynka jest najbardziej świadoma
            problemów rodzinnych, najbardziej to wszystko przezywa i nie daje sobie rady.
            Przypomniałam sobie taką sytuację, gdy siostra jeden raz została pobita przez
            szwagra (wówczas przyjechały do mojej najstarszej siostry, jeszcze nie było
            miedzy nimi konfliktu), rozmawiałam z dziewczynkami o tym, co zaszło a one
            mówiły, ze tata pobił mamę, bo "sobie zasłużyła" - wówczas wróciła z pubu, w
            którym była z moją najstarszą siostrą. Dziewczynki mówiły, ze jak jest wina to
            musi być kara. Dużo czasu musiało upłynąc nim zrozumiały, ze przemoc jest złem
            i przestępstwem.


            Bardzo proszę pytać jeśli jeszcze coś będzie istotne.
    • tumajo Re: jak pomóc temu dziecku? bezradność! 04.05.07, 16:18
      Dodam jeszcze, że siostra wiem, ze córka ma bardzo zanizoną samoocene i w
      jakikolwiek sposób trzeba nad tym pracować. Wszystkie te dzieci są bardzo
      inteligentne, utalentowane - nie spotkałam w życiu jeszcze takiej kumulacji tak
      wielu talentów w kazdym z tych dzieci. One sa świetne we wszystkim, za co by
      się mogły zabrać - mają pasje, które chciałyby rozwijać - od tańca, sportu,
      aktorstwa, sztuk manualnych po prace w ogródku. Oczywiście nikt ich nie wozi na
      żadne zajęcia. uważam, że to by było genialne żeby one mogły znaleźc taki
      katalizator dla swoich złych emocji choćby w arteterapii. Niestety, siostra nie
      zrobi prawa jazdy, mąz jest pijany a najstarszej córki nie puszczą samej
      wieczorem autobusem (bo powrót z takich zajęć to byłby wieczór). Swoją drogą
      dośc długo Najstarsza siostrzenica nie mogła jeździć środkami komunikacji
      miejskiej bo siostra się o nią obsesyjnie bała - jak mi powiedziała: "No Ty nie
      widzisz jaka ona jest ładna i jak faceci na nia patrzą? za chwilę sie trafi
      następny zboczeniec." i tłumaczenia, że chowanie pod kloszem to żadna metoda
      nie przynosiły żadnych efektów. Przenosiła dotąd swoje lęki na córkę. W ogóle
      dzieci otrzymały taki obraz matki-męczennicy, ofiary kata, która nie ma wyjścia
      z sytuacji, nie ma prawa do własnych potrzeb. Przez całe długie lata nie
      wyjechała samotnie albo z koleżanką np. na weekend bo "mąż by jej nie puścił".
      Dość często manipuluje córką na zasadzie:" No wyjdź z nim(bratem) na dwór,
      pobaw się z nim bo jak Ty z nim nie wyjdziesz to on będzie siedział w domu w
      taką ładna pogodę." - spoglada na córkę "sarnimi oczami" i mówi to łagodnym
      głosem. Siostrzenica dośc często martwi się na odległość o swojego brata czy
      oby ma czapke i rękawiczki, czy tata dał mu obiad. Gdy ja zajmowałam się jej
      dziećmi z doskoku na początku studiów i w liceum, to zaczęła sobie uzurpować
      prawo do wyłaczności i mojego bycia na każde jej skinienie w kwestii opieki.
      Odbywało się to na zasadzie: "Bo ty masz tylko studia a ja mam patową sytuację,
      jestem taka biedna a ty taka egoistka". Dlatego dośc szybko zorientowałam się o
      co w tym chodzi i ukróciłam te pomoc na każde żądanie. W stosunku do córki robi
      to samo, zawsze manipuluje emocjami - tyle że z córka łączy ją zależność,
      utrzymywanie finansowe dziecka, z czego chętnie robi uzytek, "argumenty" są
      bardziej wyrafinowane a dziecko znacznie słabsze niż ja byłam kiedyś. Sytuacja
      podobna, mechanuzmy te same tylko że spectrum technik duzo szersze. Podobnie
      postępuje w stosunku do innych ludzi. Nigdy nie umie wprost, bezpośrednio
      poprosic o pomoc - najpierw dzwoni i wypytuje, "co robisz", "a jak długo Ci to
      zajmie?" itd - bada sobie grunt. Dlatego mówię: masz sprawę - to mów o co
      chodzi. proszę mi wierzyć, nie jestem jakąś wredną egoistką, jestem gotowa do
      pomocy ale niestety są to osoby, które nie znajdują granic tej pomocy. A ja
      wolę być w jej oczach "wredną siostrą" niż być przedmiotem manipulacji. Myslę,
      że własnie w taki sposób realizuje ona sobie jakies rózne, codzienne cele. Niby
      nic ale uważam, ze jeśli chodzi o dzieci to sa zachowania, które sączą się jak
      jad i sieją olbrzymie spustoszenie. Jeśli do tego dorzucimy całą resztę, o
      której tak się rozpisałam to nieszczęście gotowe.

      Mam do niej żal za nicnierobienie z tym problemem. Staram się ją rozumieć,
      wiem, że wiele rzeczy nie wynika z jej złych intencji bo po prostu nie umie
      inaczej. Ale przy tym wszystkim to dorosły człowiek z wolną wolą i własnym
      rozumem, z którego nie robi użytku. I to mnie wkurza na całej linii i jakoś
      świadomość, że taka postawa lękowa została przez nią wchłonięta gdy sama była
      małą dziewczynką wcale mi nie pomaga i nie usprawiedliwia jej tak do końca. Po
      prostu nie potrafie zrozumieć, że dostając tyle sygnałów ostrzegawczych
      (przemoc fizyczna, sexualna), zachowania dzieci, nic się z tym nie robi bo "co
      ludzie powiedzą" - choc ten argument to pewnie przykrywka dla tych bardziej
      bolesnych. Ciekawe, co dzieci powiedzą gdy tylko dorosną...
      Cieszę się, że mogłam to z siebie zrzucić bo na mnie też to podziałało trochę
      terapeutycznie :-). Z góry dziękuję za czasochłonne przeczytanie tych "wypocin".
      • babcia_kasi Re: jak pomóc temu dziecku? bezradność! 05.05.07, 21:25
        Będę pilnie śledzić tę dyskusję, bo sama mam wiele takich pytań...
        Mój wnuk chodzi do I kl.,odprowadzam go do szkoły, prosi,żebym ja po niego przychodziła ( a tata go odbiera), bo nie chce z tatą jechać.Dlaczego?-pytam.Bo tata tylko wchodzi do szkoły, rozkazuje "masz się zaraz ubrac i przyjść" i czeka na niego z niecierpliwością w samochodzie.Cały czas do niego ma pretensje, jest apodyktyczny, nie rozmawia z wnukiem ale go pacyfikuje.Mały w samochodzie wymiotuje(a jadąc z kimś innym nie), ogryza paznokcie (za co jest znów bity po rękach i strofowany).Sytuacja jest skomplikowana, bo oczywiście jest też troska ojca o potrzeby dziecka(ale tylko wg zdania ojca, dziecka nigdy nie pyta, czy to jest też dla niego dobre).
        Ogólnie moje pytanie też brzmi:co można zrobić, gdy widzi się cierpienie dziecka?
        • agnieszka_iwaszkiewicz Re: jak pomóc temu dziecku? bezradność! 06.05.07, 11:05
          Jeśli Pani śledzi ten wątek, to odsyłam do mojej drugiej , bardzo obszernej
          wypowiedzi dla "tamajo". Jeśli Pani znajdzie coś w tym dla siebie to świetnie.
          Bardzo ważne wydaje mi się pytanie co robić, gdy widzi się cierpienie dziecka.
          Jeśli to cierpienie spowodowane jest karygodnym zachowaniem dorosłych, o którym
          pisałam, innterwieniować.
          jeśli nie dzieją się tak drastyczne sytuacje, przyglądać się zawsze i jeśli
          można łagodzić je. Mając na względzie podany przez Panią przykład, to dziecko
          najprawdopodobniej mocniej przeżywa wymagającego ojca i woli zawsze łagodną
          babcię. To jest absolutnie zrozumiałe , że z racji swoich ról ( ojciec / babcia
          ) i z racji swoich płci ( kobieta / mężczyzna) inaczej reagujecie Państwo na
          zachowania dziecka, różnicie się w metodach działania i uczuciach do chłopca. To
          jest bardzo dobrze. Babcia ma być łagodna, kochająca i lecząca życiowe rany. On
          się będzie tego od Pani uczył i z tego korzystał. Ojciec jest męskim
          autorytetem, czasem wymagającym, stanowczym, dyscyplinujacym. To też jest w
          życiu potrzebne. Dziecko może zobaczyć wiele postaw. Nie wszyscy są tacy sami i
          do tego samego przydatni. Niech się tego uczy w rodzinie właśnie.
          Niepokoi mnie natomiast fakt ogryzania paznokci i wymiotów. To są już reakcje
          nadmiarowe, pokazujące, że coś się dzieje. Może warto zwrócić się do psychologa
          lub pedagoga szkolnego. Może coś pomoże, zna dziecko , moze je obserwować w
          naturalnych warunkach. może porozmawiac z wychowawcą jak widzie dziecko na tle
          klasy. To moga być ważne informacje sprzyjające pomocy, która możecie razem
          ustalić. Proszę porozmawiać o tym z rodzicami chłopca. Pewnie bliżej będzie Pani
          do rozmowy z własnym dzieckiem na ten temat. Pozdrawiam i miło mi , że włączają
          się do naszych rozmów Babcie, które są nie do przecenienia dkla dzieci.
          Agnieszka Iwaszkiewicz
      • agnieszka_iwaszkiewicz Re: jak pomóc temu dziecku? bezradność! 06.05.07, 10:42
        Rzeczywiście trochę się naczytałam, ale też dziękuję Pani za bardzo dużo
        informacji, za miejscami wnikliwą obserwację rodziny siostry i za odpowiedzi na
        moje pytania.
        Wydaje mi się, że sprawa ma 2 przewijające się i wzajemnie na siebie wpływające
        aspekty. Jeden, to relana sytuacja dziecka i Pani w tym zakresie obserwacje i
        chęć pomocy w sytuacjach, które Pani uważa za trudne lub groźne dla
        siostrzenicy. Druga to Pani relacja z siostrą. Chyba warto to trochę
        porozdzielać , bo w całości tworzyć mogą "mieszankę wybuchową".
        Od początku zastanowiło mnie Pani zaangażowanie w życie tej rodziny i w miejsce
        w niej najstarszego dziecka. Czy ta wnikliwa obserwacja i chęć wpływu na
        siostrę zwiazaną ze zmianą jej sposobu bycia nie wypływa z Pani poczucia
        wyższosci nad siostrą. Jest Pani od niej lepiej wykształcona, ma Pani większą
        wiedzę nazwijmy ją życiwą, wygląda też na to, że lepiej Pani sobie radzi w
        życiu, podejmuje racjonalne decyzje , jest Pani świadoma wielu konsekwencji
        takich życiowych decyzji. Dlatego z trudem patrzy Pani na to jak ktoś marnuje
        swoje możliwości, żyje nieracjonalnie, a do tego zdarza się, że ma zły wpływ na
        innych.Chciałaby Pani swoim wpływem to zmienić. Tylko wygląda na to , że im
        bardziej Pani naciska, pokazuje, daje rady, tym opór większy i skutek znikomy.
        Trochę zajęła Pani wobec siostry pozycję bardziej macierzyńską niż siostrzaną.
        To zresztą Pani została "wytypowana " w rodzinie na tę która będzie mądra,
        wykształci się. Teraz Pani z tej pozycji patrzy na nieudolną siostrę. Jeśli się
        w swojej ocenie sytuacji nie mylę, to taka relacje nie sprzyja porozumieniu.
        Siostra jest nadal w roli zbuntowanej manipulantki, a Pani w roli mądrego, ale
        nieskutecznego mentora. Jakkolwiek słuszność jest, być może, po Pani stronie to
        dawanie rad , wypychanie na terapię rodzinną osób kompletnie do niej
        niezmotywowanych, krytykowanie ( nawet, gdy krytyka się należy ) nie przyniesie
        zamierzonego przez Panią efektu.W takiej sytuacji albo trzeba zacząć inaczej
        rozmawiać z siostrą, bardziej nastawijąc się na zrozumienie jej postawy,
        wysłuchanie jej racji bez mówienia jak być powinno, zrozumieć jej, chyba
        niełatwe doświadczenie z dzieciństwa ( nikt kto się w domu dobrze czuje nie
        "wyfruwa" z niego w wieku 18 lat w objęcia pierwszego poważniejszego mężczyzny).
        Może trzeba być wyrozumiałą dla jej infantylności i wesprzeć ją w tej cześci
        wychowywania dzieci (jeśli to Pani odpowiada ) w których sobie ona nie radzi.
        Np: poprzez pomoc w wożeniu ich na zajęcia dodatkowe, motywowaniu ich zdolności,
        podkreślaniu ich wspaniałych postaw.
        Na tle Pani relacji z siostrą pojawia sie relacja z siostrzenicą. Wtedy
        inaczej można ja zobaczyć. Pisała Pani, że Pani także w dzieciństwie wychowywana
        była przez dobre i mądre ciocie i one wywarły na Panią dobry wpływ i były
        antidotum na złą sytuację domową. Może i teraz ta relacja się odtwarza. Pani
        jest dobrą ciocią a siostrzenica to taka zaniedbana Pani z dzieciństwa. W
        takich okolicznościach, łatwo robić dla siostrzenicy więcej niż ona naprawdę
        potrzebuje lub widzieć ąa w gorszej sytuacji niż jest, bo widzi się trochę samą
        siebie. Wtedy chce Pani się zajmować nią tak, jak chiałaby Pani, aby Panią się
        zajmowano w dzieciństwie. Stąd może taka gorliwość w ratowaniu jej od różnych
        mniejszych lub większych nieszczęść.
        Tyle jeśli chodzi o, być może nieświadome dla Pani motywy jej postępowania,
        które zobaczyłam w Pani listach. Te motywy być może każą Pani zaangażować się w
        tę rodzinę, aż do poczucia, że ma Pani wszytkiego dość.
        To co napisałam nie ma być próbą podważenia Pani oceny sytuacji siostrzenicy.
        Domyślam się, że jest w tej ocenie dużo prawdy. Doświadczenie molestowania
        seksualnego, konieczność podjęcia odpowiedzialności za młodsze rodzeństwo i
        opieka nad nim, mała swoboda w rozwijaniu swoich możliwości i potrzeb,epizody
        przemocy w rodzinie. To wszystko jest trudnym doświadczeniem. Ale te motywy
        może skłaniają Panią do widzenia tylko jednej strony sprawy. Wygląda bowiem na
        to, że w tej rodzinie jest też i miłość, przywiązanie, odpowiedzialność za
        siebie, kiedy rodzice zawodzą, są trudne doświadczenia złej sytuacji
        materailnej, z której rodzina próbuje się jednak wydzwignąć. Sama dziewczynka
        jest też z tą rodziną związana. Oczywiście część tego to zależność od dorosłych
        ale to jest norma. Część jest Także fragmentem jej osobowości. Młodsza siostra
        już taka nie jest. Umie sobie radzić z tą samą przecież rodziną, bo ma takie
        cechy, których nie na Pani ulubienica. Może są to cechy, z którymi jej trudniej
        będzie żyć, ale może też je jakoś zdyskontuje w przyszłości. Może będzie
        pracować w pomaganiu innym, może będzie czulszą matką dla swoich dzieci, może
        będzie wrażliwsza na świat. Myślę, ze zamiast radykanie zmieniać tę rodzinę,
        może powinna Pani znaleźć dla siebie miejsce obok dziewczynki jako
        pocieszycielka, rozumiejący dorosły, który swoim doświadczeniem ją wesprze,
        doceni w miejsczach niedocenionych, ale też nie podważy waznej dla niej
        relacji. Pokazuje jej Pani przecież też inny świat, inne relacje z dziećmi. To
        na pewno na nią wpływa. Przecież nie wszytko co dobre i co złe, bierze się
        wyłacznie z relacji z rodzicami. Świat, otoczenie, w tym kochająca ciocia, też
        ma na nią wpływ, może jeszcze niewidoczny. Niech Pani nie próbuje odegrać
        szczególnieszej roli. Może to urażać i siostre i siostrzenicę. Z jednym
        wyjątkiem, o którym pisałam. Jeśli dziecku dzieje się krzywda związana z
        łamaniem prawa i podstawowych norm społecznych: ( bicie, agresja słowna,
        deprawacja, nadużycia , wykorzystywanie ). Wtedy interwencja innych dorosłych
        jest konieczna. Może wtedy łatwiej , mając na myśli dobro dziecka, zawiadomić
        odpowiednie, wyspecalizowane instytucje. Policję, "Niebieską Linię"
        , kuratora, Prokuraturę.
        Też dużo napisałam. Nie wiem czy to Pani pomoże. Z jednej strony warto zdjąć z
        siebie niepotrzebny ciężar, z drugiej zmieniając relację i swój stosunek do tej
        rodziny będzie Pani przydatniejsza dla siostrzenicy. Nie wszystkie rodziny są
        wzorowe pedagogicznie. Często bywają też niesymetryczne w tym co potrzebne i
        twórcze a co nie. Tak już jest. Ciekawa jestem Pani refleksji. Może będą
        przydatne dla innych. Agnieszka Iwaszkiewicz
        • tumajo Re: jak pomóc temu dziecku? bezradność! 06.05.07, 15:22
          dziękuje bardzo za odpowiedź. Właściwie w sporej częsci potwierdziła Pani to, co
          sama zaobserwowałam, związki między moimi doświadczeniami a siostrzenicy -
          bardzo namacalne. Rzeczywiście też bardzo wyraźnie to widzę. Ale moje
          postrzeganie sytuacji siostrzenicy to nie tylko wynik mojej osobistej refleksji.
          To samo widzi moja najstarsza siostra, również matka siostrzenicy, średnia
          siostra tez te wszystkie trudności dostrzega, podobnie jak dalsza rodzina,
          znajomi. Ja chyba poprzez podobieństwo doświadczeń z doświadczeniami
          siostrzenicy bardziej się utozsamiam z jej odczuciami i byc może to intensywne
          wspólodczuwanie tak na mnie działa.

          Od początku zastanowiło mnie Pani zaangażowanie w życie tej rodziny i w miejsce
          > w niej najstarszego dziecka. Czy ta wnikliwa obserwacja i chęć wpływu na
          > siostrę zwiazaną ze zmianą jej sposobu bycia nie wypływa z Pani poczucia
          > wyższosci nad siostrą.

          Musze Pani powiedziec, że malując dziś od rana sufit w łaznience zastanawiałam
          się nad tym, w jaki sposób ewoluowała przez lata relacja z moją siostra. I chyba
          podsumowała Pani te moje dzisiejsze przemyślenia. W dzieciństwie było tak, że ja
          jako najmłodsza byłam najniżej w tej rodzinnej hierarchii. I nagle, na
          przestrzeni - powiedzmy - 8-10 lat "awansowałam" (o Boże, jak to brzmi!).
          Uzmysłowiłam sobie to w taki sposób że widzę, że w chwili obecnej, w tym
          dorosłym życiu ta średnia siostra, której w jakiś sposób bałam się jako dziecko
          (gdyż wskutek różnych sytuacji, zabaw itp. albo ją kochałam albo nienawidziłam),
          teraz ona czuje przede mną jakiś respekt. Myślę, że stało się to z chwilą gdy
          zaczęłam podważać pewne dotąd oczywiste dla niej prawdy i gdy zaczęło mi się
          układać w życiu, gdy po licznych turbulencjach miłosno-podobnych udało mi się
          załozyć szczęśliwy związek. Rzeczywiście, mam zapewne jakieś poczucie wyższości
          nad siostrą, ewidentnie stało się tak, że ta hierarchia między nami-siostrami
          trochę się przetasowała na przestrzeni lat.
          Nagle z małego, głupiego dziecka stałam się kimś, z kim warto się liczyć. I być
          może to jest kuszące i nieświadomie taka postawa we mnie "urosła". Tyle, że z
          tej "wysokości" nie jestem narażona na ból i manipulację , które mogłaby mi
          zadać siostra, nie wchodzę z nią w jakieś bliższe emocjonalne sprawy (np. nie
          zwierzam się jej ze swoich tajemnic, moi przyjaciele są moimi przyjaciółmi, nie
          opowiadam o realizacji swoich planów itd.)więc coś sobie tym sposobem załatwiam.

          Tylko wygląda na to , że im bardziej Pani naciska, pokazuje, daje rady, tym opór
          większy i skutek znikomy.

          Staram się nie naciskać. Siostra dzwoni do mnie rzadko, właśnie w sytuacjach gdy
          nie radzi sobie z jakimś problemem. Nie mówię jej "idź", "zrób" itd. Staram się
          raczej sugerować, że wszystko jest kwestia jej wyboru. Mogę jej jedynie
          przytoczyć generalną zasadę. Naprawdę staram się nie krytykować, nie mówić -
          chyba, ze chodziło o te 2 patowe sytuacje, które miały miejsce:1) molestowanie
          sexualne, 2) przemoc domowa i wówczas trzeba było zareagować zdecydowanie i
          szybko, uruchomic odpowiednie służby itd. W takiej komunikacji na bieżąco,
          jestem bardziej tym słuchaczem niż mentorem i raczej próbują się odwołać do jej
          własnych odczuć i doświadczeń. Więcej w moim gadaniu znaków zapytania niż
          wykrzykników. Więc to nie wygląda tak, ze ja wiecznie wiszę na telefonie i
          gadam: zmień swoje życie.

          Może trzeba być wyrozumiałą dla jej infantylności i wesprzeć ją w tej części
          wychowywania dzieci (jeśli to Pani odpowiada ) w których sobie ona nie radzi.
          Np: poprzez pomoc w wożeniu ich na zajęcia dodatkowe, motywowaniu ich zdolności,
          podkreślaniu ich wspaniałych postaw.

          Tak właśnie widziałabym swoja rolę ale:
          1) wożenie na zajęcia, zabieranie dzieci gdziekolwiek wiąże się u mojej siostry
          z tym, ze okazanie dobrej woli ze strony mojej czy kogokolwiek innego skutkuje
          tym,ze siostra uzurpuje sobie prawo do wiecznego korzystania z takich czy innych
          dowodów dobrej woli. Przychodzi moment, że osoba, która jest chętna do tego typu
          pomocy, zaczyna czuć się wykorzystywana a moja siostra jest gotowa wówczas
          nazwać kogoś takiego egoistą. I to jest pierwszy i zasadniczy powód. Dlatego ja,
          po swoich doświadczeniach z pomaganiem jej, jestem jak najdalej od takich chęci.
          Z tych samych powodów inni członkowie rodziny i ex-przyjaciele nie są skorzy do
          pomocy jej. Wiem z doświadczenia, że ona z powodu takiej odmowy czyni człowieka
          "krzywdzącego jej dzieci", o czym je informuje. Uważam, że trzeba pomagać innym
          ale trzeba respektować granice innych ludzi. A moja siostra ma z tym problem.
          Przy całym zrozumieniu dla jej problemów, nie chcę dac się wciągac w jej
          manipulacje bo sama ma rodzinę i muszę być zdrowa i szczęśliwa równiez dla
          swojej rodziny. Dla samej siebie oczywiście też.
          2) to dorosła osoba, jak każdy rodzic, mogłaby swoje dzieci wozić tu i tam.
          Mogłaby np. zdobyc odpowiednie uprawnienia by zatrudnic uczniów w swojej firmie,
          co dałoby jej więcej czasu np. na wożenie dzieci. Mogłaby zrobić prawo jazdy.
          Mogłaby zaangazować opiekunkę do wożenia albo dogadać się z grupa rodziców. To
          są proste do wykonania sprawy "techniczne", na których stać większość rodziców i
          ją również. Czy w takim kontekście nie byłoby owo pomaganie dalszym
          utwierdzaniem mojej siostry w prawie do bycia roszczeniowa i bezradną?
          3) ja mieszkam 50 km od niej, mam swoja rodzinę i pracę i takie wożenie dzieci w
          tygodniu jest całkowicie nierealne.
          4) non stop mówię dzieciom, ze sa wspaniałe, mądre, ale jak je motywować do
          aktywności np. aktorskiej, sportowej gdy dzieciom nie organizuje się owego
          zaplecza technicznego? gdy mówię im o jakimś tam talencie to natychmiast pojawia
          sie ich smutek, że one by chciały ale rodzicom sie nie chce. Albo obiecali a
          później się nie wywiązali.

          Jeśli dziecku dzieje się krzywda związana z łamaniem prawa i podstawowych norm
          społecznych: ( bicie, agresja słowna,deprawacja, nadużycia , wykorzystywanie ).
          Wtedy interwencja innych dorosłych jest konieczna. Może wtedy łatwiej , mając na
          myśli dobro dziecka, zawiadomić odpowiednie, wyspecjalizowane instytucje.
          Policję, "Niebieską Linię", kuratora, Prokuraturę.

          I własnie tu tkwi kolejny problem. Trochę na zasadzie lepszego i gorszego zła.

          Przemoc sexualna miała miejsce u całkiem innego źródła, ofiara nie ma juz
          żadnego kontaktu z oprawcą. Ale w relacjach rodziców i dzieci panuje ciągle
          agresja słowna, poniżanie, manipulowanie i wszystko to, co sie mieści w pojęciu
          przemocy psychicznej. Teoretycznie powinnam zawiadomić odpowiednie służby ale
          wychodzę z założenia, że dla siostrzenicy i jej rodzeństwa byłoby to dolanie
          oliwy do ognia. Uważam, że to ostateczność i wyniknęłoby z tego więcej złego niż
          jest tego złego aktualnie. Myślałam o tym wiele razy, rozkładałam na czynniki
          pierwsze ale to nie byłoby żadne rozwiązanie. Choć korci mnie by ich postraszyć
          taką alternatywą.

          Ma Pani bardzo wiele racji w tym, co Pani napisała. I ja jestem świadoma tych
          spraw - tego utożsamiania się z siostrzenicą, powielania "ciotkowych" relacji z
          przeszłości również. Czułam się czytając Pani list tak jakbym czytała swoje
          bieżące przemyślenia :-) Wiem, że sytuacja siostrzenicy to jedno a uwolnienie
          się od ciężaru i relacja z siostrą to drugie. Tylko jak się od owego ciężaru
          uwolnić? I jak tę relację zmienić? Powiem szczerze, że boję się otwierania się
          przed siostrą bo wiem, że jest zdolna do wykorzystywania skutków owego otwarcia,
          upokarzania. Mam wrażenie, że zaznacza ona swoje istnienie, swoją wagę tym, że
          upokarza słabszych, tak jakby przenosiła swoją doznaną agresję na innych. W tym
          odczuciu wcale nie jestem odosobniona. Byłabym gotowa na całkowita zmianę w tej
          relacji na przyjacielsko-siostrzaną ale tylko wówczas gdyby siostra chciała
          wziąć udział w terapii systemowej, gdyby była motywacja. A akurat na to nie mam
          najmniejszego wpływu. Chciałabym zmienić swój stosunek do tej rodziny. Tyle, że
          świadomość ich problemów oraz świadomość mojego
          • agnieszka_iwaszkiewicz Re: jak pomóc temu dziecku? bezradność! 06.05.07, 21:38
            Naprawdę bardzo się cieszę, że udało mi się zrozumiec Pani problem. Nie
            ukrywam,że miałam obawy czy to co napisałam będzie dla Pani przydatne. Proszę
            zatem korzystac z tego jak Pani jest najwygodniej.
            Patrząc na relację Pani z siostrą trzeba byc może powiedziec sobie: stop. Jak
            Pani wie, dorosłego człowieka trudno zmienic. Może zgodnie z teorią systemu,
            jak Pani się zmieni wobec niej ( odpuści, niech sobie będzie jaka chce, a
            dalej, nie da się Pani jej manipulacjom ) to i ona się zmieni , a za nią cały
            Wasz system.
            Wracając do problemu siostrzenicy, to z tego co Pani pisze, jest problem
            psychicznej agresji w jej rodzinie. Jedyna rada, jeśli nie ma potrzeby
            zawiadamiac poważniejszych służb, to gdy Pani będzie świadkiem takiego
            zachowania, to mówic o swoich uczuciach jak Pani słyszy i widzi coś takiego.
            Będzie to rodzaj informacji zwrotnej dla dorosłych i dzieci, jak są odbierani i
            przeżywani a jednocześnie nie uwikła się Pani w dawanie rad i krytykę, która
            może byc różnie odbierana.
            Rola jaką Pani ma ochotę przyjąc jest słuszna. Tak trzymac i obserwowac. Jak
            siostra zwróci się o pomoc w konkretnej sprawie, udzielic jej i wycofac się.
            Zobaczymy co się będzie działo dalej. Myślę, że dając dobry przykład i
            wsparcie ,da Pani temu dziecku naprawdę dużo. W razie czego ,proszę pisc na
            forum. Pozdrawiam. A.I
            • tumajo Re: jak pomóc temu dziecku? bezradność! 07.05.07, 10:26
              Dziękuje Pani serdecznie za odpowiedź :-) Dużo przemyśleń , a właściwie takich
              potwierdzeń od pani tego, co sama myślę.

              Może zgodnie z teorią systemu, jak Pani się zmieni wobec niej ( odpuści, niech
              sobie będzie jaka chce, a dalej, nie da się Pani jej manipulacjom ) to i ona
              się zmieni , a za nią cały Wasz system.

              Dokładnie to samo mam na myśli, przy czym: w całym naszym systemie pozwalam
              sobie (nie, to nie to, że mi każą, tylko ja ma to niejako na własne życzenie,
              ale innej lepszej opcji nie widzę) na bycie tą, która wali prosto z mostu i
              przeciwstawia się gdy trzeba. Nie jest jednak tak, że robię to za każdym razem
              i mam ochotę walić głową w mur. Raczej jest to na zasadzie raz a konkretnie.
              Podobnie działa moja najstarsza siostra. W rezultacie jesteśmy obie
              tymi "wrednymi potworami". Niestety, moja mama utożsamia się bardzo ze naszą
              średnią siostrą, wpycha problemy pod dywan i daje ciche przyzwolenie na te
              wszystkie praktyki wobec mojej siostrzenicy, co świetnie racjonalizuje. Nie ma
              więc wspólnego frontu, który byłby w stanie zmienić realnie ten system. A matki
              przeciez nie da się zmienić, jest grubo po 60-tce i zyje w fikcji, która sobie
              stworzyła. Ja nie zamierzam się męczyć z jej fikcją. Gdyby mechanizmy obronne
              dziedziczne były na drodze biologicznej to moja mama i średnia siostra byłyby
              odealnym przykladem takiego "dziedziczenia". W efekcie tego wolę sobie pozostać
              takim pseudo-potworem. Piszę to tak nieco na marginesie bo wiem, ze ten system
              funkcjonowalby o niebo lepiej gdyby był "wspólny front" - a tak są dwa obozy.

              Gdy Pani będzie świadkiem takiego zachowania, to mówic o swoich uczuciach jak
              Pani słyszy i widzi coś takiego.

              Powiem szczerze, że staram się nie być ich śiadkiem choć czasem bywam w
              sytuacjach przypadkowych np. zabierając dzieciaki na basen trafiam na awanturę.
              Wiem z autopsji, że każde wyrażenie swojej opinii jest odbierane
              jako "wtrącanie się", "podważanie rodzicielskiego autorytetu" i wiem, ze oni-
              rodzice gdzieś tam mają w tej kwestii rację. Dlatego staram się powiedziec
              siostrze PO zajściu. Z kolei szwagier jest bardzo agresywny i wiem, ze gdybym
              powiedziała cokolwiek to skończyłoby się jeszcze większą agresja a nie jestem
              pewna czy to by było odpowiednie dla dzieci. Dlatego mówię o tym wyłącznie
              siostrze. Staram się mówić w taki sposób by zobaczyła w swojej córce siebie
              sprzed kilkunastu lat w kłótni z własną matką. Potem przyznaje się do błędu,
              ciagle powtarza "wiem", "wiem" ale to nie przekłada się na zmiany w komunikacji
              w tej rodzinie.
              Jak siostra zwróci się o pomoc w konkretnej sprawie, udzielic jej i wycofac się.

              Tak właśnie dotąd robiłam i tę strategie zastosuję nadal choć dotąd niewiele z
              niej wynikało. Nie ma lepszego rozwiązania a ja nie mam wpływu na to, co ona
              dalej zrobi.

              Myślę, że dając dobry przykład i wsparcie ,da Pani temu dziecku naprawdę dużo.

              I to jest najlepsze co można zrobić. tylko pytanie: jak by nie zaprzeczać
              emocjom siostrzenicy, by czuła we mnie powiernika ale jedncześnie bym siła
              rzeczy nie podważała autorytetu rodziców? Tak naprawdę to jest dla mnie
              najtrudniejsze do wykonania. Z całej reszty zdaję sobie całkowicie sprawę.
              Wydaje mi się, że powinnam umieć rozmawiac z dziećmi i to potrafię, że jestem
              pełna zrozumienia itd. ale w tym wypadku wychodzi jakieś pomieszanie ról
              pedagoga i ciotki, wiem, że swoje emocje z jednej strony powinnam schować do
              kieszeni a z drugiej wykazac maximum empatii. To jest piekielnie trudne! Wydaje
              mi się, ze słuchanie jest tu najważniejsze ale jak odpowiadać na pytania? Jakie
              dawać rady? Może poleci mi Pani jakąś dobrą literaturę na ten temat? Boję się,
              że działam trochę po omacku, a dobra wola przecież wszystkiego nie załatwia.

              Jeszcze raz bardzo serdeczne podziękowania za Pani zaangażowanie ;-)

        • tumajo Re: jak pomóc temu dziecku? bezradność! 06.05.07, 15:30
          Pomyślałam sobie, że będę czytać ten Pani list za każdym razem gdy w tej
          rodzinie znów będzie coś się działo tj. dotąd. Pozornie wszystko to, co Pani
          napisała wiem doskonale z efektami moich doświadczeń włącznie, to jednak
          przeczytanie tego nieco zmienia postać rzeczy. Na korzyść, oczywiście - za co
          jestem niezmiernie wdzięczna :-)
Pełna wersja