agnes0101
12.06.07, 10:22
Droga Pani Agnieszko, bardzo proszę o niezależną opinię w kwestii mojego
małżeństwa. Nie chodzi nawet o to które z nas ma rację, bo jak to zwykle w
takiej sytuacji bywa moi znajomi (zarówno młodzi jak i osoby po 60-tce)
uważają że ja mam rację natomiast jak twierdzi mąż jego znajomi (wg mnie nie
ma takowych) uważają że on ma rację.
Zacznę od początku. Jesteśmy małżeństwem z 3-letnim stażem, mamy 2,5 letniego
synka. Mąż jest bardzo silnie związany z rodzicami z którymi do 32 roku życia
mieszkał. Ja natomiast praktycznie od 20 roku życia mieszkałam bez rodziców.
Wszystko zaczęło się od momentu gdy podejmowaliśmy decyzję gdzie kupić
mieszkanie, tzn. czy W-wie czy w Pruszkowie gdzie mieszkają jego rodzice. Po
wielu negocjacjach udało mi się przekonać męża (jeszcze nie mężą) żebyśmy
jednak zdecydowali się na W-wę. Osobiście wolałam inną dzielnicę (miałabym
łatwiejszy dostęp do żłobka, przedszkola, czy ewentualnej opieki mojej cioci
nad dzieckiem) jednka mąż nalegał na dzielnicę blisko jego rodziców.
Ostatecznie zgodziłam się , bo mąż zapewniał mnie że jego ojciec będzie
przywoził mi dziecko do domu. Dla mnie pespektywa jeżdżenia po dziecko
pociągiem do Pruszkowa(pracuję na Kabatach), następnie odbieranie go od
teściów (30 min pieszo) i znowu powrót do W-wy (Ursus) to ponad moje siły
(pociągi zatłoczno i często robi mi się słabo). Być może wynika to też z
mojego wygodnictwa, ale ja uważam że stawiałam sprawę jasno: albo inna
dzielnica albo ta tylko że dziecko będą mi przywozić. Czułam że mąż jest
nieszczery, gdyż znając jego ojca wątpiłam od początku że się na taki układ
zgodzi. Nie mniej jednak przystałam na tą lokalizację. I tu się zaczęło. Mąż
więc sam odbiera dziecko od teściów. I tu się zaczyna problem, a mianowicie
późne przyjeżdżanie do domu. Długo , długo walczyłam by nie siedział u
teściów tylko dzwonił z drogi by go ubierali i od razu wracał. Niestety mąż
lubi sobie tam jeszcze posiedzieć, napić się hebatki i dopiero wraca do domu.
Na nic moje prośby , tłumaczenia że ja czekam z obiadem, że widzę dziecko tuż
przed snem etc Próbowałam dojść do kompromisu, mówiąc mu że niech wyznaczy
sobie ze dwa dni w tygodniu niech tam dłużej posiedzi jeśli chce a resztę dni
niech stara się przyjeżdżać wcześniej. Generalnie ma to gdzieś. Mniej więcej
po roku odpuściłam to sobie, prosiłam tylko by wychodząc od teściów chociaż
do mnie zadzwonił i powiadmił mnie że już wracają, bym mogła wstawić
ziemniaki czy podgrzać obiad. Również nie kwapi się do tego , o co są z mojej
strony pretensje których on nie rozumie. Nie chodzi mi by dzwonił codzienne
na zasadzie meldowania się, ale gdy wie że będzie później. Tzn. zwykle
spodziewam się ich o 19.00-19.15 , tak też staram się przygotować obiad, by
później nie tracić jeszcze czasu na przygotowania, a móc się zająć dzieckiem.
Niestety mój mąż ma to gdzieś, bo uważa że jak przyjdzie o 19.30 a często
później do żadne spóźnieje. Ja jednak uważam że każda minuta dłużej jest
ważna , bo to przedkłada się na czas spędzony z dzieckiem i oczywiście z nim.
Tak więc tkwimy w tych kłótniach a ja po kilku ostrzejszych awanturach
stwierdział że nie odezwę się do niego póki sam nie zacznie ze mną rozmawiać
jak dorosły, odpowiedzialny człowiek. Niestety nie rozmawialiśmy ok 2 tyg. a
nie usłyszałam żadnych wyjaśniej , żadnego sposobu porozumienia się ze mną.
Mąż poprostu się zacina, bo twierdzi że i tak zawsze będę uważać że ja mam
rację. Ale tu przecież nie chodzi o to kto ma rację tylko o ustalenie
jakiegos kompromisu. Dodam że któregoś razu raczył mi wysłać sms że będzie o
któreś tam godzinie po czym przyjechał z 45 min opóźnieniem. Na moje pytanie
dlaczego tak późno (wcale nie zadane z pretensją) rzuł odpowiedź : a czy to
coś zmienia. I jak ja mam tak z nim żyć. Naprawdę już tracę nadzieję. Na
opiekunkę nie chciał się zgodzić bo u niego jest taka tradycja rodzinna że
dziadkowie zajmują się wnukami. Później wpadłam na pomysł że wynajmę osobę
która będzie mi przywozić dziecko samochodem od teściów, na co niestety teść
się strasznie obruszył że nie będzie obcej osobie wydawać dziecko.
Zaproponowałam więc że 2 razy w tyg. będę po dziecko przyjeżdżać ale oni będą
mi przyprowadzać go na dworzec. Dla nich do żaden problem, bo bardzo dużo
chodzą i mogliby potraktować to jako dodatkowy spacer. Na początku wyrazili
na to zgodę, że nie ma problemu, że będą mi go przyprowadzać. Niestety w
którymś momencie teściowi się odwidziało i rzucił mi tekst: że on nie jest
służącym, pomijając że inna była umowa. Generalnie uważa że powinniśmy
codziennie przesiadywać u nich, zabawiać go rozmową, a nie wchodzić tylko po
dizecko jak po "przesyłkę" - to jego słowa. Staram się jednak mu tłumaczyć że
tygodniu ja nie mam na to czasu, bo muszę zrobić obiad, posprzątać ,
wyprasować, etc. Niestety do niego nie trafiają takie argumenty.Tłumaczę mu
że jeśli tak bardzo chce się z nami spotkać niech przyjedzie do nas w
weekend, bardzo chętnie go zaproszę, czy my możemy przyjechać do nich lub
spotkać się na działce, ale nie w tygodniu, gdy te kilka godzin wieczorem
powinno być przeznaczone dla naszej trójki. Nie ważne czy będę bawić się z
dzieckiem (póki co jest na etapie samodzielnej zabawy) czy będę oglądać jakiś
serial , ale dziecko będzie w moim domu i mogę go obserwować, patrzyć jak się
rozwija. Mało tego mąż ostatnio mu wtóruje. Po którejś tam próbie spokojnej z
nim rozmowy (tydzień temu) nazwał mnie leniem, bo nie chce mi się jeździć po
dziecko. Uważam jednak to za bardzo krzywdzące, zwłaszcza że to on powinien
ponosić konsekwencje swoich kłamstw, gdyby nie okłamał mnie że ojciec będzie
przywoził mi dziecko , to byśmy mieszkali w innej dzielnicy co by było
znacznie zdrowsze dla naszego związku. W każdym razie na jego słowa że jestem
leniem odpowiedziałam mu - a kto w tym domu sprząta, pierze, gotuje.
Odpowiedź mojego męża: pranie pierze pralka :-) - no cóż szkoda tylko że ani
razu nawet nie kwapił się wyjąć rzeczy z pralki, a pranie na suszarce wisiało
by 2 tygodnie a by nie sprzątną. Co do sprzątania to rzucił mi tekst: to
pucuj sobie tą podłogę i nie zajmuj się dzieckiem. Bardzo mnie do zabolało
gdyż wiadomo jak to jest przy małym dziecku: tu rozleja, tam coś rzuci etc.
Odkurzać trzeba conajmniej 2 razy w tygodniu, podobnie z myciem podłogi, ale
mój mąż uważa chyba że powinnam to robić po 22.00 jak dziecko pójdzie spać.
Niestety nie funkcjonuję dłużej niż do 23.00 i to też ledwo (rano wstaję o
5.30). A najgosze co powiedział o gotowaniu - a kto ci każe gotowac - i to mi
mówi po trzech latach pichcenia, dogadzania mu. Zresztą to nawet nie chodzi o
jakość tych posiłków, ale o to by dziecko widziało i uczyło się że są jakieś
reguły panujące w domu. poza tym przy tak intensywnym trybie dnia to jest
praktycznie jedyny moment gdy rodzina jest w komplecie, gdy jest czas na
rozmowę etc. Niestety mój mąż ma inne zdanie. Efekt jest taki że
demonstracyjnie przychodzi teraz wcześniej, zabiera dziecko na dwór i wraca
najpóźniej jak się da. I co ja mam na to poradzić, jak mam z nim rozmawiać.
Naprawdę załamuję ręce. Nie wiem czy próbować go namówić na jakąś terapię
rodzinną, czy może ja za dużo wymagam? Bardzo proszę o radę.