aczerk
29.07.07, 13:12
Zawsze byłam ambitna, zawsze chciałam do czegoś dojść. Sama.
Dlatego skończyłam studia dzienne, równocześnie pracując. Marzyła mi się
wielka kariera. Potem ambicję przesłoniły mi sprawy rodzinne. Kochany
mężczyzna, urodziło nam się dziecko, dla którego chciałam rzucić wszystko.
Siedziałam z nim przez rok w domu. Potem postanowiłam pójść do pracy.
Niestety, mały był tak ze mną związany, że moje życie polegało na siedzeniu w
biurze, po czym pędem leciałam do domu, do synka i męża. Codziennie tak samo,
praca-dom, zakupy, gotowanie i sprzątanie gdy mały już śpi, bo nie dawał mi
chwili wytchnienia.
Jak skończył 3 latka, postanowiłam zrobić coś więcej dla siebie. Wieczorami
chodziłam na aerobic, postanowiłam też założyć swoją firmę, zaczęłam pracować
na dwa etaty - nie rzucając obecnej pracy podpisałam umowę agencyjną z dużą
firmą. Przedyskutowaliśmy ten temat z mężem wielokrotnie. Oboje doszliśmy do
wniosku, że aby coś osiągnąć, trzeba się poświęcić chociaż przez rok,
zwłaszcza że mamy dopiero po 30 lat.
Sytuacja wygląda teraz tak, że po pół roku mam dosyć. Wstaję o 6 rano, aby
ugotować, zrobić pranie, śniadanie i wyprawić dziecko do przedszkola. Jestem
w biurze od 9-17, a po południami mam spotkania z klientami. Wracam do domu
ok. 19, jednak staram się nie poświęcać każdego dnia na dodatkową pracę. 2-3
popołudnia poświęcam dziecku. W biegu między jedną a drugą pracą oraz domem
robię zakupy. A wieczorem, jak mały śpi, albo robię coś w domu, albo pracuję
przy komputerze. Do 12-1 w nocy. Niby sobie radzę dobrze, ale jest gorzej z
każdym dniem. Mąż przestał mnie wspierać, nie robi nic w domu, twierdzi, że
zajmuje się dzieckiem popołudniami i to wystarczy.
Wczoraj miałam urodziny, nie dostałam nawet kwiatów, nie wspominając o
prezencie. A jak w weekend chcę się wyspać, to mały po mnie skacze, mąż
natomiast twierdzi, że powinnam jak najwcześniej wstać, aby poświęcić synkowi
więcej czasu.
Zaczęłam palić papierosy po 5-letniej przerwie. I sama nie wiem co mam
zrobić. Odezwały się moje dawne ambicje, chęć zrobienia czegoś ponad to, co
robię, chęć osiągnięcia czegoś więcej. Nie chcę też stracić rodziny.
Natomiast nie chcę być dla nich jedynie gosposią. A oni tylko wymagają i
oczekują.
Czy mi się w takim razie nic nie należy? Przyjemności i pomoc z ich strony?
Czy nie można osiągnąć sukcesu wspólnie??
Nie wiem co robić... Zatracam się coraz bardziej. Zaczęły się awantury i
krzyki w domu, czasami podnoszenie ręki na zbuntowane dziecko.
Z mężem coraz częściej wogóle nie rozmawiam, i zaczynam się czuć cholernie
nieszczęśliwa....