ewa743
12.09.07, 04:47
Właśnie dowiedziałam się, że zerwał ze mną mężczyzna, o którym
myślałam, że jest już tym jedynym, na całe życie. Jak do tego
doszło? Zaczęło się prosto . Brak zainteresowania rodziną,
zamyślenie, nieobecność taka duchowa, marudzenie i krzyki na dzieci,
zniecierpliwienie, coraz mniej kontaktu fizycznego, a potem nocne
maile z innymi kobietami, nagła panika, gdy dzwonił jego telefon, a
ja chciałam mu go podać. Krzyki, że mam go nie ruszać, ostatnio
zaczął nawet spać osobno. O ile telefon jakoś zrozumiałam, to
nocnych maili i korespondencji, zwierzania się obcym osobom nie
umiałam. Nie rozumiałam, jak można zostawić na boku, kogoś
bliskiego, jak można nie położyć się obok kochanej osoby, bo
ważniejsze jest gadanie z innymi dziewczynami. Próbowałam to sobie
tłumaczyć, że przecież on jest już taki przyjacielski, kochany,
wspaniały. Jednak powoli zaczęłam tracić zaufanie. Już kiedyś
przechodziłam coś podobnego i wiem, że nie kończy się to różowo.
Cóż, wstydziłam się tych awantur, tego, że nie podoba mi się jego
zainteresowanie innymi kobietami, jego przejmowanie się ich
problemami, podczas, gdy ja nie miałam z kim porozmawiać. Próbowałam
jakoś to sobie tłumaczyć… Próbowałam jakoś zrozumieć, starałam się
nie zwracać na to uwagi, myślałam – może mu minie. Jednak
nadszarpnęło to moje zaufanie do niego. Jednak, kiedy wyniósł się z
naszego pokoiku, gdzie do tej pory byliśmy tacy szczęśliwi,
zastanowiło mnie to bardzo. Usiłowałam zrozumieć, tłumaczyłam sobie,
że może ma chwilowy kryzys, bo ostatnio nie było u nas najlepiej. Ja
wiecznie zmęczona, zajęta domem, dziećmi, ostatnio pracą, brakowało
mi czasu na wszystko. Nie miałam już siły na nic, bo podałam ze
zmęczenia na nos.
Przejrzałam jego pocztę. Przeczytałam jego ciepłe maile do innych
kobiet… Kiedyś takie maile pisał do mnie, był przecież moim
najlepszym przyjacielem, kochankiem, mężczyzną mojego życia. Był
człowiekiem, któremu zaufałam… I to mnie załamało. Zdenerwowałam
się, powiedziałam co o tym myślę. Żałuję tego, może należało
milczeć, wszystko brać za dobrą monetę, udawać, że nic się nie
dzieje, przeczekać… w nadziei, że minie mu to nadmierne
zainteresowanie innymi kobietami. Niestety, tak się jednak nie
stało.
To okropne uczucie wiedzieć, że zaraz powinno się jechać do pracy, a
właśnie się dowiedziało, że jest się już po zerwaniu, że nie ma się
już nikogo bliskiego, bo ten ktoś komu się zaufało, olał to
najzwyczajniej w świecie i wybrał inną…
Dobrze, że mam jeszcze dzieci, bo tylko to mnie jeszcze
powstrzymuje, przed zrobieniem tego ostatecznego kroku, jakim byłoby
zakończenie wszystkiego raz na zawsze. Ale wiem, że mimo wszystkiego
co teraz czuję, nie mogę, bo muszę żyć dla nich. Zadaję sobie tylko
jedno pytanie… Po co było robić nam ( mnie i dzieciom) nadzieję, na
szczęśliwą, normalną rodzinę przez cały czas? Po co było zdobywać
moje zaufanie, po co było w ogóle zawracać mi w głowie ?