mnie już prawie nie ma

02.11.07, 13:34
To chyba nie ma nic wspólnego z miłością. A więc co to jest? Już
chyba wiem. To jakiś monstrualnych rozmiarów swór, którego sama
przez parę lat tworzyłam. Wielki i mocny pomnik zbudowany na
konstrukcji ze złudzeń, wyobrażeń, pragnień, nie mających nic
wspólnego z rzeczywistością. To coś czym obudowałam własne ja,
skorupa, która teraz zaczyna pękać. Boję się z niej wyjść, boję się,
ze zrzucenie jej przypominało będzie stanie nago na środku rynku.
Nie czuje się silna, lecz już wiem, ze nie chcę dalej tkwić w
związku, który mnie niszczy. I wiecie co, myślę, ze odnajdę siłę.
Pierwszy raz w życiu chcę być sama. Moje małżeństwo od jakiegoś
czasu przypomina pudrowanie trupa. wszystko co zgniłe pudrujemy i na
pierwszy rzut oka to nawet nieźle wygląda. tylko, zę ja zaczełam
pragnąć dla siebie i mojej córki czegoś lepszego. i nie chodzi tu
wcale o nowy związek bo ja nikogo takiego nie mam i narazie mieć nie
chcę. Chodzi o spokój, spełnienie, odbudowanie poczucia własnej
wartości i szacunku do samej siebie. Tak naprawdę to przez długi
czas mnie nie było. Było ogromne poczucie winy, lęk, splątany kłębek
żalu, bezustanne poszukiwanie wyjścia, kompromisów, znajdowanie
usprawiedliwień dla czyjegoś postępowania. To własnie ja.
Teraz gdy patrzę na swój związek widzę go w całości. Nie dzielę go
jak kiedyś na okresy: przed i po ślubie, przed i po urodzeniu
córeczki, w ciąży itp. Nie wiem czemu sama zaczęłam ogarniać go cały
i pierwsza myśl, która się nasuwa to ta: NIGDY NIE BYŁO DOBRZE. U
nas nie było zdrady, nie było też kłamstw. Zawsze były kłótnie i
awantury. Od początku za wszystko winna byłam ja. Mój małżonek tak
skutecznie zakorzenił we mnie poczucie winy, ze stałam sie
niewolnicą tego obarczania sie o wszystko. Podsawowe pytanie które
codziennie sobie zadaję: Czy to naprawde moja wina? Czy ja jestem
normalna?Mam dość tego pytania. Bo wina leży po mojej stronie gdy:
Wyzywał mnie od suk i szmat, gdy ciągnął mnie za włosy, popychał,
zostawiał na całe wwekendy samą z dzieckiem i wychodził bez słowa.
To jest moja wina, bo jego zdaniem prowokuję go do takiego
postępowania. Prowokacja miewa różne formy. Np wczoraj wkurzyłam się
za to, że będąc na spacerze mój mąż przechodzi z wózkiem przez
ruchliwą jezdnię gdzie są dwie linie ciągłe gdy 20 m dalej jest
przejście dla pieszych. Dodam tylko, ze zdaża się to nagminnie.
Rozmawialiśmy na ten temat wiele razy. Czy to dziwne, ze boję się o
swoje dziecko? Sprowokowało go to do tego by zostawić mnie na środku
ulicy, zwymyślać, po raz setny przypomnieć mi, ze ma mnie w d., a
pozatym to: "Wszystkie kobiety to kreatury. Z pierwszym lepszym
poszłabyś się pieprz... gdybyś tylko mogła, gdyby miał kasę, gdybyś
była trochę pijana itp" Nigdy go nie zdradziłam i nie dawałam
najmniejszych powodów by tak sądził. Nie wiem dlaczego tak mówi. A
najlepsze jest to, ze po jakimś czasie np 2h twierdzi, że nic
takiego nie mówił. Może to zabrzmi dziwnie ale ja wyszłam za mąż z
miłości. Od początku wiedziałam, ze nie jest różowo, lecz była we
mnie wiara. Wierzyłam w to, że zdołam go zmienić, ze miłość może
wszystko. Jeśli się kogoś kocha to trzeba wybaczać. No i wybaczałam,
wyzwiska, przemoc, bezustanne gnojenie, obrażanie, samotne weekendy
i noce, brak pomocy w domu i 0 zaangażowania. Ogromną ilość
bolesnych słów. czy któraś z was słyszała od męża, że ją nienawidzi,
że chcciałby zeby znalazła sobie faceta, że wyobraża ją sobie
skatowaną leżącą w kałuży krwi i że ta myśl sprawia mu przyjemność,
że w każdej chwili może wymeldować mnie z mieszkania bo to jego
własność? Powiedział mi również, ze siedzę w domu i się opieprzam
(mamy ponad roczne dziecko, zajmuję się domem), ze nigdy nie znajdę
pracy, nigdy nic nie osiągnę, nie założę swojej firmy, moje
wykształcenie nie ma żadnej wartości(on ma niższe odemnie). A ja
jestem w domu tylko z tego powodu, ze mamy dziecko i zwyczajnie nie
mam możliwości by iść do pracy. On wraca do domu o 19. Całe dnie
poświęcam domowi i dziecku. Naprawdę się staram i nie mam czasu na
nic. Teraz piszę bo moja córeczka śpi, inaczej nie dałabym rady.
Myślę o rozstaniu także ze względu na małą. Nie chcę żeby widziała
swoją matkę jako domowe popychadło, kłębek nerwów, zestresowane
mymło. Jeśli on zdołał mnie przekonać, ze jestem nikim przekona
także ją. nie chcę by myślała ze w rodzinie to tak jest i już. Wolę
całe życie być sama niz sprawic by córaka powtarzała nasze relacje
gdy będzie dorosła. Nie chcę by nie miała do mnie szacunku...

Wiele razy tłumaczyłam mu, że ludzie się kłócą i możesz się ze mną
nie zgadzać ale nie obrażaj mnie, nie wyzywaj nie popychaj nie
podnoś na mnie ręki, nie pozbawiaj mnie godności. Dla niego słowa to
wiatr...

To straszne, ze cały czas boję się to zakończyć. Tkwię w tym a czas
mija nieubłaganie. Lęk nie pozwala mi patrzec jasno na to wszystko.
Jeśli zdecyduję się na rozwód to w jakiej formie i czym te formy
różnią. Jeśli zdecyduję się na ten krok to chciałabym żeby wszystko
odbyło się szybko. Mieszkanie jest jego sprzed małżeństwa. Nie ma
się w zasadzie czym dzielić. Jestem w trochę trudnej sytuacji bo nie
wiem, gdzie sie mam podziać z córką a przecież narazie nie
zarabiam.czy jest jakieś wyjście z tego układu? Pomóżcie proszę:)
    • kkasinka Re: mnie już prawie nie ma 02.11.07, 14:46
      To co przeczytalam wstrzasnelo mna,dziewczyno ratuj siebie i dziecko.
      Ty nie jestes wcale winna i jestes wartosciowa osoba.Nikt nie
      zasluguje na takie traktowanie.Nie wiem gdzie mieszkasz ale w
      roznych miejscach sa osrodki pomocy,moze postraj sie wyszukac przez
      internet jakis dom samotnej matki tam na pewno Ci pomoga.Uwierz w
      siebie,jestes matka i jak nie dla siebie to dla dziecka przerwij ta
      sytuacje.Z calego serca zycze ci sily,wiary w siebie i powodzenia.
    • twoj_aniol_stroz Re: mnie już prawie nie ma 02.11.07, 15:03
      Twój mąz jest chorym człowiekiem, który powinien podjąć leczenie.
      Niestety, żeby zobaczył swoją chorobę musi stać się coś co go wyrwie
      ze stanu w którym się teraz znajduje. Być może takim sposobem jest
      Twoje odejście, nagłe, bez wcześniejszego ostrzegania. Twoja
      sytuacja wcale nie jest beznadziejna. Nie wiem skąd jesteś, ale
      poszukaj w necie domów dla matek z dziećmi - tam nie ma komfortowych
      warunków, ale przede wszystkim jest pomoc prawna, dach nad głową i
      jedzenie. Tam dowiesz się o możliwościach jakie daje Ci prawo.
      Drugie co możesz zrobić to poszukać fundacji, dzięki której będziesz
      mogła uzyskać pomoc prawnika, psychologa. Tam także spotkasz
      kobiety, które mają za sobą drogę, którą Ty właśnie idziesz, one
      także Ci pomogą. Chcesz to pisz na priv - coś wspólnie wymyślimy :)
      • giaa24 Re: mnie już prawie nie ma 02.11.07, 15:21
        uciekaj dziewczyno z tego związku! on Cie powoli zabija od środka!
        każdy pragnie miłości, szczęscia ale nie mozna pozwalac na takie
        traktowanie! W dodatku macie małe dziecko... nie pozwól by twoja
        córka wyrosła w przekonaniu ze facet w ten sposób traktuje kobiete i
        tak po prostu jest!!! skontaktuj sie z jakąs poradnia dla kobiet, ja
        polecam Ci (sama korzystałam tam z porad prawnych - bezpłatnie) z
        Centrum Praw Kobiet oto link do strony
        www.cpk.org.pl/pl.php5/on/home
        Centrum pomaga od strony psychologicznej, prawnej...
        W zakładce kontakt znajdziesz adresy i telefony w róznych miastach
        Polski gdzie znajdują sie ich placówki
        Powodzenia
        Trzymam kciuki
        I pamietaj jestes silna!!! To on stłamsił Twoją wiare w siebie.Dzis
        jest Ci zle ale JUTRO bedzie lepiej! WALCZ O SWOJE JUTRO A TAKŻE O
        JUTRO SWOJEJ CÓRECZKI!
        POZDRAWIAM
    • lebot Re: mnie już prawie nie ma 03.11.07, 10:56
      Matko!!! Ten facet to psychopata!
      Teraz znęca się nad Tobą, potem zacznie znęcać się nad dzieckiem!
      Jak najszybciej przygotuj sobie i dziecku grunt do odejścia. Masz
      rodzinę, koleżanki? Zastanów się na kogo możesz liczyć, dziewczyny
      podały namiary na ośrodki pomocy dla kobiet, tam też warto zadzwonić.
      I zabierać się z tego związku, tego domu jak najszybciej!!
      Potem sprawa o rozwód i alimenty.

      Pozdrawiam, życzę szczęścia i spokoju dla Ciebie i Córeczki
    • czarownica.only Re: mnie już prawie nie ma 03.11.07, 21:42
      Kobieto,jak Ty to wytrzymujesz?To,co robi Twój mąż to nie tylko przemoc fizyczna
      ale i psychiczna.Jesteś naprawdę wielka,że znosisz to wszystko ale zanim
      zostanie z Ciebie wrak człowieka zostaw tego chorego egoistę.Wiem,że finansowo
      jest Ci ciężko ale Spróbuj może poszukać pomocy u rodziny albo w organizacjach
      dla samotnych matek.Chyba wszystko będzie lepsze od tego,co masz w tej
      chwili.Życzę szczęścia.
      • smooczek Re: mnie już prawie nie ma 03.11.07, 22:25
        Daj sobie szansę na lepsze życie. Uciekaj. Krok po kroku, do przodu,
        nie ogladając się za siebie. Każego dnia bedzie lepiej
        • nemeth Re: mnie już prawie nie ma 05.11.07, 11:19

          Rany, uciekaj jak najszybciej. Twój mąż to psychopata, strach z kimś takim
          siedzieć w jednym domu. Masz ciężką sytuację ale czy nie mogłabyś się zatrzymać
          u swoich rodziców. Dziecko posłać do żłobka poszukać pracy. Zrób wszystko żeby
          ratować siebie i córeczkę. Żeby nie musiała dorastać w domu i patrzeć jak jej
          "tatuś" znęca się nad mamusią. Masz szansę zacząć nowe życie bez przemocy
          zarówno fizycznej jak i psychicznej. Dziewczyny pisały o domach dla samotnej
          matki. Może warto by było w ostateczności rozejrzeć się na spokojnie za czymś
          takim. Może spróbuj skontaktować się z jakimiś organizacjami które pomagają
          kobietą w podobnych sytuacjach. Ja w każdym razie trzymam za Was kciuki i życzę
          żeby Ci się udało rozpocząć nowe lepsze życie.
    • agda17 Re: mnie już prawie nie ma 05.11.07, 13:41
      cześc byłam w podobnym związku być może w małżeństwie jest inaczej
      ale wyrwij się z tego wiem że to bardzo trudne ale mężów można mieć
      wielu . głowa do góry a jeszcze jedno on sie już nie zmieni.
      • female.psycho Faceci... 05.11.07, 16:01
        Witaj.

        W moim przypadku nigdy nie dochodziło do przemocy fizycznej, ale Twój i mój mąż mają wiele wspólnego. I my prawdopodobnie też mamy wiele wspólnego. On pozwala sobie na takie zachowanie, ponieważ pokazałaś mu, że może Tobą pomiatać, a Ty nie odejdziesz, bo go kochasz. Prawdopodobnie jesteś w stanie kochać się z nim kilka godzin po tym, jak Cię poniża. Cierpisz, płacząc obierasz ziemniaki, zwracasz mu uwagę, wierzysz, że podziała szczera rozmowa, bo to w końcu człowiek. Nic nie podziała. Tylko radykalne środki. Ja się zdecydowałam - wyprowadziłam się z dzieckiem (też mamy córeczkę). I co? Na kolanach błagał mnie, bym wróciła. Płakał. Minęły 3 miesiące i wróciłam. Wycofałam pozew o rozwód. Pierwsze dwa tygodnie po moim powrocie były ok...
        Mój problem jest jeszcze bardziej złożony, ponieważ on jest biseksualistą, choć podobno bardziej gejem niż hetero. Miał kiedyś partnera, a w trakcie naszego małżeństwa zdradził mnie z facetem. Tłumaczył, że mnie kocha, a z tym sobie poradzi. To wszystko sprawia, że nie czuję się kochana. W ostatniej sprzeczce dowiedziałam się, że nie jestem interesującą osobą, więc on nie będzie rozmawiał o mnie. Jeśli mam jakieś lęki (ostatnio miewam lęki i ataki paniki; próbowałam się tym z nim dzielić, ale usłyszałam, że wiecznie jestem w depresji i on nie będzie tego wysłuchiwał) to powinnam o nich rozmawiać z przyjaciółkami lub psychologiem. Owszem chodzę do psychologa... Owszem widuję się z koleżankami, które uważają mnie za pogodną i interesującą osobę. Jestem finansowo niezależna. Mam przyjaciela, faceta, na którego wiem, że mogę liczyć. To on pociesza mnie, kiedy jest mi źle, bo męża moje stany depresyjne nie interesują. Ten facet byłby ze mną, gdybym odeszła od męża... Co byście radziły? Co byście zrobiły na moim miejscu?
        • gatonegro1 Re: Faceci... 06.11.07, 10:25
          To prawda, że mamy ze sobą wiele wspólnego, lecz w wielu przypadkach
          się mylisz. On myśli, że może mną pomiatać bo nie zdaje sobie
          sprawy, że zniszczył już to co między nami było. Nie dociera do
          niego fakt, że jestem praktycznie na wylocie z tego związku. Szukam
          pracy i gdy tylko będę niezależna odejdę. Tu nie ma prawie szczerych
          rozmów. To są jakieś przebłyski ze strony mojego męża, które trwają
          chwilę a potem jest dalej gehenna. Nie kocham się z nim w kilka
          godzin po tym jak mnie poniżał(nigdy tak nie było). Ja nie mogę się
          kochać z kimś kto traktuje mnie w ten sposób bo zwyczajnie nie mam z
          tego przyjemności. W tej chwili jakikolwiek kontakt fizyczny z nim
          jest dla mnie przykry. Przypominam sobie wtedy automatycznie to jak
          mnie traktuje, wyzywa itp. Chce mi się płakać. Kiedyś byliśmy bardzo
          dobraną parą w łóżku. i wierz mi , że można to zniszczyć.

          Mój mąż także twierdzi, że nie jeastem interesującą osobą (ja mu
          nie wierzę
          bo pamiętam z jakim zapałem prowadziliśmy kiedyś rozmowy, jak
          lubiliśmy się ze sobą spotykać). Zresztą przestaje mi zależeć na tym
          by być dla niego interesująca. Podziwiam cię za to, że dałaś mu
          szansę i wróciłaś. Ale teraz uciekaj znowu. Nieważne czy ten facet -
          twój obecny przyjaciel z tobą będzie czy nie (ciesz się z tego, ze
          go masz). Wiem jedno, lepiej nie mieć nikogo niż kogoś, kto
          powoduje, że twoje życie wygląda "mało interesująco":) Byc może
          piszę te słowa także do siebie...Muszę utwierdzać się w przekonaniu,
          że właśnie to jest prawdą bo inaczej usłyszę w głowie słowa:"To ty
          jesteś wszystkiemu winna!!!" Wtedy mi jest trudniej myśleć. Ja nie
          miewam depresji ale nabawiłam się nerwicy i ogólnie zmieniłam się
          pod pewnymi względami na gorsze, np. krzyczę. Wiem, że to źle ale
          ten krzyk to takia głupia forma obrony, wyładowania. Denerwuję się i
          krzyczę.
          • gatonegro1 Re: Faceci... 06.11.07, 10:34
            Dziękuję Wam wszystkim za odpowiedzi. Kiedy ochłonę wszystko wydaje
            mi się prostsze. Mogę ulokować się u rodziców tylko, że tam też nie
            jest różowo. Kiedyś ze wszystkich sił chciałam uciec od rodziców i
            uciekłam tylko gdzie? Myślę, ze zacznę chodzic do psychologa. Znajdę
            pracę. Będę sama? A teraz nie jestem???
            • lebot Re: Faceci... - do Gatonegro 06.11.07, 14:19
              Wiesz co? Sądząc po tym, jak piszesz, w jakim stylu, to jesteś
              bardzo inteligentną i głęboko mądrą osobą. Nie mam najmniejszych
              wątpliwości, że sobie poradzisz. Nie będziesz sama. Będziesz z
              Córką, a to wielka różnica. Psycholog to dobry pomysł, na pewno
              pomoże Ci odbudować poczucie własnej wartości. Chcę napisać o
              jeszcze jednej ważnej rzeczy: też mam Córeczkę, nieco starszą od
              Twojej. Dziecko między 1,5 roku, a 3,5 roku (mniej więcej)
              przechodzi przez taki etap rozwoju, w którym jest nieznośne. Nawet
              anielsko cierpliwi rodzice wychodzą wtedy czasem z siebie. Obawiam
              się, że jeśli Twój mąż potrafi żonę wyzywać, szarpać za włosy itp.,
              to tym bardziej nie opanuje się w stosunku do upartego,
              rozwydrzonego dzieciaka (zaznaczam, że to nie kwestia wychowania,
              czy "winy" dziecka, tylko po prostu naturalny etap rozwoju). Obawiam
              się, że przy takim ojcu Twoje dziecko może znaleźć się w fizycznym
              niebezpieczeństwie, nie mówiąc o szkodach emocjonalnych. Dlatego
              uważam, że pierwsze, co powinnaś zrobić, to zadbać o bezpieczeństwo
              Córki. To jest najważniejsze!
              Pozdrawiam
            • lady68 Re: Faceci... 06.11.07, 14:45
              Jeśli faktycznie nie możesz wrócic do rodziców to pozostaje dom
              matki. Nie odkładaj tego w nieskończoność im dalej tym będzie
              gorzej. Pamiętaj że dziecko wszystko słucha i kiedyś sie na nim to
              odbije.
              Miałam identyczną sytuację do tego dochodziła jego matka. Zmusiłam
              go żeby poszedł do lekarza i od paru lat bierze leki. Zachowywał sie
              dokładnie tak jak twój mąż. W tej chwili taka agresja zdarza mu sie
              2-3 razy do roku, tj nic w porównaniu do tego co było przedtem.
              Niestety zapłaciła za te awantury moja córka, jest w wieku
              dojrzewania i mam z nią ogromne problemy, to ona jest teraz w
              stosunku do mnie agresywna i odrynarna, wyraźnie nie może sobie z
              tym, poradzić, z nia równiez chodze do lekarza. Jak widzisz
              zachorowała praktycznie cała rodzina. Nie dopuść do tego...
              Mysle że oni się tak zachowują bo sa słabymi niedojrzałymi
              emocjonalnie ludzmi, to rodzi w nich frustracje i agresie,
              oczywiście z czasem sie to nasila. Bardzo żałuje że przez te
              awanture mam córke teraz nadpobudliwą, agresywna która nie umie
              rozmawiać. Niestety walcząc o męża zaniedbałam wychowanie córki,
              które przecież powinniśmy wykonywać razem. Niestety to zawsze on,
              jego problemy były ważne. Teraz za to płace, co ciekawe on tez to
              widzi, nic już nie może zrobić.
              pozdr. i zycze dużo siły w podjęciu decyzji.
Pełna wersja