s.renatka
03.03.08, 14:14
Jestem z moim chlopakiem juz 7 lat razem, od 5 mieszkamy razem 700km od naszych rodzin. Nie jestesmy malenstwem ani zareczeni. Nigdy nie spedzamy swiat ze soba (bo jego rodzina uwaza, ze swieta sa swietami rodzinnymi). Jego rodzina manipuluje nim telefonicznie a mnie oskarza o to, ze maja teraz mniejszy kontakt z synem. Podczas rozmowy z nimi poruszylam temat swiat, odpowiedzieli, ze mieszkamy razem wiec nie musimy spedzac razem swiat. Kilka lat temu poswiecilam sie dla niego, zrezygnowalam ze szkoly, poniewaz nie bylo nas stac, zeby studiowaly dwie osoby. Jak na razie szkoly tej nie skonczyl a ja pluje sobie w twarz przez ta glupia decyzje. Na malzenstwo nie mam co liczyc, poniewaz jego rodzina uwaza, ze nie powinnismy sie spieszyc poniewaz mamy czas po 30-tym roku zycia. Dla mnie absurd. Manipuluja nim z kazdej strony. Jak jestesmy razem jest wszystko ok, dopoki nie zadzwoni telefon albo nie pojedzie do domu. Ostatnio uslyszalam, ze mam w ogole nie dawac mu jedzenia i ze oni sami beda utrzymywac swojego syna(ma 26lat). Probowalam juz wszystkich sposobow zeby odciac pepowine, rozmowa, krzykiem - bez skutku. Na codzien jest wspanialym, czulym mezczyzna. Denerwuje mnie zbyt silny wplyw jego rodziny na zycie jego i moje. Dostajemy smsy, ze mamy isc do kosciola, kiedy mamy przyjechac i czym oraz kiedy on ma przyjechac na swieta. Czuja sie jakbym byla wrogiem, nie chce ucinac kontaktow z jego rodzina, ale oczekuje od niego juz trochce wiecej zaangazowania w ten zwiazek. Prosze o rade.
Pozdrawiam