niobe800
08.04.08, 16:09
Jestesmy razem od 8 lat, malzenstwem od 2. Mamy 10-miesieczna
coreczke. No i wlasnie wydaje mi sie, ze powoli nasze malzenstwo sie
rozpada. Problemy nawarstwiaja sie i wlasciwie trudno mi napisac,
ktory jest najwiekszy.
Wszyskto zaczelo sie ciazy, ktora razem planowalismy i ktora sie
strasznie cieszylismy. Maz, pomimo tego, ze sam chcial dziecko,
totalnie ta ciaza i rozwijajacym sie malenstwem nie byl
zainteresowany. Marzylam o tym jak to w ciazy bede rozpieszczana
przez meza, jak bedzie glaskal mnie po brzuchu i mowil do naszego
malenstwa, ale nic takiego nie bylo. Wrecz przecinie - to ja po 9
godzinach pracy wracalam do domu i gotowalam. Nie pamietam zeby
chociaz raz przyniosl mi swieze owoce czy sok i dbal o mnie tak jak
powinien. Nie interesowal sie tez wogole dzieckiem, jego rozwojem, a
nawet niechetnie kladl reke na brzuchu kiedy dziecko kopalo.
Pomyslalam sobie - ok, moze po prostu nie czuje tego jeszcze tak jak
ja. Wkoncu to dziecko jest we mnie, ja, jako matka, odbieram to
inaczej. Bolalo mnie to ogromnie, ale staralam sie to sobie jakos
wytlumaczyc.
Dziecko sie urodzilo i niestety... Tatus niby zakochany w corci,
wzrusza sie jak ja widzi, ale kompletnie nie ineteresuje sie nia
tak, jak wg mnie ojciec powinien. Wszystko przy corce robie ja,
ubranka, pieluszki itd. kupuje ja, karmie, przewijam, kapie ja.
Prosze go aby zajal sie chociaz "meskimi" sprawami typu
zabiezpieczyl kontakty i kable w domu, obnizyl lozeczko itd. - gdzie
tam. Wydawalo mi sie, ze troskliwy ojcie powinien myslec o
bezpieczenstwie swojej rodziny, ale nie...
Do tego wszystkiego miedzy nami nie ma juz wlasciwie zadnej
intymnosci. Nie calujemy sie, nie przytulamy, kochalismy sie raz!!!
przez ostatnie 18 miesiecy! i bylo to zainicjowane przeze mnie. Maz
wraca z pracy, prosze go zeby chociaz chwile pobawil sie z dzieckiem
(przy tym jak ona spi to on cieszy sie, ze jest spokoj), a potem
siedzimy i kazde robi swoje.
Ale to nie wszystko... Nie wiem jakim cudem my jestesmy razem, bo
jestesmy totalnie roznymi osobami. Ja towarzystka, kocham ludzi,
kocham podroze, kocham sie smiac - on gburowaty introwertyk, nie
lubi ludzi, wszyscy go denerwuja, jego najwiekszym marzeniem jest
miec swoj ogrod i siedziec w nim po pracy! Ja interesuje sie calym
swiatem, duzo czytam, potrafie rozmawiac na kazdy temat - on nie
czyta wcale, potrafi porozmawiac jedynie o sporcie. Potrafi siedziec
wieczorem i patrzec na TV z wylaczonym dzwiekiem.
Ja potrafie zrobic prawie wszystko ;) tzn. i typowo "meskie" rzeczy
typu naprawa cieknacego kranu i typowo "kobiece". On - nie potrafi
nic! To co mi zajmuje pol godziny jemu zajmuje caly dzien. Nie
potrafi poradzic sobie z najprostrzymi rzeczami jak zlozenie szafki
z Ikei, co ja robie w pare minut. Np. to ja z wielkim brzuchem
skladalam lozeczko dzieciece i szafki bo on nie mogl sobie z tym
poradzic.
Jak to sie stalo ze jestesmy razem juz tyle lat? Nie wiem... Wiem,
ze wszystko zaczelo sie psuc jak urodzila sie nasza corka. Pewne
jest to, ze ja zmienilam troche swoje oczekiwania. Wydaje mi sie, ze
teraz kiedy jestesmy rodzicami, powinnismy byc bardziej
odpowiedzialni, powinnismy swoim zachowaniem dawac przyklad i coraz
bardziej denerwuje mnie to jaki on jest.
Nie napisalam wszystkiego bo tych problemow jest tysiace, ale
zastanawiam sie czy jest jeszcze dla nas szansa? Kocham go, czekam
na jego powrot z pracy, tesknie za nim, a jak wraca to nawet ze soba
nie rozmawiamy. Czy walczyc o taki zwiazek?