faqltet
20.04.08, 23:32
Za nami jest 10 lat bycia razem (7 lat chodzenia i 3 lata małżeństwa) i mamy rocznego synka.
Ostatnio byłem wręcz na skraju załamania. Pomimo tego, że mam się za wytrzymałego psychicznie, miałem ochotę zamknąć się w ciemnym pomieszczeniu i rozpłakać. Czułem, że dłużej tak już nie dam rady. Ale zdałem sobie wreszcie co jest powodem tego mojego stanu.
Uświadomiłem sobie, że żyję z manipulatorką. W sumie wiele przesłanek już wcześniej świadczyło o tym, że żona (wtedy jeszcze jako dziewczyna) ma takie zapędy, ale miłość jest ślepa... i niestety proces uświadamiania siebie samego trochę trwa. Jednakże w ciągu ostatnich pięciu miesięcy, życie z moją żoną stało się istnym koszmarem. Nagle wszystko zaczęło jej przeszkadzać.
Wyglądało to mniej więcej tak:
- coś zrobię, to źle to zrobiłem, albo niedokładnie - i oczywiście robię to celowo
- coś zapomniałem zrobić, - i oczywiście robię to celowo
- spóźniłem się z pracy, informując ją uprzednio o tym fakcie, to i tak celowo pokrzyżowałem jej po południowe plany
- inny facet by się domyślił, że ...- i tu nie kończąca się lista
- nie pomagam jej zupełnie w domu, wszystko musi robić sama - i oczywiście robię to celowo
- mógłbym wcześniej wracać do domu (i przy okazji przynosić więcej pieniędzy)
- podważała mój autorytet prawie na każdym kroku
- kłótnie, dzięki którym w tym roku spokojnych dni było ok 30?
- zarzucanie mi że jestem najgorszym mężem na świecie
- moje zarobki nie pozwolą nam na zbudowanie domu
- powinienem wcześniej wracać do domu - "inni wychodzą wcześniej od Ciebie" - dotyczy to moich wspólników z firmy.
- ciągłe wypominanie - kryzysu sprzed małżeństwa i tego że ma do siebie żal że tak bardzo 'o mnie' walczyła
- wypominanie, że nie jest jak dawniej - okazywanie uczuć
- stawianie mnie przed faktem dokonanym - jeśli nie zrobię tego czego ona się już podjęła lub zdecydowała za mnie to w oczach innych będę nieużytkiem itp.
Nie wiem, czy wymieniłem wszystko. Tyle pamiętam na teraz jak to piszę.
Reasumując, nagle okazało się, że miałem same wady, żadnych zalet...
Ciągłe kłótnie o "byle co" zaczęły mnie przerażać.
Próbowałem porozmawiać o tym co się u nas dzieje z teściami, mówiąc, że bez przerwy się kłócimy. Jedyne co usłyszałem od obojga z osobna "dzieci, nie kłóćcie się, rozmawiajcie..."
Moi rodzice przeprowadzili się kilka lat temu na Śląsk, więc przez telefon nie uda się przekazać i wyrazić tego uczucia jakie człowiekowi w danej chwili towarzyszy.
Dlatego próbowałem rozmawiać z żoną, ale mówiąc jej co mnie boli - (z założenia twardziela, w towarzystwie postrzeganego jako odpornego psychicznie), ona reagowała stwierdzeniami "wmawiasz sobie", "nie wymyślaj", "nie rób z siebie ofiary", lub też po prostu śmiała mi się w oczy i odwracała kota ogonem.
Skoro rozmowy z żoną nie dawały efektów, ciągle się kłóciliśmy. A ja zacząłem się czuć strasznie nieswojo, obco i zupełnie niepotrzebny...
Wczoraj wróciłem z tygodniowej delegacji ze Śląska. Ta delegacja była niespodziewana. Gdy tylko moja żona dowiedziała się, że jadę na tydzień, od razu zauważyłem zmiany w jej zachowaniu. Była podminowana przez cały weekend. W nocy przed moim porannym wyjazdem chciałem się z żoną kochać. Jednak pomimo moich pocałunków i delikatnych pieszczot moja żona nie wykazywała chęci na "coś więcej". I gdy tak ją zachęcałem, nagle przyszła mi taka niespodziewana myśl do głowy "a może ja robię coś nie tak, a może mnie zaraz za coś skrytykuje" i po prostu w tym momencie mój zapał zgasł... Wycofałem się nie chcąc być po raz kolejny być upokorzonym. Jej reakcja była gwałtowna. Złość, płacz i różnego rodzaju wyrzuty, że nie kończę tego co zaczynam, że specjalnie zostawiam ją w takim stanie wyjeżdżając i jeszcze parę innych.
Wyjechałem. Dzięki wizycie na Śląsku, miałem możliwość porozmawiania z bliskimi o tym co mnie boli i nie pozwala normalnie funkcjonować.
Będąc z dala od niej, uświadomiłem sobie, że przez te ostatnie miesiące "ktoś", a dokładnie moja żona robiła wszystko abym miał strasznie niską samoocenę!!!!!! No chyba, że się mylę? Tak czy inaczej, zdając sobie z tego sprawę, poczułem, że przejrzałem na oczy. Powiedziałem żonie przez telefon, że jak wrócę to będziemy musieli poważnie porozmawiać, gdyż obecnie bardzo źle się czuję w naszym związku. Dodatkowo poinformowałem ją, że do momentu mojego powrotu do domu nie będziemy rozmawiać przez telefon, dopóki nie wyjaśnimy sobie wielu rzeczy ona natomiast powiedziała mi, że ona ma się świetnie i nie wie o co mi może chodzić.
Po tej rozmowie poczułem się lekki jak piórko. Spadł ze mnie jakiś niesamowity balast.
Doszedłem do wniosku, że jak wrócę będziemy musieli bezwzględnie udać się do psychologa, bez tego nie ma mowy o jakimkolwiek związku.
Wcześniej wielokrotnie proponowałem wspólne pójście do poradni lub psychologa, by nam uzmysłowił co zrobić by poprawić relacje. Zawsze słyszałem negatywną pełną agresji odpowiedź, w której podkreślała, że to ja jestem "nienormalny" i sam powinienem iść...
Po powrocie zapytałem, czy jest gotowa na to by iść razem do psychologa by porozmawiać o naszym związku.
Tym razem zamiast automatycznego odrzucenia propozycji usłyszałem stwierdzenie, że powinienem nas umówić bez jej wiedzy i "postawić ją przed faktem dokonanym" poinformować, że jesteśmy umówieni i idziemy. Ale tak to potrafi robić moja żona, o czym wspomniałem w punktach powyżej.
Z drugiej strony, trzeba chcieć by coś zmienić, a nie robić coś na siłę.
Nasza "rozmowa" do niczego nie prowadziła, gdyż zamiast rozmawiać kłóciliśmy się.
Niespodziewanie przypomniałem sobie o wspaniałej książce jaką kupiłem blisko 3 lata temu:
NIE POZWÓL SOBĄ MANIPULOWAĆ W MIŁOŚCI autorstwa Isabelle Nazare-Aga - może ktoś czytał
Wczoraj przeczytałem ją ponownie. Czytając, czułem się jakbym czytał o sobie.
W pierwszym rozdziale znajduje się 30 cech manipulatora. Po szczegółowej analizie stwierdzam, że moja żona ma ich 27
To chyba o jakieś 20 za dużo, ponieważ każdy z nas jest w jakimś stopniu manipulatorem - ja z tych 30 cech siebie zobaczyłem w 2...(mówię uczciwie)
Moja żona i jej "koleżanka" po przeczytaniu pierwszych dwóch cech z 30 stwierdziły, że ta książka jest tylko wymówką dla mnie i ogólnie książka jest "głupia".
Jednakże po przeczytaniu książki umocniłem się w poczuciu własnej wartości. Widząc w jaki sposób reaguje manipulator w sytuacji, gdy traci nad swoją ofiarą kontrolę, to tak jak bym widział swoją żonę. Wszystko co jest napisane w moim przypadku znajduje 100% potwierdzenia.
Moja pewność siebie i zdecydowanie zauważalnie frustrują żonę. Ja wiem, że książkę napisał specjalista w oparciu o badania, a nie ktoś przypadkowy.
Dlatego zastanawiam czy faktycznie złożyć wniosek o separację, rozwód, czy też jednak udać się na wspólną terapię, oddzielną? Czy jest sens cokolwiek ratować?
Mamy synka, którego oboje kochamy. Tym trudniejsza decyzja. Jednakże, czy dziecko ma być nieustannie świadkiem poniżania przez matkę ojca, a w następstwie ojca, który w akcie rozpaczy wrzeszczy na matkę i przeklina? Czy ciągła walka pomiędzy rodzicami nie powodowałaby w dziecku brak poczucia bezpieczeństwa?
Na chwilę obecną po zdaniu sobie sprawy jak niesłusznie byłem traktowany nie darzę żony żadnym pozytywnym uczuciem. Od miłości do nienawiści nie wiele potrzeba. Na chwilę obecną szanuję ją za to, że jest matką naszego syna. I nic więcej niestety nie czuję...
Co mi doradzicie?