samaniesamotna
23.04.08, 10:48
Witajcie
Chciałbym opowiedzieć Wam moją historię.
Mam 31 lat, mąż również. Mamy 5 letniego synka.Znamy się 7 lat.
Mąż się we mnie zakochał na zabój (poznaliśmy się w pracy) i ja w
nim też.
Zdobywał mnie kwiatami,wierszami, wspólnymi spacerami..byłam
zakochana i ślepa.
Mąż to typ dobrego przyjaciela a jednocześnie duszy towrzystwa,
ambitny,zawsze wesoły, przystojny, zadbany, chętny do imprez i
wyjazdów.
Wtedy w ogóle nie widziałam jego wad, tylko same zalety.
Dodatkowo zrobił wspaniałe wrażenie na mojej rodzinie.
Po prostu idealny kandydat na życiowego partnera.
Zaszłam w ciążę (on bardzo chciał mieć dziecko) wzięliśmy
ślub.Wyprowadziliśmy się do pustego mieszkania mojej matki
chrzestnej, pozwoliła nam tam mieszkac za darmo.
I wtedy okazało się ze ten facet to starszny egocentryk,wpatrzony w
siebie egoista.
Nigdy nie pomagał mi w domu,może na początku zrobił -odkurzył,
podlał ogród.
Ale wszystko robił z musu.
Ja w ciąży poszłam na zwolnienie lekarskie i od tego czasu 3 lata
byłam w domu.
On pracował i uważał ze skoro siędzę w domu z dzieckim to nic nie
robię, tylko lezę do góry brzuchem.
Byłam typową żoną domową, nie pracowałąm zawodowo. On wracał z
pracy, jadł obiad i zaczynał grać w gry komputerowe.Kompletnie miał
gdzieś dziecko i mnie.
Nie przeszkodziło mi to ukończyc zaocznie studiów, dbać o
siebie,dziecko, męża i dom.
Poświęciłam dużo czasu aby ratować nasz związek.
Kochałam go i wielokrotnie tłumaczyłam czego oczekuję.On twierdził
ze mu truję i gadam głupoty.
Pomimo tego że brzdko do mnie mówił, czasami wyzywał, był agresywny
i niekontrolował słów,ja byłam cierpliwa i w imię miłości wszystko
znosiłam.
Starałam się być dobrą zoną, choć nie zawsze miałam siły,małe
dziecko jest jednak bardzo absorbujące.
W pewnym momencie mąż stwierdził że jestem beznadziejna w łóżku (ma
duży temperamanet i chciał się kochać po 2 razy dziennie - codzinnie)
Jak nie chciałam, ze względu na zmęczenie itp to powiedział ze ma
mnie w dupie i ze znjdzie sobie kogoś.Facet który nosił kwiaty
zniknął.
Żyłam w takim związku dla dobra dziecka, i nadal go kochałam.
W pewnym momencie musieliśmy się wyprowadzić, a z braku innego lokum
(nie było nas stać) wprowadzilismy się do domu mojej mamy,
mieszkała sama na dużej powierzchni a że jest osobą niekonfliktową
to pomyślałam że zostawię z nią dziecko i pójde do pracy.
W międzyczasie mąż wziął kredyt (zgodziłam się na podpisanie
rodzielności-czemu to zrobiłam chyba ze strachu:( ) na mieszkanie,
miał juz inną pracę i
dochody o wiele wyższe, niż na początku naszego małżeństwa.
Ja też znalaząłm pracę i to nawet bardzo dobrą, z pensją całkiem
zadowalającą.
Myślałam że wszystko się ułozy, oboje mamy pracę, piękne dziecko,
buduje się mieszkanie dla nas..
Nagle na jesieni mąż stwierdził że się wyprowadza żeby przemyślęć
nasze małżeństwo.Po miesiącu wróćił.
Ten czas bez niego był dla mnie koszmarny, nie mogłam spać,
schudłam, byłam wykończona.Teskniłam.
Po miesiącu wrócił.Teraz żałuję że go przyjęlam.Okazało się ze miał
romans.
Obiecał ze się postara poprawić.
Nic z tego nie wyszło.
Miesiąc temu powiedział mi ze odchodzi, ze nie ma sensu, ze ma inną,
która jest wspaniała.
Praktycznie mi "wyrzygał" ze zawsze miał kochanki, ze ja go nigdy
nie zaspokajałam, ze miał nawet kochanke przed naszym slubem..
Ze przy tej (poznał ją na jakims szkoleniu-ma 27lat) jest
szczęsliwy, radosny, ze ona mu daje szczęście i miłość.
Ze dla niej(a nie dla mnie) postara sie być idealnym partnerem,
ze bedzie dla niej gotował( umie ugotowac wodę, ziemniaki i usmażyc
jajka)
i bedzie sie starał aby nigdy nie zrobić wiecej takiej pomylki jak
ze mną.
Że teraz dojrzał do związku partnerskiego a ja byłam beznadziejna i
nigdy nie znajde faceta.
Mimo tego ze wiem ze to dla mnie dobrze, to jestem w rozsypce, wiem
ze moze bedzie lepszym ojcem dla dziecka (spedza z nim bardzo mało
czasu)
Dzisiaj ide do adwokata, dowiedzieć sie co teraz, co z kredytami,
opłatami, co z alimentami na dziecko i na mnie...
żal mi tych lat, straconego czasu, zal mi ze on był taki, ze nasz
synek nigdy nie dostał od niego tego co powinno dostać dziecko w
normalnej rodzinie.
Jestem sama ale nie samotna, bo mam rodzinę, stoi za mną murem, a on
nawet nie utrzymuje kontaktów ze siostrą czy matką..ma gdzieś
rodzinę.
Czy to możliwe ze to moja wina ze to wszystko się tak rozpadło...?
Czy on bedzie szcześliwy z tą nową...jedynym dla mnie pocieszeniem w
tej chwili jest nadzieja ze bedzie mu zle i ze bedzie żałował..
*sama*