taanna
20.07.08, 16:26
Nie chce zrobić jakieś głupoty i potrzebuje pomocy.
Jeśmy z mężęm już jakieś 5 lat razem, a parą jesteśmy od ponad 10.
Odkąd pamiętam, co jakiś czas miałam wątpliwości, czy powinniśmy być razem, czy go naprawdę kocham.
Były takie momenty, że czułam, że powinniśmy się rozstać, ale nie wiedziałam, jak, wydawało mi się to niewykonalne. Mysl o tym ze mialabym mu powiedziec ze sie rozstajemy i to przeprowadzic byla dla mnie niewyobrazalna.
Potem kiedy te wątpliwości mijały, sama sie sobie dziwiłam, męczy nie to strasznie, brak mi stabilności.
Kiedy mam jakieś problemy, to nie wyobrażam sobie życia bez niego, bez niego konkretnie a jkiegos tam ogólnie faceta.
Jak jest dobrze, to wtedy tę wątpliwości wracają, brakuje mi czegoś.
I właśnie w tym czego mi brakuje jest problem, brakuje mi jakieś wielkiej miłości, brakuje mi poczucia, że to ten własnie ten jedyny i nawet jeśli te pierwsze uczucia osłabły to ja mogę śmiało powiedzieć, że go kocham.
Ale tak na prawdę to mi się wydaje, że mnie ciągnie, to tych uniesień, kiedy sie ludzie poznają i za sobą tęsknią, i siebie tak strasznie uwielbiają.
Mam wrażenie, że zanim podejmę decyzję, żę się rozstajemy, przejde przez to wszystko to powinnam się upewnić, czy nie będę miała tego samego problemu z każdym napotkanym facetem.
Bo ja tak na prawde, to nigdy nie zakochałam się z nikim innym, nie czulam tego co czułam z moim mężęm na początku, mam wrażenie, że coś we mnie to niszczy. Ze jestem zbyt skoncentrowana na sobie by kogos tak pokochac, albo ze szukam jakiejs takiej nierealnej jednosci w zwiazku, ktora jest niewykonalna.
Takie odczucia mam co jakiś czas, raz no rok ,czy coś takiego i to mnie męczy, siedze i płacze jak popaprana i nie wiem co ze sobą zrobić. I najchetniej to bym sobie wyla caly dzien do ksiezyca az mi nie przejdzie.
Sama nie wiem czy sobie nie stwarzam dramatu, tylko po to by coś poczuć wreszcie.
Tak w ogóle, to mam wrażenie, że ja sobie stworzyłam swój wewnętrzny świat i w nim sobie żyje przeżywając sobie wszystko po swojemu, ale to jest bez sensu, zabiera mi to pół życia, jest fikcja, i zostawia poczucie, że życie mi przecieka między palcami.
To jest jak uzależnienie- tworze sobie w głowie historie i nimi zyje, jak narkotyk, jesli tego nie robie, to robie cos innego, cwicze, jem, albo pije. Czasem mniej czasem bardziej, ale tak właśnie jest.
A najsmiesniejsze w tym wszystkim jest to, że to co chcialabym czuc, (w ogole do kogos) czuje chyba do meza jak jestem pijana.
Sama nie wiem co ze soba zrobic, czy odejsc i probowac sobie poukladac zycie, wiedzac ze jesli jednak to jest ten, to to juz nigdy nie wroci (nie bedzie powrotu), czy najpierw sporobowac sobie ze soba poradzic a potem podejmowac jakies zyciowe decyzje.
Tylko ta druga opcja to i sie wydaje oszukiwanie siebie.
Do tego dochodzi kwestia to, ze jesli w koncu nawet stwierdze, ze ok, to co czuje do meza to przyzwyczajenie, przywiazanie, troska i takie tam ale nie milość, to to wcale nie bedzi oznaczac ze z automatu sie z nim rozstane, bo to jest wbrew moim przekonaniom religijnym. Nigdy z wyboru nie bylam z innym facetem, bo uwazam to za grzech, a jesli bysmy rozstali sie z mojego powodu, to powinnam po prostu zostac sama i tyle.
Ja sama widze w z boku ze to co pisze brzmi sczeniacko i niedojrzale i gdybym cos takiego przeczytala to bym czula do kogos takiego pogarde ale ja poradze na to ze tak wlasnie sie czuje.