marta.bartosik
22.09.08, 21:16
Witam.Może zaczne od tego,że bardzo ciężko opowiadać mi o swoich uczuciach,bo
od dziecka byłam uczona,że to okazywanie słabości i rozczulanie się.Ale
postaram się opisać swój problem.Właściwie z problemami jakie czytałam tu na
forum nie jest on taki duży,jednak zatruwa mi życie.Mam 24lata, od ponad dwóch
lat jestem mężatką i mamą wspaniałego dwuletniego synka.Mąż jest
wspaniałym,pracowitym czułym i kochającym człowiekiem, mój synek jest pięknym
zdrowym chłopcem.Mamy za soba w trójkę wspaniały kontakt.Mąż dużo pracuje,żeby
było nas stać nie posyłać małego do żłobka ani w młodszych latach do
przedszkola.Jednak zawsze ma dla nas czas i siły.Każdy weekend zajmuje się
małym od rana do wieczora.właściwie jestem szczęściarą.Mamy niestety jeden
problem.Mieszkamy z moimi rodzicami.Na początku wydawało się to dobryn
pomysłem.Rodzice mają dość duże mieszkanie, w samym centrum,wszędzie
blisko.Jednak nie mogę znieść nadgorliwości mojej mamy.Ona jest wspaniałym
człowiekiem i przypuszczamże nie robi tego celowo, jednak w jej naturze leży
perfekcjonizm i tego wymaga od innych.Jestem jedynaczką więc zawsze byłam
oczkiem w głowie.Jednak moja mama zawsze miała już jakiś plan na mije życie
nie koniecznie taki sam jak ja.Chciała wybierać mi studia,chłopaków i
generalnie wszystko.Krytykowała moje zdanie.Upokażała mnie wyzwiskami,przez co
zamknęłam się w sobie i o niczym z nią nie rozmawiałam.Ona uważa,że ją
zawiodłam, ja przy niej czuje się bezwartościowa.Tylko przy niej.Inni
doceniają to co robię.Tylko ona uważa,żę jestem gorsza.Nie skończyłam studiów
bo nigdy na nie nie chciałam iść.Chciałam iść na studium kosmetyczne,bo
naprawdę jestem w tym dobra,nie dała mi.Miałam nawet zacząć teraz od
września,mąż miał siedzieć z małym.Zrobiła mi awanture,że mogłam się uczyć jak
był czas,że jestem ptasim móżczkiem,bo mąż żle zajmie się dzieckiem i mały
będzie cierpiał.Ona żyje w przekonaniu, że mężczyżni nie potrafią zajmować się
małymi dziećmi.Na nic przekonywania.Udało jej się wzbudzić we mnie poczucie
winy.Nie poszłam.Obiecałam sobie że za rok.Jak mały podrośnie.ALe czuje się
przegrana.BArdzo mnie to zabolało.Czuje się jak mała dziewczynka wiecznie
pouczana.Najgorsze,że na to wszystko patrzy moje dziecko.Jak mam w niam
wzbudzić autorytet kiedy sama jestem dzieckiem w tym domu.Żle gotuje,wieszam
pranie,robie zakupy.Wyremontowaliśmy całe mieszkanie,założyliśmy centralne z
mężem żeby im też żyło się lepiej.Mieszkamy w prywatnej kamienicy płacimy na
pół taki czynsz,że gdzie indziej sami byśmy się baz problemu utrzymali,jednak
nie stać nas na jaką kolwiek kaucje.Mam zamiar złożyć podanie do UM ale
słyszałam,że na mieszkanie czeka się nawet 10 lat.Nie możemy wziążć kredytu,
bo do póki ja nie pracuje nie chcemy się zadłużać. Z resztą mamy już raty, bo
majątek kosztowało nas doprowadzenie tego mieszkania.Ja nie chce,żeby mojemy
synkowi powtórzyła się ta sytuacja, a ona też ma już plan na jego
życie.Oczywiście będę go bronić,ja nie chce żeby moje dziecko bało się wracać
do domu,Ja to przeżyłam.Chore ambicje mojej mamy zniszczyły wszystko.To nie
jest zła osoba,ale wytwarza wokół siebie atmosfere zdenerwowania.Mój tata mi
mówi"nie przejmuj się,przecież wiesz jaka jest mama",mąż"ona cie tylko gnębi
psychicznie,po prostu jej nie słuchaj"ale ich nie ma całe dnie w domu.ja
jestem,a mama ma taką prace,że też przeważnie jest w domu.Kiedy wstajemy przed
7 rano to za póżno,bo ona jak ja byłam mała to wstawała o 3.To jeden przykład
dyktatury w tym domu.Próbowałam z nią rozmawiać,ale zawsze kończy się to
płaczem i obrażniem mnie.My chyba po prostu nie powinnyśmy razem
mieszkać.Widywać się raz na jakiś czas i wtedy było by między nami dobrze.Bo
naprawdę ją kocha, chciała bym tylko,czuć się dowartościowana i mogąco wyrażać
własne zdanie.No i jak mam nauczyć swoje dziecko kocham własny dom,skoro sama
nie lubie di niego wracać?Mam wspaniałe dziecko i męża.Nie mamy tylko miejsca
zeby wspaniale żyć.