alibabka1978
28.10.08, 12:10
Mam wrażenie, że tak właśnie jest.
Jestesmy malzenstwem od 3 lat, mamy 11 miesiecznego synka.
Moj maz mial juz kiedys rodzne - nie ja bylam powodem rozpadu
poprzedniego zwiazku, poznalismy sie juz jak znow byl sam - i ma 11
letnia coreczke. Ok, to wszystko wiedzialam od samego poczatku
naszej znajonosci. Wiedzialam tez ,ze bedzie widywal sie z corka,
czesto, 2 weekendy w miesiacu i jeszcze jakies dni w tygodniu. Nawet
nie smialam bym mu tego ograniczac bo dobro dziecka jest
najwazniejsze. Ale podswiadomie balam sie jak w przyszlosci poradze
sobie z ta sytuacja. Zawsze slyszalam, ze bedzie jak jest i nic sie
nie zmieni. Do momentu zawarcia zwiazku malzenskiego a moze i do
momentu mojego zajscia w ciaze w opiece nad dziewczynka bardzo
pomagali mu rodzice, razem spedzali weekendy, gotowali sobie obiadki
itp. Mam wrazenie. ze starali sie mnie nie przestraszyc padajacymi
na mnie obowiazkami jako przyszlej zony ich syna. Umozliwiali nam
wspolne wyjscia w weekendy zajmujac sie dziweczynka, choc ja wcale
tego nie wymagalam, bez problemu brali ja na wakacje tylko po to
zebysmy my mogli w tym czasie razem wyjechac.
Wielokrotnie rozmawialam i pytalam sie jak bedziemy zyc po slubie
ale zawsze otrzymywalam odpowiedz, ze nic sie nie zmieni a nawet
bedzie lepiej bo corka zacznia dorastac i miec swoje towarzystwo i
na pewno zrezygnuje z czesci spotkan z ojcem. Balam sie, ze to
wyglada zbyt idealnie ale zapewniana wiele razy uwierzylam...
I pewnego pieknego dnia w 2 miesiacu ciazy uslyszalam od tesciowej
ze juz dosc ma uzerania sie z wnuczka i ze niech tata sie nia
wreszcie sam zajmuje. I co jakis czas slyszalam juz podobne
stwierdzenia...a przeciez ja nigdy nic na ten temat nie mowilam!i
ciagle niby niesmiale propozycje, ze moze zabrac na stale
dziewczynke do nas...O tym zdecydowanie rozmawialismy przed slubem i
nic takiego nie mialo miec miejsca.
I od tego czasu weekedny mala zaczela spedzac u nas w domu, babcia
nawet przestala zapraszac na obiadki, stara sie ograniczyc swoja
pomoc do koniecznego minimum. Dopoki nie urodzil sie nam synek to
jakos radzilam sobie w tej sytuacji. Z wielkim brzuchem i
nudnosciami na zapach jedzenia przygotowywalam wszystkie posilki lub
zeby tego uniknac uciekalam do pracy, kina na kilka seansow pod
rzad, wyjazdzalam sobie... Tata jakos nie poczuwal sie ,ze moze sam
by cos dla swojego dziecka do jedzenia przygotowal...uwazal, ze
wystarczy jak ja zabawi, pogra wspolnie na komputerze, pooglada
tv,zabierze do kina, znajomych...
Sytuacja znacznie sie pogorszyla po urodzeniu naszego synka.
Myslalam, ze tesciowie choc na troche mi odpuszcza, choc z pierwszy
miesiac, ale nie bo juz 2 tyg po porodzie a w zasadzie po cieciu
cesarskim , obolala musialam zajac sie i malenstwem i grac dobra
ciocie dla corki meza...Tak jest do dzis, tylko troche latwiej bo
malenstwo rosnie i robi sie mniej absorbujace a rany po zabiegu
dawno sie zagoily...
Prosze wierzyc, lubie ta dziewczynke, jest fantastyczna, myslalam,
ze bedziemy takimi przyjaciolkami, ona ma mame i ciocie tj mnie,
ktorej mozna powiedziec to czego nie chce akurat mowic mamie ale
cala ta sytuacja powoduje ,ze robie sie zla jak zbliza sie weekend z
nia...
czemu mi tego wszystkiego nie pokazano przed slubem, czemu mimo 5
letniej znajomosci z mezem dopiero na pol roku przed slubem zostalam
poznana z corka?...glupia bylam, ze nie widzialam tych dziwnych
manipulacji...
Chyba popelniam nadal sporo bledow bo zawsze schodze z drogi mojemu
mezowi jak jest jego corka u nas, by mogl caly czas jej poswiecic,
sama zabieram malego na spacer lub bawie sie z nim w drugim pokoju...
(nawet w ostatnim"dziecku" wyczytalam, ze tak powinno byc, ze maz
powinien z nia spedzac czas sam)Ale tak sie nie daje zyc. Pozostaja
dla naszej rodziny tylko 2 weekendy w miesiacu kiedy to ja musze
posprzatac zrobic pranie czy ugotowac obiadki na nastepny
tydzien..., w tygodniu maz dlugo pracuje i w efekcie wspolnego czasu
dla naszej rodziny praktycznie nie ma.
Juz nie pamietam kiedy gdzies razem bylismy(poza zakupami
spozywczymi i ew. ubrankowymi dla malego). Nasz wspolny czas to
odrobina wieczoru kiedy synek zasnie. Wtedy mam takze obowiazki, ale
zony. Od czasu porodu seks przestal dawac mi radosc. Jest coraz
gorzej bo maz uwaza,ze mu sie nalezy a mnie sie po prostu po takich
zabieganych dniach nie chce. Wiele juz ze soba rozmawialismy na ten
temat i efekt jest taki, ze od pewnego czasu kocham sie z nim dla
jego przyjemnosci i swojego potem spokoju, gdy juz pojdzie spac.
Tlumaczy mi ,ze ma duze potrzeby i ze nie radzi sobie z nimi a
zreszta musi teraz korzystac z zycia seksualnego bo jak sie
zestarzeje to juz nie bedzie mogl i co? wiec aby uniknac zbednych
wypominan i wyliczen ile razy w miesiacu sie kochamy robie to kiedy
on chce. Mnie w tej sytuacji przestalo sie chciec wogole, bo to
miala byc przyjemnosc a stalo sie obowiazkiem i powodem do klotni.
W sumie to nawet w ustaleniach dotyczacych wolnych dlugich
weekendow, swiat wakacji czy normalnych weekendow ostatnie slowo ma
zawsze jego byla zona. Do czasu urodzenia sie nam synka w sumie
pozwalalam na to ale teraz sytuacja sie zmienila i to ja chce
decydowac jak czas wolny wyglada w NASZEJ rodzinie.Ale jest to nie
do zrobienia. Co z tego, ze swieta planuje z polrocznym!
wyprzedzeniem jak i tak wszystko sie zmienia w ostatniej chwili z
jej powodu. Zawsze wtedy slysze, ze chodzi o dobro tamtego dziecka a
ja a w zasadzie my, nasza rodzina to juz sie nie liczymy?...
Nie wiem jak powinnam sie zachowac w tej sytuacji. Czy obarczyc go
opieka nad malym a sama isc sobie do fryzjera, kolezanki czy na
zakupy. Niech sobie radza w trojke i juz. Jak to ugryzc? Jak znalezc
sobie i mojemu malemu w tym wszystkim miejsce?
Po porodzie, to jest od 11 miesiecy SAMA na zakupach bylam ze 2
razy...bo nigdy nie ma czasu...Ja juz dluzej tak nie moge zyc.
Jestem jak zamknieta w domu na uslugach u meza...
Jeszcze przed malzenstwem, a potem zdecydowanie bardziej podczas
trwania ciazy bylam zapewniana przez tesciow ze zajma sie
dzidziusiem a ja spokojnie bede mogla wrocic do pracy, ze bada nam
pomagac itp itp, cukrzyli az sie momentami niedobrze robilo. Na
pewno gdybym tego nie slyszala to tez zdecydowalabym sie na dziecko
tylko po co to gadanie i zapewnienia. Teraz kiedy maly ma 11
miesiecy i moze juz z kims zostac a nie tylko z mama to temat jakby
zamarl, nie ma tematu!Trudno, nie wroce do pracy ale mam do nich
ogromny zal o to ,ze tak mna manipulowali...
I ich ciagle gadki, zebysmy juz wiecej dzieci nie mieli!to gadanie
doprowadza mnie do szalu, bo to raczej moja i mojego meza sprawa!No
tak jedno dziecko mamy, syn ma rodzine, zona nie odejdzie no bo jest
dziecko. Nastepne niepotrzebne...a ja moze bym chciala...
i wszystko to a moze i wiecej tylko trudno to opisac powoduje, ze
nie jestem szczesliwa. Coraz czesciej wydaje mi sie, ze moze lepiej
bede radzic sobie sama z malym. Bedziemy miec tylko siebie i sami
sobie bedziemy musieli jakos zycie ulozyc i juz nikt nie bedzie nam
w nim mieszal i niewiadomo czego obiecywal. Dziwne ale moja rodzina
to ja i moj synek oraz tatus i jego corka...i jeszcze byla zona i
tesciowie, taka rodzina przecieta na pol. Zreszta uslyszalam kiedys
od niego, ze myslal, ze bedzie dobrze jak bedziemy miec
dziecko bo wtedy sie wyrowna, on ma corke a ja synka. Czy o to
chodzi? Nie potrafie znalezc sobie tu miejsca...
Morze lez wylane a problemy narastaja...Cudowny zwiazek bez klotni z
cudownym seksem odszedl gdzies daleko...teraz pozostaly tylko
obowiazki zony i matki...w kazdej dziedzinie zycia...
Mam wrazenie, ze mnie juz nie ma...